BAMBERSEXUAL / OFF GROBELNY / HAPPY SCHMUNDAYS
Każde miasto ma swoją estetykę kontrastów. W Krakowie nobliwe fasady skrywają boazerię, piecyki i przejściowe pokoje, szlachetna patyna stoi w smogu, a turystyczny bajer przykrywa jakiś dziwny ogólny marazm. Łódź ma niesamowitą historię, błyskotliwy rozwój na kanwie czerwonej cegły i fabrykanckich fortun, nieodkryte amazing city, o którym z uporem opowiada Marek Janiak, będąc jednocześnie przepięknym studium upadku. Wrocław ma świetny wizerunek i wszędzie wzbudza sympatię, a na miejscu wiele spraw kuleje, jak chociażby komunikacja zbiorowa i gastronomia, dotychczasowe władze zaś robiły się z roku na rok coraz bardziej aroganckie i nonszalanckie. Warszawa ma najwięcej "słoików" i miejskich aktywistów, fale zblazowanych dorobkiewiczów ożywia krwiobieg licznych kreatywnych uciekinierów ze wszystkich narożników kraju. W Katowicach ambitne pomysły i doskonała architektura kontrastują z ucieczką na przedmieścia i rozproszeniem aglomeracji. A Poznań im bardziej z jednej strony zapuszcza swego pruskiego wąsa, tym bardziej stara się z drugiej przyciąć. Golgota Picnic i odwołanie koncertu Behemota przydały łatkę "ciemnogrodu". Z jednej strony wyrosły takie kwiatki jak Zamek Przemysła, ale z drugiej strony są School Of Form, dobre ASP i dużo ciekawych obywatelskich działań. Z trzeciej strony chcieli odbudować pomnik Chrystusa Króla, z czwartej zaś projektują tu budynki Daniel Liebeskind czy MVRDV.
W Poznaniu zagrałem swoją pierwszą poważną imprezę. 2008 w Cafe Mięsna, za jej najlepszych pijacko-artystowskich czasów. Ściągnęliśmy z kumplem koszulki, zrobiliśmy małą furorę setem, posypały się zaproszenia na aftery i trafiliśmy gdzieś na Umultowo. Poznaliśmy wtedy bardzo młody kwiat lokalnej dekadencji z którym do dziś trzymamy sztamę. I te małe pyry z dobrych i bogatych domów lubiły drogie ciuchy, alkohol, narkotyki i byli bardzo dekadenccy na pohybel ziemianaczym ojcom. Dziś wszyscy się uspokoili, ale ta skłonność do solidnych, ładnych i ekstrawaganckich rzeczy pozostała. Trochę Pposzaleli, ale teraz wciąż młodzi, planują już dorosłe życia. To jest poznańskość, ale taka trochę subwersywna. Może i jest w tym coś z pozy i szpanerstwa, ale mi to zawsze imponowało. Znajomy podesłał mi dokument o "EKACH", jednej z pierwszych subkultur w powojennej Polsce. Przy tym wszystkim "Ziemie Odzyskane" wydają się być pojęciem nieco abstrakcyjnym, regimentarzem historii i zwykłym zbiorek anegdot czy dykteryjek, przyzwyczajeń i zachowań, które nie konstytuują żadnej konkretnej tożsamości na razie. O "wrocławskości" zresztą jeszcze będę pisał.
W Łodzi mają chyba bekę z tych OFF Garbarów. Bo to wygląda trochę jak "lumberseksualizm" z inkubatora przedsiębiorczości. Postawili parę foodtracków, stare pakamery przerobili na knajpy z barem i didżejką i voilà, tak jakby urząd miasta to zaplanował, mały wentyl bezpieczeństwa dla przyszłych wyborców. Pewnie i przesadzam, ale w Łodzi to ma swoją bardziej złożoną historię i logiczną opowieść. Jest kultowy tani chińczyk, burgery znajomych, drogie "poprzebierane" knajpy właścicieli sieciówek, był skatepark, są pracownie i sklepy. W Poznaniu to powstało trochę w formie instant, zalewamy przestrzeń dizajnem, młodzieżą i nazwami w stylu "Twoja Stara". Ale mój komentarz jest tylko humorystyczną diagnozą, a nie kąśliwą krytyką, bo takie miejsca, choć nieco podpompowane i sztuczne, są na pewno polskim miastom bardzo potrzebne. W kupie łatwiej dyskutować lub walczyć z sąsiadami. Ale jest w tym właśnie coś poznańskiego, jakiś "bambersexualizm", tak jak w wegańskiej "miXturze" było w sobotę więcej klientów z psami niż bez. I te wszystkie "kejtry" (gwara poznańska, wciąż nie wiem skąd się to wzięło) różnych rozmiarów, szczekały i biegały między nogami, a ja na kacu nie mogłem się przez to w ogóle skupić. Dlatego zamiast iść na pociąg zawróciłem z kluczami do chaty znajomej, spałem do wieczora i znowu wylazłem psocić na miasto.
