Jest takie brzydko brzmiące powiedzenie, że lepiej jest być wieśniakiem w mieście niż królem na wsi. Ale nie każdy tak zaryzykuje. Czasem wolimy pilnować swoich małych światków, w których jesteśmy podziwiani, mamy jakieś pieniądze, poczucie bezpieczeństwa i gwarancję powtarzalnych sukcesów. Znamy te światy, wiemy jak się w nich poruszać i nawet jak są ciasne, nawet jak się w nich nudzimy czy wypalamy, to i tak często w nich tkwimy. Ale tym samym popełniamy coś, co jest największym z możliwych błędów życiowych, który zamyka najważniejsze drzwi.
Tracimy bezpowrotnie swój potencjał - czyli to, kim możemy się stać. To duchowe samobójstwo.
Bo nie wiemy, na co naprawdę nas stać. Bo bez odpowiednich przeszkód nie jesteśmy świadomi, do czego jesteśmy zdolni. Bo iluś Einsteinów nigdy nie powstanie, bo nie podejmie wysiłku tworzenia się.
Tracisz Ty, tracą inni. Dziecko pewnie weźmie Twoje nawyki niezależnie od tego, czy Ci się podoba, czy nie. Mąż się nie zmieni, bo nie stworzysz mu odpowiednich warunków. Żona nie urośnie, bo nie będziesz jej motywował. To Ty jesteś demonstracją tego, co jest możliwe i wzorcem do naśladowania - ale czy tego, czym przykładem chcesz być?
Mistrz musi nieustannie stawać się uczniem i znowu zaczynać od początku. To jest jak nowy poziom w grze. Pokonałeś na końcu big bossa i myślałeś, że jesteś ktoś. Ale na nowym poziomie wszystkie postaci, z którymi walczysz to te big bossy. Walczysz więc, zaprawiasz się, a na końcu poziomu czeka mega big boss. Znowu walczysz. I tak bez końca.
Jest smutkiem i wielką stratą gdy ktoś, kto może iść dalej, tego nie robi. Gdy nauczyciel nie chce spotkać się z trudniejszymi uczniami. Gdy sportowiec nie chce zostać mały w większym od siebie środowisku. Gdy przedsiębiorca nie próbuje sił na rynku, który go przerasta. Wygrana jest luksusem - chodzi o sam fakt podejścia do trudniejszego przeciwnika. Dopiero w konfrontacji z nim dowiadujemy się, na co nas naprawdę stać.
Dlatego, chociaż mógłbym zostać na polskim rynku, wprowadzam właśnie firmę na rynek amerykański. Bo jest największy i jest tam największa konkurencja. Dlatego, chociaż mógłbym mierzyć się na macie z zawodnikami na moim poziomie, walczę z mistrzami, dostaję łomot, podnoszę się i następnym razem walczę lepiej.
Z Koszalina chciałem do Warszawy. Z Warszawy chciałem do całej Polski. Tak jak z Polski chciałem do Meksyku, potem Kolumbii, Ekwadoru, Brazylii, Niemiec, Ukrainy, Albanii, Anglii, a teraz USA. Tak za każdym razem z króla wsi stawałem się wieśniakiem w mieście, by potem wyeksplorować system i wypychać się z niego łokciami. Wieś co prawda była coraz większa i bardziej kusząca, stawała się miastem, metropolią itd. Ale za każdym razem w końcu stawała się tą samą wsią, bo ja już urosłem na tyle, by to dojrzeć.
I nie zmieniam tego w sobie. Nudzę się tym, co już umiem, idę na następny level i znowu na nim muszę zaczynać od początku. By zawsze być głodnym.
A więc, chłopaku, nie marnuj się.
A więc, dziewczyno, do roboty.
Trzeba dać przykład młodym, co starzy potrafią.
[fot. Arkadiusz Wiedeński]