Biedna Pola i berlińskie modernizmy
Boję się, że Pola Dwurnik nie napisze już więcej felietonów o tym dlaczego wybrała Berlin. Mocno jej się oberwało obuchem szydery. Z drugiej strony weszła w naiwną narrację egzaltowanej pensjonarki, naiwnie wyrzucając jakieś głodne kawałki ze swojego życia, depczące granice między luzem a obciachem. Szkoda, poczytałbym jeszcze. Można by podyskutować, czy Berlin faktycznie wciąż jest tą ziemią obiecaną. To co Pola gloryfikuje, innych może wkurzać. Znajoma twierdzi, że właśnie dlatego wróciła z Berlina, bo tam wszyscy w jednej ręce piwko, w drugiej joint, jak nie kluby, to parki i trawniki. Ja to rozumiem, bo jak mieszkałem w Berlinie, to prowadząc znajomych po mieście, ciągle robiliśmy postoje na zakup alkoholu i dalej w drogę. Wyglądało to jak wycieczka po spätkaufach. Też wróciłem po roku z Berlina. Na FU udało mi się prześliznąć przez testy i egzaminy dzięki improwizacji i szarmancji i choć był to cudowny czas (sic!), to jednak w dużej mierze przeznaczony na słodkie bimbanie między klubami, galeriami, hotelarstwem dla znajomych i zwiedzaniem każdego możliwego kąta. Niczego nie żałuję, ale miałem 22 lata i nie miałem żadnych sprecyzowanych celów i gdybym został, mogło się skończyć pracą na barze i cotygodniowa walką o kawałek parkietu w Berghain. Inna znajoma otagowała się tam ostatnio hasłem: "the violent charm of the techno bourgeois". Skomentowałem jakimiś bzdurami o "techno-prekariacie", ale teraz bym napisał "the exciting illusion for the lost and no-lifes". Też mocno. A może po prostu nie miałem wtedy wystarczająco jaj, żeby się tam jakoś ogarnąć życiowo i teraz się głupio odgryzam. Mimo wszystko czuję, że na razie moje miejsce jest tutaj. Słodkie berlińskie powietrze ma w sobie coś demoralizującego, demotywującego, choć nie paraliżującego. Tam się lekko żyje, jak chce Pola Dwurnik, ale gdy już opadnie ta wolnościowa podnieta, może się okazać, że na dłuższą metę jest to szkodliwe, bo utemperuje ambicje i złagodzi twórcze mrowienie. Miasto jest już jednak trochę przeładowane i wszystkie nowe niebieskie ptaki (czyt. freelancerzy) muszą mieć albo dobre znajomości, albo w chuj szczęścia albo będą dymać w barterze. Takie fanpejdże jak Berghajm nie powstają ze zgryzoty i złośliwości czy zazdrości,. ale żeby trochę obśmiać tą całą niezdrową już podjarkę i zrzucić pewne mity z koturnów świętości.
No ale do Berlina wciąż mam ochotę wracać, bo "kocham to miasto", jakby napisała pewnie Pola w kolejnym ze swoich felietonów. Ostatnim razem poza obowiązkowymi odwiedzinami w KW czy Hamburger Bahnhof, gdzie na stałe jest jedna z moich ulubionych instalacji , czyli "Room With My Soul Left Out, Room That Does Not Care". Obszedłem też słynne modernistyczne osiedla. Weisse Stadt jest tak białe, że aż trochę przeraża, a Siemens Stadt zachwyca Gropiusem i Scharounem, który jest jednym z moich ulubionych architektów. Schminke Haus w Loebau to jeden z najbardziej cool budynków XX wieku. Swoje zbudował też przed wojną we Wrocławiu i wukładał na tutejszej Akademii Sztuki i Rzemiosła Artystycznego, która była jedną z najbardziej postępowych szkół w Niemczech, za czasów Hansa Poelziga zwaną "Bauhausem przed Bauhausem".