Przy okazji przypomniał mi się wykład Macieja Frąckowiaka, socjologa z UAMu, w MWW o "oporze sympatycznym". Mieści się w tym również pojęcie "architektury bimbania". Opowiadał o takich akcjach jak odnowienie neonu na dawnym kinie "Wilda", którego miejsce dziś zajęła Biedronka czy udostępnieniu tarasu Okrąglaka dla mieszkańców na niecałe 3 godziny. Było o jednoczeniu społeczności Wildy przez kreatywną i społeczną renowację charakterystycznego rurociągu czy okupowaniu placu Wolności w kocach przez jedną noc, czyli performance Magdaleny Starskiej. Takie akcje starają się rozsadzić ten wielkopolski ordnung, choć ich rewolucyjno-krytyczny potencjał jest ukryty pod płaszczykiem awangardowej sztuki, społecznej integracji czy zwyczajnej obecności w ramach pikniku. Nic jednak nie jest tak proste jakby się wydawało. Organizatorzy akcji z neonem obawiali się dodatkowego występu orkiestry, jednak to dźwięk dęciaków najbardziej zagrał na uczuciach mieszkańców. W czasie "odzyskiwania" tarasu Okrąglaka, największa uwagę zwróciło nadawanie sygnału ze stadionowych piszczałek, efemeryczne zaznaczanie swojego "bycia tam".
W poniedziałek niby nie czuć kaca, ale jakiś paroksyzm wciąż chwyta po nocnych podtruciach. A tu same kiepskie newsy. W porannym cugu z Poznania, obłożony bibułą, zamiast czytać, sapię jak stary kundel i nerwowo zerkam to na telefon, to na zegarek, to na domki za oknem. Znowu słucham smutnych brzęków w głowie i myślę o tym co rozwaliłem kilka miesięcy temu na gościnnych tańcach w Łodzi. Pozostały wyrwy w duszy, których szybko nie zapcham nawet tuzinem udanych rajdów po Polsce. Powinienem teraz nie kurwić tego padołu rozjeby, gdzie to co z wysiłkiem budowane miesiącami, runęło nagle jak stare fabryczne hale. "Wyczyn idioty, ale to Ty dałeś popis". W Berlinie też się nie układało, jak naszej wspaniałej Poli Dwurnik, ale umówmy się, to miasto bardziej stylowych strat, pełne emocjonalnych kamikaze, życiowych kaskaderów i dumnych przegrańców. Łatwo wpisać się w kontekst. Nie ma jednak co wiercić sobie w brzuchu "Nowej Fabrycznej", "był wysiłek półkul, ale brak było gruntu". Jebać, jebać, nic się nie bać, dalej trzeba z drobiazgową polityką ulepszeń i mineralizacją mózgu. Wciąż "Art Brut Mixtape" na repecie, bo PRO8L3M to szczery kawał skurwysyna. W przedziale jadę z kobietą, której też coś nielekko. Wraca ze szpitala, mąż chory na raka. Opowiada jak chciała dać lekarzowi łapówę, młody medyk nie przyjął koperty i surowo zrugał, trochę wstyd, ale przecież każdy chce dla swoich jak najlepiej. Mówi też o psychologicznym ćwiczeniu, które każe wyobrazić sobie dany pro8l3m pod postacią przedmiotu i powoli oddalać od niego wzrok, tak że w końcu niknie w jakiejś rozmazanej perspektywie i go nie ma. Ożywiam się i myślę, że to jest właśnie "Weltschmelz", bo te wczorajsze bambry w kapciach z Zary i dowcipy o wąsie Grobelnego, rozpływają się na boki, nieostre jak flashbacki z piątkowej imprezy w LABie. Do momentu, gdy znowu pojadę wesoło napijać z pyrami. To zaś jest "szmelc", bo niby niepotrzebne, ale jednak fajne i trzeba to będzie jeszcze nie raz powtórzyć. A potem przychodzi też "(Welt)Schmerz", bo każda intoksykacja powoduje, że blizny i rany przez jakiś czas znowu szczypią.
Rozważań o samej architekturze tu ostatnio mniej, ale to nie znaczy że o niej nie myślę. Myślę nad paroma większymi projektami, wykraczającymi poza ramy bloga. Ta bardziej osobista narracja to być może pierwsze poważniejsze wprawki przed pierwszym papierowym mikstejpem myśli. Takie ćwiczenia w pisaniu własnego "Przyjedzie Mordor...", gdzie zamiast ukraińskich cudaków, będą polskie pędraki, a błoto i step zastąpią zaciemniony kadry z klubów i zakurzone ulice polskich miast. Bo choć tumblr mówi, że liczba obserwatorów stale rośnie, to Google Analytics tu jeszcze nie ma, bo pisanie, poza wesołą gonitwą myśli, pełni jeszcze funkcje terapeutyczne.









