to jest test
1
2
3
4
5
Peter Solarz
dirt enthusiast

shark vs the universe

❣ Chile in a Photography ❣
styofa doing anything
Three Goblin Art
d e v o n
occasionally subtle
Monterey Bay Aquarium

Janaina Medeiros
Stranger Things

#extradirty
No title available

Origami Around

@theartofmadeline

祝日 / Permanent Vacation
h
Cosimo Galluzzi
AnasAbdin
Xuebing Du

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from Germany
seen from Luxembourg

seen from China

seen from Hungary
seen from Italy

seen from United States

seen from Netherlands

seen from Türkiye
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from Germany
seen from Italy
seen from Brunei
seen from United States
@maciejbe
to jest test
1
2
3
4
5
Huawei - robicie to źle!
Była sobie aplikacja na androida - Mobile WiFi. Napisana przez Huawei do obsługi routerów mobilnych. Ponieważ mam takie, więc zainstalowałem ją sobie i czasem uruchamiam, w miarę potrzeby.
Kolejowe wybory
Teza, że wszyscy informatycy rządowi zostali „wysłani na odcinek” Państwowej Komisji Wyborczej zdaje się potwierdzać patrząc na to, co dziś zafundowały swoim pasażerom wcale nie rządowe PKP. Od północy trwa totalne zamieszanie z systemem internetowej sprzedaży biletów Intercity. Na stronie głównej wisi komunikat, że sklep zamknięty bo nieczynny, i żeby pasażerowie nie zawracali głowy, tylko szli karnie do kasy, odstali swoje w kolejce i zapłacili tyle, ile muszą. Co prawda od soboty miała ruszyć sprzedaż biletów na słynne Pendolino, w cenach ulgowych. Oczywiście to też nie działa, a złośliwi twierdzą, że nie „też” ale „dlatego”. Że kolejowi informatycy dosypując bilety do systemu rezerwacji coś tam nacisnęli nie tak i cały system poszedł wp… Specjalni wysłannicy donoszą, że w kasach analogowych wcale nie jest lepiej, a na dworcach (tam, gdzie cokolwiek słychać) pojawia się komunikat „Ze względu na brak systemu prosimy o nabywanie biletów bezpośrednio u konduktora bez dodatkowych opłat”. Zagwozdkę mają teraz pasażerowie, którzy już dawno kupili sobie bilet na dziś, chcieliby go wydrukować i pojechać. Też się nie da. Krótko przed południem na facebookowej stronie (chciałoby się napisać funpejdżu) Intercity zawisła informacja, że tacy nieszczęśnicy mogą śmiało wsiadać do wagonów z dowodem osobistym w zębach, zajmować miejsca, a konduktorzy przy kontroli biletów dadzą sobie radę. Co prawda, jak to w takich przypadkach bywa, nie wiedzą o tym sami konduktorzy, ale to już jest szczegół. Drugim szczegółem jest to, że informacja ta wisi tylko na Facebooku. Na głównej stronie serwisu biletowego cisza. Disclaimer: tak, oczywiście wiem, że PKP, PKP Intercity i PKP Informatyka to zupełnie oddzielne, niezależne i samorządne firmy. I wcale nie rządowe :-) Ale nic mnie to nie obchodzi.
Ramka Kusznierewicza
Całkowicie znienacka pojawił się dziś w Internetach projekt zoom.me Mateusza Kusznierewicza. Ramka na zdjęcia z podłączeniem do internetu, z możliwością przesłania zdjęć na wskazany adres. Wielcy polskich Internetów zdissowali pomysł błyskawicznie. „Za te pieniądze można mieć tablet” – mówią jedni. „Przecież to wszystko jest na smartfonie” – mówią drudzy. Mam przed oczami swoją teściową, rocznik 1936. Mieszka ponad 200 km od Warszawy. Cała jej rodzina mieszka w Warszawie: syn z synową, córka z zięciem (to ja), trzech wnuczków i jeden prawnuczek. Czasem zadzwonimy. Dwa razy w roku, na święta wielkanocne i Wigilię ściągamy ją do siebie. Kilka lat temu myślałem o takim rozwiązaniu, żeby każdy z nas, dysponujący smartfonem, mógł jej wysłać zdjęcie. I żeby ona mogła je obejrzeć. W elektronicznej ramce do zdjęć czy na telewizorze, obojętne. Żeby mogła zobaczyć, jak żyją jej wnuki (na tzw. swoim, w końcu wszyscy są pełnoletni), jak rośnie jej prawnuczek. Ale na ówczesny stan techniki ten problem był nierozwiązywalny. I podobno teraz można. Tak przynajmniej twierdzi Kusznierewicz. I dlatego, dopóki jego produkt nie pojawi się na rynku, i nie będzie można go sprawdzić, będę hejtował hejterów. Hejterów, którzy oceniają świat według swojego postrzegania. Teściowa nie weźmie do ręki tabletu (sprawdzone), nie odpali poczty w smarfonie. Nie, bo nie. Bo to nie jest jej świat.
Twórczość urzędowa
Niejednokrotnie moi znajomi (często ze mną na czele ;-) naigrywamy się z nieporadności językowej tzw. blogerów (to ostatnio), stażystów (to w tzw. profesjonalnych portalach medialnych), PR-owców oraz marketoidów.
