Jestem Ruda. Tak, to nie jest to moje prawdziwe imię, ale to tak się do mnie zwracaj – pseudonim od koloru moich włosów, a mojego imienia zamiaru podawać nie mam. Mam osiemnaście lat, rocznikowo dziewiętnaście.
Kiedyś prowadziłam konto na Tumblrze, ale usunęłam je, gdy mój stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Wszystko było związane z ED, który towarzyszył mi przez większość życia. Ostatecznie trafiłam na przymusowe leczenie, by uratować swoje zdrowie – i życie też.
Zaczęło się niewinnie, choć z perspektywy czasu myślę, że pierwsze symptomy pojawiły się, gdy miałam zaledwie dziesięć lat. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, że to co robiłam było czymś dziwnym. Byłam raczej szczupłym dzieckiem, choć koło piątego roku życia nabrałam lekko okrąglejszych kształtów – taka „pulchność” typowa dla wieku. Jadłam wtedy głównie danonki, pierogi ruskie, płatki z mlekiem i przedszkolne obiady, choć szczegółów tamtego czasu już nie pamiętam.
Wszystko zmieniło się, gdy poszłam do podstawówki. Do dwunastego roku życia jadłam w miarę regularnie, ale potem zaczęłam pomijać śniadania. Rano nie miałam czasu, a po ośmiu godzinach w szkole – głodna jak wilk – rzucałam się na jedzenie i jadłam „pod korek”. Nigdy nie próbowałam oczyszczania, choć raz podjęłam nieudaną próbę, po której odpuściłam.
Pamiętam dzień, który wszystko zmienił. Stanęłam na wadze, a wynik – BMI 22 – mnie przeraził. Był to koniec pierwszej klasy liceum. Przez całe wakacje obsesyjnie się odchudzałam. Schudłam do BMI 19,5, ale później moja waga stanęła w miejscu. Wtedy wydawało się, że wszystko jest w porządku.
Ale to nie był koniec. Po pół roku zaczęłam czuć, że tracę kontrolę. Moje koleżanki miały przyjaciół, chłopaków – ja nie miałam nikogo. Czułam się gorsza, brzydka, niewystarczająca. Potrzebowałam czegoś, nad czym mogłabym zapanować, coś co mogłoby odbudować moje poczucie wartości.
Najpierw wyeliminowałam tłuszcze i węglowodany, później zaczęłam drastycznie obniżać ilość spożywanych kalorii. Przetrwałam na chudym nabiale, coli zero i energetykach. Po kilku miesiącach zaczęły się problemy zdrowotne. Byłam wyczerpana. Moje nogi były zimne, ciężkie, miałam wrażenie, że tracę nad nimi kontrolę. Pewnego dnia upadłam na schodach kiedy rano wychodziłam z mieszkania – byłam tak słaba, że ledwo mogłam się podnieść.
Stan pogarszał się z każdym tygodniem. W połowie listopada 2023 roku organizm odmówił współpracy. Objadanie się i wymioty stały się codziennością. Schudłam jeszcze bardziej, wypadła mi połowa włosów. Mój stan psychiczny? Dno. Paranoja, lęk, dysocjacja, strach przed ludźmi, przed opinią innych, przed szpitalem. Myślałam żeby przestać istnieć. Będąc na zagranicznych forach o ED, ludzie z niższym BMI ode mnie mogli nawet biegać, więc nie rozumiałam co jest nie tak, co pogłębiało moje załamanie.
Kulminacją był moment, gdy prawie zemdlałam na korytarzu w szkole. Nauczycielki zaprowadziły mnie – a raczej zaniosły trzymając mnie za ramiona, do pielęgniarki, a stamtąd trafiłam do szkolnej psycholog. Rozmowa z nią – i moim ojcem, który został wezwany do szkoły – była punktem zwrotnym. Dostałam kontakt do psychologa, z którym zaczęłam pracować.
Diagnoza była beznadziejna. Moja tkanka tłuszczowa była trochę poniżej normy, a mięśniowa na poziomie osiemdziesięcioletniej kobiety. Byłam wrakiem. Chodziłam na regularne wizyty, aż w pewnym stopniu odzyskiwać kontrolę nad swoim życiem i zaburzeniami. Po pięciu wizytach czułam, że mogę radzić sobie sama. Wróciłam do szkoły i, mimo miesięcy nieobecności (od połowy listopada do marca), zdałam trzecią klasę.
Dziś nadal zdarzają się epizody oczyszczania, choć już nie aż tak. Zwiększyłam ilość kalorii w diecie, jednak wciąż za mało. Jem białka, tłuszcze i węglowodany - zamiast samego białka. Ważę więcej, moje BMI to teraz 16,8 (wcześniej było 16,02), ale to wynik wzrostu masy mięśniowej. Nie mam takiej niedowagi jak kiedyś, ale sylwetka wygląda lepiej. Nie jest skinny-fat jak kiedyś. Nie ważę się, patrzę na wymiary bo są bardziej miarodajne. Mój plan to zostać przy moim limicie i nie zejść poniżej bmi 15. Taka moja historia.