(...) Robert Curgenven wydawał m.in. w LINE, The Tapeworm i Wind Measure Recordings i współpracuje z Ludomirem Franczakiem, u nas jest ciągle mało znany. Jednak po tym owacyjnie przyjętym występie chyba choć trochę się to zmieni. Curgenven zaczął od pytania: kto z publiczności ma iPhone’a, po czym nakazał je wyłączyć, jak również w ogóle zabronił robienia zdjęć. Nie była to jakaś gwiazdorska zachcianka, ale element przemyślanej strategii. Australijczyk prezentował muzykę, która była dźwiękową ilustracją do sytuacji najeźdźcy orientującego się, że obszar podporządkowywany jest mu wrogi. Nie tylko zamieszkujący go ludzie, ale także przyroda nie chcą go tu, a on ich nie rozumie i zaczyna się bać. Takie ustawianie abstrakcyjnych dźwięków bywa ryzykowne, ale tutaj świetnie się sprawdziło. Curgenven operował głównie niskimi dźwiękami, ale czasem rozrastały się one i wypełniały prawie całość pasma. Podawał je w nagle urywanych falach uderzeniowych, przez co dramaturgia występu była cały czas zajmująca i udało mu się uniknąć noise’owej kliszy jednostajnej nawałnicy. Duża część publiczności odbierała ten występ na leżąco (co pozwalało lepiej poczuć częstotliwości przebiegające przez salę), co wyglądało trochę, jakby zostali powaleni przez muzykę.
Nagłośnienie było już mocno rozgrzane, gdy na scenę wkroczyła Aleksandra Grünholz - skrywająca się pod nazwą We Will Fail. przedstawicielka labelu Monotype, debiutująca w lutym świetną płytą Verstörung. Po występie Curgenvena miała utrudnione zadanie, z którym rozprawiła się iście śpiewająco. Na żywo jej brzmieniowe pajęczyny były o wiele bardziej rozbudowane niż na płycie, a to dzięki obszernej bibliotece przeróżnych sampli, które kolekcjonuje od lat - szumów, zgrzytów, sprzężeń, zgrywek z kaset magnetofonowych, bądź nagrań terenowych. Hipnotyzująca technowa robotyka mieszała się tu z wyrazistą hip-hopową rytmiką. Skondensowana organiczna architektura dźwięków, chirurgiczna precyzja w łączeniu nakładających się na siebie najrozmaitszych odgłosów, przywoływała na myśl skojarzenie z dziwacznym tańcem rozmaitych owadów czy innych małych żyjątek, od czasu do czasu obijających się swoimi skorupami lub pancerzykami. Te zderzenia, bądź zaburzenia, przejawiały się też w nagłych przejściach między utworami. Koncert wybrzmiałby wyśmienicie, gdyby nie rezonowanie metalowej ramy, która otaczała scenę.
Grünholz zagrała inaczej niż na albumie. Podobnie jak występujący po niej KETEV (czyli Yair Elazar Glotman, który pod nazwiskiem niedawno wydał płytę w Glacial Movements Records). W porównaniu z kasetą dla Opal Tapes było tu znacznie mniej rytmów, zdażyły się może dwa utwory z wyraźnym bitem. Ta muzyka operowała przede wszystkim nastrojem, nieco mrocznym, nostalgicznym, chwilami podniosłym, ale bez patosu. Było w niej dużo wolnej przestrzeni, co mogło się podobać, bo nie odczuwało się przytłoczenia, ale z drugiej strony wydawało mi się, że czasem KETEVowi brakuje pomysłu i niektóre rozwiązania przeciąga, grając na czas. Jego koncert trwał godzinę a tylko by zyskał, gdyby był tak z kwadrans krótszy. Być może założenie było takie, że będzie on zmierzał w rejony bardziej tanecznie, czym przygotuje grunt pod zdecydowanie rytmiczny set didżejski Ryana R (czyli Jędrka Jendrośki). A tak, choć ten serwował bardzo ciekawe i dobrze zmiksowane kawałki, to słuchała go głównie leżąca publiczność, tylko kilku najbardziej wytrwałych starało się ruszać. (...)