Jednak zastanawiam się, co jest gorsze: taka nieporadność, która ma szansę zaniknąć wraz z wiekiem (nie dotyczy marketoidów - u nich się pogłębia) czy to, co prezentuje kadra urzędnicza: język quasiprawniczy (z prawem nierzadko niemający nic wspólnego), nowomowę i często totalne niezrozumienie ani tematyki ani potrzeb odbiorców.
Bo jak traktować "poradnik" dla ludu, w którego zajawieniu czytamy "Kierując się potrzebą zwiększenia dostępności informacji dotyczących zasad świadczenia usług telekomunikacyjnych dla użytkowników końcowych, w tym praw i obowiązków abonentów publicznie dostępnych usług telekomunikacyjnych, Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej prezentuje Poradnik dla użytkowników publicznie dostępnych usług telekomunikacyjnych"? Toż to Towarzysz Wiesław (tak, pamiętam czterogodzinne relacje na żywo ;-) był erudytą w porównaniu z taką epistologią.
Panie i panowie! Zerknijcie sobie na serwisy instytucji rządowych w innych krajach: OFCOM, FCC czy nawet Arcep. Owszem, są tam zakładki dla profesjonalistów, których mimo swojej znajomości języków nie do końca rozumiem, ale główny trzon to właśnie porady dla ludu. Jak zmienić operatora, co zrobić, jak dostałeś zbyt wysoki rachunek czy do kogo złożyć reklamację? Nie używa się tam określeń typu "abonent niebędący stroną Umowy zawartej w formie pisemnej lub elektronicznej" albo "W sytuacji, gdy reklamacja została złożona ustnie do protokołu wówczas osoba, która ją przyjmuje w oddziale firmy jest zobowiązana do potwierdzenia na piśmie faktu jej przyjęcia".
Nie wiem, kto napisał to "dzieło" składające się w większości skopiowanymi fragmentami ustaw i rozporządzeń. Jeśli to dzieło własne urzędu, wykonywane w ramach obowiązków służbowych, to jeszcze pół biedy, że nie wydano na to dodatkowych pieniędzy. Jednak jeśli to twórczość zewnętrzna, opłacana z pieniędzy podatników, to już gorzej.
Po prostu żal.pl
PS. Uczepiłem się UKE, ale dokładnie to samo znajduje się na nieomal wszystkich stronach rządowych serwisów. Ble ble, ble ble i ble.
Samochodowe M2M
Wielu znajomych kierowców często pyta, jaką kartę SIM użyć do zastosować typowo samochodowych. Mają tu na myśli aplikacje typu Yanosik (oszczędzającą pieniądze na mandatach) czy nawigacjach z informacjami o ruchu drogowym: Automapę i Naviexperta. Od dziś w tych zastosowaniach mamy nowego lidera – Virgin Mobile Polska :-) Trzy wymienione aplikacje to rzeczywista pomoc dla kierowców. Pierwsza ma charakter social-media: kierowcy za pośrednictwem Yanosika ostrzegają się nawzajem przed niespodziewanymi zdarzeniami w ruchu, jak radary, lotne wideo patrole czy wypadki. Natomiast obie nawigacje to mistrzostwo świata w zakresie planowania drogi w rzeczywistych warunkach ruchu. Na podstawie danych uzyskiwanych automatycznie od swoich użytkowników „wiedzą” o korkach wcześniej, niż sami zdążymy je boleśnie zauważyć i potrafią tak pokierować kierowcę, by korki te ominąć. Cechą charakterystyczną wszystkich programów (by działały zgodnie z powyższym opisem) jest konieczność stałej łączności „z bazą”. Niemniej nie są to oszałamiające transfery, więc z reguły pakiet rzędu 50-100 MB wystarczy na miesiąc dla osoby jeżdżącej codziennie kilkadziesiąt kilometrów, np. z domu do pracy. Od dziś chyba niekwestionowanym liderem w tego rodzaju transferze może być karta SIM Virgin Mobile. Oferta VMP w tym zakresie wygląda następująco: - doładowanie 10 zł (ważne rok) daje nam bonus 100 MB ważny 30 dni - w każdej chwili możemy dokupić dodatkowy pakiet danych: 25 MB (2 zł), 100 MB (5 zł), 200 MB (7 zł), 500 MB (12 zł) oraz 1 GB (19 zł). Każdy pakiet jest ważny przez 30 dni - jeżeli dokupimy nowy pakiet w okresie ważności poprzedniego, pakiety się sumują, a czas ważności sumy przedłuża się o 30 dni - po rejestracji karty w Klubie Virgin każde doładowanie daje dodatkowo 50% kwoty bonusu, czyli za każde 10 zł dostajemy 15 zł, do wydania na wszystkie usługi. I chyba najważniejsza rzecz: zasięg. Virgin Mobile Polska jest operatorem wirtualnym w sieci Play i może korzystać zarówno z sieci Play, jak i Orange. Jednak doświadczenia