Popłakałam się dzisiaj. Pierwszy raz od dawna. Nie był to jakiś lekki szloch, a okropny, męczący płacz. Może to był atak paniki. Nie wiem. Miałam przez chwilę myśli, żeby coś sobie zrobić. Długo ich nie miałam. Myślałam, że może uciekłam od tego uczucia beznadziei. Zapaliłam na balkonie i się uspokoiłam. Kreśliłam palcem okręgi po moich bliznach na nadgarstku i rozmyślałam. Chyba chciałam zrobić rozrachunek. Ostatnie 3 lata spędziłam w jakimś amoku. Nie pamiętam wiele, jedyne wspomnienia jakie mam, to te z moich porażek. Gdy nie mam rozpraszaczy w postaci muzyki, szlugów czy czegokolwiek innego, strasznie cierpię. Dopada mnie fizyczny ból serca. To znaczy tak było codziennie aż do dzisiaj, bo dzisiaj się rozpłakałam. Mam nadal napuchnięte oczy i boli mnie głowa, ale chyba czuję coś w rodzaju ulgi? Chciałabym płakać częściej. To lepsze od pustki.









