Chyba kurwa nie tylko ja robię wszystko na odwrót. Nie znam większej hipokrytki niż moja matka. Z jednej strony mówi mi co mam robić, próbuje kierować moim życiem i wkurwia się o MOJE błędy i o MOJE decyzje, a z drugiej ma mnie totalnie w dupie. Nie ma między nami relacji jak matki z córką. Nie rozmawiamy, a jak już to nie słucha mnie albo mówi, że kłamię, wymyślam albo przesadzam. Potrzebuję zrozumienia, wsparcia. A tak to wszystko od dupy strony, coś za coś, albo jest moją matką i zachowuje się jak matka i wtedy możemy współpracować, a nie na odwrót. Najpierw wymaga, a dopiero potem ma być super. Takie są jej warunki! Walczy, próbuje coś na siłę udowodnić, ale nie wiem przed kim? Przed znajomymi, że jest wzorową mamusią i wkurwia ją to, że nie może pomachać przed nimi moim świadectwem czy przede mną, jednak na mnie nie robi to najmniejszego wrażenia. Wróć. Męczy mnie to, co najwyżej. Mści się, nie potrafi odpuścić, za wszelką cenę ona musi wygrać, ale co? paczkę chipsów? Jestem człowiekiem na ogół spokojnym, który stres i nerwy omija szerokim łukiem, staram się nie myśleć o negatywnych rzeczach, bo przecież po co denerwować się czymś, czego się już nie cofnie? Co te nerwy dadzą? Ona nerwami żyje. Sama jest jednym wielkim nerwem, stresuje się, przeżywa bez przerwy. I to właśnie to, co próbuje zmienić we mnie na siłę. Szantaże, krzyki, wyzwiska. Leci z grubej rury tylko po to żeby postawić na swoim. Nie zważa na to co ja czuję. Rozumiem, że to wszystko może być spowodowane tym, że próbuje zapobiec pewnym negatywnym rzeczom, typu moje niepowodzenie w życiu. Problem w tym, że nie rozumie, iż nie da się wszystkiego ominąć. Muszę uczyć się na własnych błędach, a póki co nie miałam takiej możliwości. Przez to mam teraz naprawdę sporo problemów, z samą sobą i w kontaktach międzyludzkich też jakby nie było. Wielką trudność sprawia mi podejmowanie decyzji i tych życiowych, bardzo ważnych, i tych typu “co chcę dzisiaj zjeść” (dobra, zawsze to jest chinol). A to dlatego, że gdy jakąkolwiek decyzję podejmę, ona nagle się wtrąca, komentuje i mówi mi co mam zrobić i jaką inną decyzję podjąć. Jest to normalne? Sądzę, że nie. Nie traktuje mnie w ogóle poważnie, a co najgorsze, nie akceptuje! Mówi o tym jak najbardziej otwarcie. Nie akceptuje mojego wyglądu, poglądu na życie, planów na przyszłość. Ciągle mi wszystko wytyka, mówiąc co powinnam(muszę) zrobić. Jedynym czym żyje, to tym, że jestem leniem i nic nie robię. Nie robię zbyt wiele, mimo, że moja głowa jest przepełniona najróżniejszymi pomysłami, które czekają na realizację, ale to tylko dlatego, że niesamowicie przytłacza mnie sytuacja ze szkołą. Nie czuję pełnej wolności, dzięki czemu nie mogę po prostu w pełni rozwinąć skrzydeł, a jak coś robić to na 100%! Nienawidzę, jak coś we mnie siedzi i nie mogę tego rozwiązać, automatycznie wszystkiego mi się odechciewa. Jednak mam takie dni i przebłyski i to właśnie wtedy przychodzą mi do głowy nowe pomysły, po czym przypominam sobie, że “aha, no tak, rano muszę iść do szkoły”, albo po prostu wbija mama i zaczyna narzekać jak to ja bardzo nie jestem leniwa i jak długo nie leżę na kanapie. Ja myślę, dużo myślę. Siedzę sobie, leżę i myślę. Obmyślam plan, tak jest najlepiej. Jestem osobą, która lubi budować od podstaw, najpierw mieć jakiś plan i dopiero wtedy zacząć działać. Jednak to nie zajmuje paru godzin, może i paru dni, a może i paru tygodni. Chcę mieć wszystko dokładnie obmyślone. Jednak u mnie cały ten proces trwa może z dzień-dwa, po czym muszę zaczynać od początku i tak w kółko. Wszystko dlatego, że jest tak niecierpliwa, że ja nawet nie zacznę czegoś robić, a ta już przychodzi, podcina mi skrzydła mówiąc, że jestem leniwa i nic nie robię, a jak powiem jaki mam plan to stwierdza, że to kolejny wymysł, który nie wypali. Ręce mi opadają. A Wy po takim czymś mielibyście zapał do czegokolwiek? Hipokryzja, mam coś robić, ale przecież i tak mi nie wyjdzie. Mindfuck. Głównym tematem jest moja szkoła, powracając do tego co pisałam wyżej-nie akceptuje tego, że mogę nie zdać. NIE ZDAĆ roku, nie rzucić, bo idę do zaoka żeby mieć chociaż tę bezsensowną maturę. Dla niej to koniec świata-dosłownie. Stwierdza, że nie będzie potrafiła już normalnie żyć. Serio??? Co druga osoba, którą znam powtarzała klasę i co? Świat się zawalił? Nie będę tego tłumaczyła, bo chyba dla każdego jest to oczywiste. Strasznie mnie przez to tyra. Wkurwia mnie, że nie może ze mną porozmawiać. Na spokojnie. Jak matka z córką. Ona wymaga czegoś, nie do końca to precyzuje, a potem wielka afera, że tego nie zrobiłam. Naprawdę wszystko od dupy strony. Nie słucha tego, co mam do powiedzenia, co czuję. Wszystko według niej jest przesadą, a jedyną drogą którą powinnam iść, jest ta którą ona mi wskaże. Inaczej nie akceptuje, obraża się, wyrzuca z domu. Co ja mam zrobić?