wskazują, że numery przeniesione z innych sieci mogą również korzystać z nadajników Plusa. Cały czas zapowiadany jest też roaming z siecią T Mobile. Co robimy? Idziemy do sklepu z kartami SIM i kupujemy dowolny (najtańszy) starter. Wkładamy go do telefonu, uruchamiamy i prosimy sprzedawcę o zarejestrowanie go na nasze dane. Wracamy do domu i na stronie VMP zlecamy przeniesienie świeżo zakupionego numeru. Po 3-4 dniach dostajemy przesyłkę poleconą z dokumentami i kartą SIM, podpisujemy otrzymane kwity, dołączamy kopię dowodu osobistego i wysyłamy z powrotem. Po kolejnych 3-4 dniach numer jest przeniesiony. Następnie uruchamiamy nową kartę, rejestrujemy się w Klubie Virgin i ładujemy ją kwotą 10 zł. Zapisujemy datę doładowania i w kalendarzu i odliczamy np. 20 dni. W tym czasie używamy karty w naszym urządzeniu samochodowo-nawigacyjnym. Po 20 dniach sprawdzamy, ile transferu zużyliśmy. W zależności od potrzeb możemy kupić większy lub mniejszy pakiet danych. Osobiście poszedłem inną drogą: doładowałem kartę ponownie i kupiłem pakiet 1 GB, a potem, regularnie co 28 dni dokupywałem pakiet 25 MB za 2 złote tylko i wyłącznie w celu przedłużenia ważności zaoszczędzonych pakietów :-) Jako urządzenie pokładowe można wykorzystać dowolny (byleby działający) smartfon z Androidem. Doświadczenia pokazują, że możliwa jest koegzystencja dwóch programów (yanosika i nawigacji). O baterię możemy się nie obawiać, w końcu w każdym samochodzie musi być jakaś ładowarka ;-) PS. Tytułowy M2M to popularny w branży telekomunikacyjnej skrót Machine-To-Machine. Oznacza to zastosowania bez udziału człowieka (np. systemy alarmowe czy odczyt stanu liczników). Jednak do zastosowań „samochodowych” ten skrót również pasuje ;-)
Lufa PKS
Dzisiejszy przelot Lufthansą z Zurychu do Warszawy przypomniał mi młodzieńcze lata, gdy PKS był jednym z podstawowych środków transportu po terenie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Kolej żelazna swoją drogą (a właściwie szyną), ale PKS stanowił klasę samą w sobie. Nigdy nie wiadomo było, czy w ogóle zabierze z przystanku, czy na plecach nie będzie się czuć oddechu napranego w trzy dupy pracownika PGR-u, albo czy sąsiadem nie będą trzy kury wiezione właśnie na targ do Grójca. Dziś przypomniałem sobie, czemu od lat – jak ognia – unikam lokalnych przelotów w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii. Lokalnych albo do krajów ościennych, jak na przykład do Polski. Kilka ostatnich lat uwolniło mnie od tego przekleństwa, dziś natomiast, na własnej skórze, poczułem, czym (nie kim!) jest niemieckojęzyczny biznesmen. Może zaczniemy od początku. Przez kilka ostatnich lat moje prywatne przeloty to EasyJet, RyanAir czy WizzAir. Tak, low cost w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli zrozumiesz jak to działa, jak kupić tani bilet i nie przepłacić za wszystkie additional services, jesteś wygrany. Możesz mieć za 800 zł od osoby tygodniowe wakacje w Hiszpanii, Grecji czy na Malcie. I jedną z żelaznych zasad low costów (LCA) jest, że każdy pasażer zabiera do kabiny jeden (słownie jeden) kawałek bagażu podręcznego. Żadna damska torebka, zakupy w tzw. duty free shop czy dodatkowa torba z najcenniejszym w Twoim życiu aparatem fotograficznym się nie liczą. Jeden. 1. Koniec. Gdyby niemieckojęzyczne linie lotnicze przestrzegały własnych regulaminów, nie miałbym teraz o czym pisać. W regulaminie każdej linii jest też mowa o jednej sztuce bagażu podręcznego na łeb. Ale mówić a robić, to różnica. Zresztą z samej definicji języka niemieckiego wynika, że co innego mówisz, co innego słyszysz, a co innego rozumiesz. Z góry przepraszam kilku swoich kolegów zawodowo robiących za germanofilów: wy wiecie, co ja o tym myślę :-P Niemieckojęzyczny biznesmen rozumuje następująco. Jedna torba z ciuchami. Przecież muszę mieć świeże majtki i skarpetki. Czasami dodatkowo jest torba na garnitur, chociaż często garnitur już jest na niemieckojęzycznym cielsku. Oprócz tego druga torba, cholera wie z czym. Torba na laptopa rozmiarów takich, że jak bym tam zmieścił dwa laptopy, cztery zasilacze, dwa tablety i zapas dyskietek do backupu kompletnego Internetu. No i zakupy. W sklepie wolnocłowym, cokolwiek to w tej chwili znaczy. I taki niemieckojęzyczny biznesmen ładuje się ze swoimi tobołkami, jak baba spod Grójca na targu, do PKS-u, znaczy do samolotu Luftwaffe z jednym bagażem czyli z 3-5 torbami. I wsadza je do kolejnych luków bagażowych, rozsiewając po drodze swoja niemieckojęzyczną biznesową zajebistość. Bo przecież on jest biznesmen, on ratuje Europę. Przed czym? Nie wiem. Tak właśnie wyglądał dzisiejszy samolot rejsu LX1352. Przyleciał opóźniony z godzinę, bodajże z Dortmundu, miał malunki Lufthansy i niemiecko-niemieckojęzyczną załogę. Oczywiście po załadowaniu 1/3 self loading cargo luki bagażowe były już w całości wypełnione niemieckojęzycznymi garniturami, laptopami i nie_wiadomo_czym_jeszcze. Niżej podpisany, na swoje szczęście, oddał regulaminową torbę sztuk jeden, o wymiarach i ciężarze bagażu podręcznego jako bagaż rejestrowany, stąd niewielki plecak i płaszcz cudem zmieściły się w luku. Ale… Jakiś młodzian, gówniarz nawet, ośmielił się głośno wyrazić swoje niezadowolenie. Że burdel w krainie ‘ordnung muss sein’. Że stewardessa (niemiecko-niemieckojęzyczna) powinna mu pomóc. Jednym słowem, klient bez krawata. Stewardessa poczuła się zaatakowana i, jak to w przedszkolu, pobiegła na skargę do pani. Panią okazał się kapitan bombowca A321. Ten do mikrofonu wygłosił groźby karalne, że jeśli pasażerowie sami nie zrobią porządku z bagażami, to on nigdzie nie poleci. Po czym przeszedł na tył samolotu, gdzie toczyła się cała akcja znieważania członka związków zawodowych, przodownika pracy socjalistycznej, w osobie stewardessy, i rozpoczął osobiste śledztwo. I już szykowałem komórkę, żeby nagrać kolejny odcinek serialu „Niemcy mnie biją”, ale okazało się, że angielskojęzyczny klient linii Swiss, lecący samolotem Lufthansy, gdzieś już wpieprzył swój bagaż, tylko jest niezadowolony z… powiedzmy „quality of service”. I, niestety, nakręcanie filmu szlag trafił. Kapitan się poddał i postanowił polecieć. Ku zdziwieniu wszystkich do Warszawy. Kończąc, pragnę jeszcze raz zaprosić wszystkich pracowników DROGICH linii lotniczych do chociaż jednego przelotu TANIMI liniami, żeby zobaczyć, co oznacza magiczne słowo ‘jedna sztuka bagażu podręcznego’. Moja głośno wypowiedziana uwaga, że nie za bardzo wierzę biznesmenom, którzy nie potrafią zliczyć do jednego, spotkała się z ostracyzmem. Ale mnie to wali. Nie pierwszy raz, nie ostatni. :-P I, przypominając stare przysłowie: Fly or not, but never by Lufthansa. Dobranoc się z Państwem ;-)
iTurystyka iPadowa
Niejako przy okazji dyskusji na pewnym forum okazało się, że iTuryści jeżdżący do USA w sprawie iStorów mogą, całkiem niechcący, wpędzić się w pewne kłopoty.
Współczesna generacja iPadów jest produkowana w dwóch wariantach. Na rynku lokalnym nazywa się one AT&T (model A1459) i Verizon (model A1460). Wersja pierwsza nie będzie działała w sieci drugiej i odwrotnie. Proste i logiczne.
Niestety zakorzeniona iTradycja w umysłach iWyznawców mówi, że dla europejskich sieci należy kupować modele z AT&T. Owszem, tak było, ale dla iPadów poprzednich generacji. Kupując iPada 4 (lub mini) w wersji AT&T nie skażemy się na niedziałanie urządzenia w Polsce (czy ogólnie w Europie). Nie jest więc aż tak dramatycznie, jak w przypadku iPhone’ów, gdzie zakup wersji CDMA pozwalał na używanie ładniejszej wersji iPoda ;-) Niemniej zakup wersji AT&T zdecydowanie pozbawi nas możliwości korzystania z najbardziej amazingowej opcji nowego sprzętu – z LTE.
iTurysto – pamiętaj! Kupuj tylko model z Verizona. Tym bardziej, że możliwość korzystania z LTE wiąże się obecnie z naprawdę niewielkimi opłatami. Najtańszy abonament w Cyfrowym Polsacie to obecnie 9,90 zł, w Plusie 14,90 zł. Co prawda, za te pieniądze dostaniemy tylko 1 GB transferu, ale za to z jaką prędkością :-)
Rozważania na temat poprzednich wersji iPada są tu.
PS. Dlaczego Wielki Apple nie potrafi pasm LTE nazwać po imieniu, tego nie wiem. Niemniej zapamiętajcie, że pasmo 1800 MHz używane w Europie ma numerek 3 (trzy).
Wszystkie smartfony są takie same
Kiedyś, powiedzmy 15 lat temu, wszystko było łatwiejsze. Wiadomo było, że Nokie były proste w użyciu, a Ericssony wyrafinowane technicznie. Motorole kupowali tylko ci, którzy kochali się w telefonach z klapką, bo przecież nic więcej, oprócz chwalenia się, nie można było z nimi zrobić. Były też plastikowe Alcatele i z lekka wyrafinowane technicznie Siemensy. Na dalekowschodnie LG czy Samsungi nikt nie chciał nawet spojrzeć. Teraz życie się znacznie skomplikowało. Od czasu słynnego procesu o kopiowanie, gdy adwokat jednej ze stron nie był w stanie z odległości kilku metrów odróżnić swojego produktu od konkurencji, okazało się, że wszystko jest takie same. Takie same są również systemy operacyjne dla komórek. Postępuje ciągła ajfonizacja, przejawiająca się kilkoma cechami. Pierwsza – wszystko ma być ładne, kolorowe i najlepiej ruchome. Dwa – użytkownikowi trzeba dać jak najmniej swobody. Ma być przywiązany do producenta jak pies do swojego pana. Trzy – zbieramy o użytkowniku tak dużo informacji, jak tylko można (i ewentualnie jak pozwala na to prawo). Premiera BlackBerry 10 tylko potwierdziła powyższą tezę. Specyfikacja samego Z10 w zasadzie niczym nie różni się od Nexusa 4. No dobrze, trochę mniejsza obudowa, trochę mniejszy ekran. Ciekawe zestawienie pokazał właśnie The Wall Street Journal umieszczając obok siebie topowe modele BlackBerry, Apple, Samsunga, Nokii i LG. Jedyne różnice wynikają z daty produkcji: modele starsze, z pierwszej połowy 2012 roku mają 1 GB pamięci RAM i dwurdzeniowy procesor, nowsze mają cztery rdzenie i dwa razy więcej pamięci. Oczywiście powiecie, że różnica tkwi w oprogramowaniu. Dla jednych najlepszy jest iOS, inni zaprotestują, że tylko Android. Ci nowocześni z kolei będą obstawiać Windows Phone, a dzisiejsi trendsetterzy pewnie BB10 ;-) Jednak jeżeli porównamy cechy użytkowe, to znowu okaże, że wszystko znów jest takie same… A aplikacje? Mało która rzeczywiście znana jest wydana tylko na jedną platformę. Pod koniec lutego zobaczymy premiery kolejnych systemów: na pewno Firefoksa i być może Tizen. Oba wspierane przez gigantów. Czy czeka nas nowa wojna światów?
Pier%$#&^$# e-deklaracje czyli ministerialna wtyczka
Składanie deklaracji podatkowej przez Internet jest proste. Pozornie proste. Ściąga się wtyczkę do Acrobat Readera, formularz interaktywny i wypełnia. Bez podpisu elektronicznego. Uwierzytelnieniem petenta Najwyższego Urzędu Skarbowego jest dochód z poprzednich deklaracji. W poprzednim miesiącu grało i bucało. Do dziś... „Błąd w imieniu, nazwisku, numerze PESEL, NIP lub kwota dochodu”. Hmmm... Nazwiska dawno nie zmieniałem, PESEL-u chyba też nie. Jedynym możliwym błędem w tym przypadku jest ta nieszczęsna kwota dochodu. Za 2010 rok. Grzebię w PIT-ach (za przeproszeniem), ale jest dobrze. Może ze spacją? Nie. Może z przecinkiem i zero zero na końcu? Też nie. Już szykuję się na miły spacer na moją ukochaną pocztę. Ale… W końcu to Windows. Wysiąść i wsiąść jeszcze raz? Reboot. Nic. Może przeinstalować Acrobat Readera? Nie… Ale… Może przeinstalować tę nieszczęsną wtyczkę ministerialną. Kliku klik i… "Błąd w imieniu, nazwisku, numerze PESEL, NIP lub kwota dochodu”. Mać! Jeszcze raz. Podaj kwotę dochodu za rok 2011. Otwieram stary PIT. Zaraz… Jaki 2011? Dziesiąty miało być! A jednak – w nowej wtyczce jest 2011. I tym miłym sposobem spece z MinFinu zapewnili mi kupę rozrywki, adrenaliny i paru innych rzeczy. Z przewagą kupy. Logiczne jest, że jeżeli mówimy o kwocie przychodu za poprzedni zakończony rok podatkowy, to w grudniu to było za 2010, a w styczniu za 2011. Tylko dlaczego do ku^%# nędzy formularz JAWNIE WPROWADZAŁ MNIE W BŁĄD??? Żadnej informacji o konieczności aktualizacji. Niczego. Kononowicz. Oczywiście wpisanie kwoty za 2011 automagicznie spowodowało, że zamiast wielkiego czerwonego komunikatu o błędzie dostałem Urzędowe Potwierdzenie Odbioru. Tylko czemu musiałem na to stracić ponad godzinę?
Pierwsze "Maliny" przyznane
Jako osobnik zawodowo zainteresowany jakością obsługi klienta obserwuję, cóż to ciekawego dzieje się na polskim rynku. Tegoroczne sukcesy wielu firm sprawiają, że coraz bardziej skłaniam się do ufundowania nagrody typu "Złota Malina" za największe osiągnięcia w zakresie szeroko pojętego Customer Service. Dwie kandydatury są już pewne, w kategoriach Bank Roku i Lotnisko Roku. A więc...
- W kategorii Bank Roku nagrodę przyznaję Alior Sync: za wielomiesięczne testy beta parasystemu na żywym organizmie, uniemożliwiającym klientom wykonywanie podstawowych operacji bankowych, za deinfolinię, funpejdż na Facebooku (nie mylić z fanpage) oraz za efektowną zmianę regulaminu, zaprzeczającą wszystkim dotychczasowym reklamom (BTW: ktoś wie, jaki był budżet reklamowy Synca w 2012? :-) - W kategorii Lotnisko Roku nagroda przypadnie Lotnisko Warszawa/Modlin. Jest to niekwestionowany kandydat przez cały czas swojej działalności, czyli od lipca br. (do 22 grudnia ;-). Subkategorii jest wiele: oznakowanie dojazdu, sprawna kontrola security (szczególnie w pierwszych dniach, gdy Ryanair zamknął wejście do samolotu, a dzielni bezpieczniacy nadal szukali trotylu w kieszeniach kilkunastu pasażerów), organizacja punktów handlowo-usługowych, informacja lotniskowa, niedziałająca strona WWW, ciągłe zapewnienia pani rzecznik doradzającej o zajebistości lotniska itd. itp. I już to wszystko świadczy o tym, że pierwsza pozycja Lotniska była niezagrożona. Jednak efektowny finał, z pomocą ULC i WINB, świadczy o tym, że zarząd portu nadal walczy o Złotą Patelnię i zrobi wszystko, by zaistnieć w świadomości Polaków i innych narodów. Dzisiejsza konferencja prasowa potwierdza wolę walki zarządu o pierwsze miejsce. Dość mocną pozycję mają też następujące organizacje: - Basen Narodowy - Koleje Śląskie Poszukuję kolejnych propozycji oraz inspiracji, co do finalnej nazwy Nagrody. Wszelkie propozycje mile widziane :-)
Bieda w Apple
Bieda, proszę Państwa. Półtora roku temu, podczas premiery iPada2, Steve Jobs wyznaczył kurs dolara z przebitką co najmniej 17%. Dziś z bólem dobijamy do 12%, a najmniejsza sięga 6%.
A tak poważnie, to już coraz mniej opłaca się importować taki sprzęt z USA. Ba! Nawet w Niemczech nie za bardzo już się opłaca:
Niniejszym ogłaszam, że coś w Apple pękło, idzie bieda, a świat normalnieje :-) Opustoszałe podium zostało natychmiast zajęte przez Vobis i jego ofertę Kindle Fire HD:
Dla przypomnienia, w Amazon US Kindle Fire HD kosztuje 199 dolarów. Przebitka Vobisu wynosi jedyne 28% ;-)
Pięć amajzingów
Apple postanowił chyba wykończyć finansowo swoich zwolenników. Dotychczasowe premiery sprzętu kategorii amazing były rozdzielane. Dziś załoga z C. poszła na całość – pokazano łącznie pięć produktów.
Nieco zdziwienia wywołała premiera kolejnego Nowego Nowego iPada. Jednocześnie ze sklepu internetowego i z cenników zniknął „The New iPad”, którego premiera odbyła się pół roku temu, ale nadal w sprzedaży jest model 2, ten sprzed półtora roku. Zacząłem się zastanawiać, skąd taki ruch? Czy w grę wchodziła awaryjność urządzenia? Dość dużo było plotek o jego przegrzewaniu czy o kłopotach z baterią. Ale to byłby zbyt błahy powód, nie takie usterki Apple przepuszczał.
A może jest inne rozwiązanie? Procesor A5X, który był sercem poprzedniego modelu, był przecież produkowany przez Samsunga. Czyżby Apple postanowił, zgodnie z polskim porzekadłem, na złość mamie odmrozić sobie uszy? Czyżby w trybie super szybkim następował rozwód z największym konkurentem, który do tej pory produkował większość komponentów do urządzeń ze znakiem jabłka?
O tym dowiemy się dopiero, jak do klientów trafią pierwsze egzemplarze. Swoją drogą teza jest nieco karkołomna, bo kolejny z nowych iPadów – mini – ma procesor A5X, też produkowany przez Samsunga.
Ale przy okazji podkręci się trochę sprzedaż akcesoriów. Nowe iPady mają równie nowe złącze. To, którego Chińczycy nie potrafią jeszcze podrabiać, więc za najprostszy kabelek zasilający trzeba w Polsce zapłacić 85 zł, a za przejściówkę wideo 199 zł. I biznes się kręci.
Zaczęło się 25 lat temu
Po pięciu latach pracy składająca się z inżynierów (i tylko z inżynierów :-) Groupe Speciale Mobile, powołana w 1982 roku przez Europejską Konferencję ds. Poczty i Telekomunikacji uzgodniła większość zasad dotyczących planowanej paneuropejskiej sieci cyfrowej telefonii komórkowej, która miała obsługiwać miliony abonentów.
Porozumienie nazwane Memorandum of Understanding zostało podpisane równo 25 lat temu, 7 września 1987 roku w Kopenhadze. Uczestnikami porozumienia były rządy najpierw 15, potem jeszcze 6 kolejnych krajów europejskich. Wagę standardu doceniły też kraje egzotyczne z naszego punktu widzenia, takie jak Australia, Hong Kong, Nowa Zelandia czy Kamerun, które też dołączyły do MoU GSM.
Szczegóły techniczne, o których teraz nie warto wspominać, były uzgadniane od 1985 roku między największymi operatorami i producentami sprzętu telefonicznego z RFN-u, Francji i Włoch. Dwa lata później projekt wzięła pod opiekę Komisja Europejska tak, by pierwsze sieci mogły ruszyć nie później, niż w 1991 roku. Ruszyły :-) Publiczność mogła obejrzeć działającą już sieć pilotową na wystawie ITU w Genewie w październiku 1991 roku.
W rzeczywistości sieci GSM (bo tę nazwę przyjęto dla standardu) oddano do użytku w pierwszej połowie 1992 roku w Niemczech, Francji, Danii, Finlandii, Portugalii i Szwecji. 17 czerwca 1992 roku podpisano pierwszą umowę roamingową między Telecom Finland i Vodafone UK. Paneuropejski system stał się faktem.
Zastanawiałem się, co robiłem 7 września 1987 roku? Pewnie w swojej pierwszej pracy zajmowałem się normalną robotą: nadzorem nad modemami pracującymi na kilkunasto czy kilkudziesięciokilometrowych łączach z zawrotnymi prędkościami 75 bitów na sekundę. A może pomagałem swoim kolegom z działu informatyki przy konserwacji dysków o pojemnościach 8 i 30 MB? ;-)
A w domu? Owszem, byłem jednym z tych 2 milionów szczęśliwców, którzy mieli telefon stacjonarny w domu. Może grałem przez cały weekend na pożyczonym od kolegi ZX Spectrum? Bo własne Atari kupiłem dopiero rok później.
Pamiętam pierwszą polską prezentację telefonów GSM w warszawskim Pałacu Kultury. Było to gdzieś między 1992 a 93 rokiem. Malutkie, jak na tamte czasy telefony, anteny okryte falowodami (pewnie żeby nie zakłócać przestrzeni radiowej Rzeczpospolitej), numeracja zaczynająca się od +358.
A, i wtedy jeszcze nie wynaleziono SMS-ów :-)
Stalking operatorski
Jestem molestowany. Molestowany przez swojego operatora telekomunikacyjnego.
Dziś około 15:10 zadzwonił telefon identyfikujący się numerem biura obsługi. Niezbyt miły pan, o sposobie mówienia rodem z firmy Kruk, powiedział że zalegam z fakturą i jeśli nie zapłacę, to...
Niezbyt grzecznie (w końcu zawsze trzeba się dostosować do poziomu rozmówcy, prawda?) przerwałem i powiedziałem, że nie dostałem faktury. To oczywiście moja wina, bo powinienem... Znów przerwałem z informacją, że nie będę prowadzić kalendarzyka, kiedy to powinienem dostawać poszczególne kwity.
Padło pytanie, kiedy zapłacę? Jak tylko zobaczę co jestem winien, więc dziś albo jutro. No to mam przysłać mu potwierdzenie, bo jak nie, to odetną mi usługi. Tu, żeby nie używać słów powszechnie uznanych, zakończyłem rozmowę.
Rzeczywiście, sprawdziłem - są zaległości. O fakturze jestem (a przynajmniej powinienem być) powiadamiany poprzez pocztę elektryczną, a tym razem nic nie było. OK, ponieważ mogę zapłacić rachunki bezpośrednio z systemu fakturowego, kliku kliku klik i o 15:16 dostałem mail z Bluemedia powiadamiający o dokonaniu płatności na rzecz operatora.
O 15:29 pik pik - przychodzi SMS. "Informujemy, że na państwa koncie występuje niedopłata..." O żesz... Ale dobrze... Komputery mamy wolne, bo nie szybkie, więc może jeszcze nie wszyscy wiedzą. Ale...
16:42. Telefon. Zastrzeżony. "Tu Twój operator! Informujemy, że wystąpiła...". No żesz mać... Czerwona słuchawka - przecież nie będę słuchać bzdur. Ale Operator się nie poddaje - 17:43 dzwonek. "Tu Twój...". Zdążyłem rozłączyć.
Uprzejmie informuję Mojego Operatora, że jeszcze jedna próba kontaktu w tej sprawie będzie przeze mnie potraktowana jako stalking. Bardzo poważnie potraktowana.
Tak wykuwała się stal
Pierwsze modele chlubnie zasłużyły na miano „cegły” – ich waga i rozmiary spokojnie służyły jako przyrządy do obrony osobistej. Niektórzy – ze względu na wyjątkową jakość połączeń - nazywali je pieszczotliwie szumofonami. Były niemymi bohaterami polskiej transformacji społecznej, politycznej oraz gospodarczej. Tak wykuwała się stal czy, jak kto woli, tak powstawała nowoczesna telekomunikacja w Polsce - poprzez analogowe telefony komórkowe Centertela.
Gdyby żył, 18 czerwca 2012 roku skończyłby 20 lat - analogowy telefon komórkowy systemu NMT450i. Pierwsze przymiarki do budowy jakiejkolwiek sieci łączności ruchomej w Polsce rozpoczęły się już w 1990 roku, chwilę po przemianowaniu PRL na Rzeczpospolitą Polską. Finalnie, 22 października 1991 roku, powołano PTK Centertel - spółkę ówczesnego polskiego operatora narodowego – Telekomunikacji Polskiej (51% udziałów) oraz France Telecom i Ameritechu (po 24,5%). Literki PTK dumnie informowały społeczeństwo, że mamy do czynienia z Polską Telefonią Komórkową. Budowę sieci rozpoczęto na początku 1992 roku. Pierwszym miastem mającym pokrycie była, co chyba nikogo nie dziwi, Warszawa. Łączność w pierwszych latach zapewniało 6 stacji bazowych i - wbrew urban legend - na liście lokalizacji nie było Pałacu Kultury i Nauki. Zasięg zapewniały 3 stacje umieszczone wokół ścisłego centrum miasta (wieżowce przy ul. Barbary, Stawki i Targowej), a 3 kolejne obsługiwały resztę miasta. W momencie startu PTK Centertel zatrudniał ok. 130 osób. Telefon komórkowy Anno Domini 1992 roku niewiele przypominał to, co kupujemy obecnie. Może za wyjątkiem jednego parametru – i te zabytkowe i współczesne smartfony z trudem wytrzymują dobę bez ładowania. Na pierwszy rzut rzucono do sklepów dwie Nokie: ręczną (nie mylić z kieszonkową) oraz przeznaczoną do samochodu z opcją do osobistego dźwigania. Kosmiczny kształt, z wysuniętym głośniczkiem i mikrofonem (coś podobnego widywano w XX-wiecznych filmach science-fiction) oraz dłuuuga antena rozpoznawalne były z daleka, na pierwszy rzut oka. Równie szybko z daleka można było rozpoznać charakterystyczne dzwonki, a dokładniej jeden dzwonek. No i ten ciężar, też łatwo rozpoznawalny dla posiadaczy. Przekładając fizyczne właściwości Citymana obecnej młodzieży można by opisać go następująco: weź iPada i złóż go pięciokrotnie wzdłuż dłuższego boku, a otrzymasz najnowocześniejsze urządzenie sezonu lato 1992. Instalacja, czyli na dzisiejsze aktywacja, kosztowała 500 dolarów. Tak, dolarów, bowiem z uwagi na szalejącą wówczas inflację wszystkie ceny w PTK Centertel liczone były w dolarach amerykańskich. Również niektórzy menadżerowie operatora mieli kontrakty wyrażone w tej walucie. Miesięczny abonament kosztował 25 dolarów, a rozmowy… Prawdopodobnie z uwagi na udział amerykańskiej spółki Ameritech przyjęto amerykański model cennika - Called Party Pays, czyli za wszystko płaci abonent komórkowy. Dlatego płacono nie tylko za połączenia wychodzące (jak dziś), ale również za wszystkie przychodzące! Cena połączenia wewnątrzsieciowego wynosiła 35 centów za minutę, tyle samo też należało zapłacić za połączenie przychodzące. Połączenie na zewnątrz, do sieci Telekomunikacji Polskiej (innej wówczas nie było ;-) kosztowało 70 centów za każdą rozpoczętą minutę, zaś rozmowa międzynarodowa liczona była według stawek narodowego operatora uzupełnioną o drobną kwotę 2,5 dolara. Co ważne, w 1992 roku ceny netto były równe cenom brutto bowiem podatek VAT wprowadzono dopiero rok później, w lipcu 1993 roku. Jeszcze ciekawiej wyglądały wówczas ceny aparatów telefonicznych. Za Nokię Talkman należało zapłacić 1433 dolary, za kieszonkowego Citymana 1767 dolarów. Dla porównania przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło wówczas 2 935 000 złotych, co przy kursie NBP z 19 czerwca 1992 (13 667 PLZ/USD) dawało kwotę 215 dolarów. Czyli Talkman kosztował 6,5 miesięcznej pensji, a Cityman – ponad 8. Kupowana dwa lata później przez moją firmę Motorola kosztowała nieomal tyle samo, co nowy mały fiat. Ówcześni pracownicy Polskiej Telefonii Komórkowej Centertel podkreślają, że firma w tamtym kształcie stanowiła ewenement na tle chociażby TPSA. Zachodni sposób zarządzania, wprowadzenie dress-code (każdy pracownik w krawacie), pełna obsługa klienta przez telefon, kompetentni pracownicy w nielicznych, ale luksusowych salonach. To rzeczywiście była rewolucja na tle zgrzebnej polskiej rzeczywistości, a w porównaniu z operatorem narodowym istny kosmos. Teoretycznie PTK miało możliwość korzystania z licznych masztów Telekomunikacji Polskiej. Ale, jak wspomina jeden z byłych pracowników zajmujących się wtedy budową sieci radiowej, obiekty tego typu traktowano jako strategiczne specjalnego znaczenia, a przecież odpowiedzialny pracownik TPSA nie będzie zdradzać tajemnic pracownikom jakiejś spółki zagranicznej, bo tak traktowano wtedy Centertela. Dlatego też większość masztów budowano własnymi siłami. Wtedy to miał miejsce pierwszy w Polsce protest przeciwko budowie „szkodliwych” masztów, a miejscem akcji było Błonie pod Warszawą. Od 2008 roku na masztach Centertela, i z wykorzystaniem jego częstotliwości, instalowane są urządzenia do korzystania z internetu w technologii CDMA. I to był chyba prawdziwy koniec sieci NMT, chociaż - podobno - w niektórych miejscach urządzenia instalowane najpóźniej w 1998 roku nadal działają.
Tablety nie zbawią wydawców prasy, ale...
Dziś miałem przyjemność uczestniczenia w MobileStandard 2012 - konferencji organizowanej przez IDG, jako "...odpowiedź na pytanie jakie trendy będą dominować w najbliższym czasie na rynku usług i rozwiązań mobilnych...". Organizatorzy postawili mi trudne zadanie odpowiedzi na kwestię: czy tablety mogą zbawić prasę papierową. Odpowiedź jest raczej negatywna, a szczegółów możecie dowiedzieć się z prezentacji. Cytowanie i kopiowanie dozwolone z podaniem źródła :-)