Odczyt z okazji jubileuszu Hafciarki (18-25.02.2010 Studio BWA Wrocław)
seen from Thailand
seen from China

seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from Italy
seen from China

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from South Korea

seen from United States

seen from United States
seen from Lithuania
seen from Canada

seen from Australia
seen from Lithuania

seen from United States
seen from Vietnam
seen from United States
Odczyt z okazji jubileuszu Hafciarki (18-25.02.2010 Studio BWA Wrocław)
"FILOZOFIA FILMU CHODZONEGO" - odczyt z okazji jubileuszu Hafciarki (18-25.02.2010 Studio BWA Wrocław)
„…życie zawiera się w wielkim
wykuciu gromem dwóch słów:
Tak - i Nie!”
Tadeusz Miciński "W mroku gwiazd"
Od czego by u zacząć?
Może by tak od początku.
No tak - czyż nie tego uczy nas logika?
Nigdy nie od końca, zawsze od początku.
Z drugiej strony, co za frajda, uparcie trzymać się żelaznych praw logiki, których i tak, w pierwotnej swej istocie, nie da się potwierdzić, bo są rozwinięciem czegoś, co oparte jest na kruchych fundamentach, z góry powziętych, niepewnych założeniach (tzw. bezpośrednio danych).
W porządku, ale tym sposobem w ogóle nie zacznę.
A czy warto zaczynać? Co komu z tego przyjdzie? A jak przyjdzie to wkrótce wyjdzie. Więc co?
Mein Gott.
U początku mej myśli zaświtało, aby nareszcie poskładać system do kupy i przedstawić go w sposób jasny, i zrozumiały dla ogółu. A tu co? Marmolada.
Do diabła, porody bywają trudne. A nigdy nie są bezbolesne.
Zaczynamy.
Na początku byłem ja.
Wybaczcie, ale nic innego nie pamiętam. Kiedy to było? Rok temu, dwa lata, dwadzieścia. Dalej już nie sięgam. A mam parzcież 25 lat. Z okresu dzieciństwa przypominam sobie strzępy różnorakich wizji, które trudno mi jest utożsamić z własną osobą.
A świadomość? Obudziła się w wieku lat pięciu, dziesięciu, czy też istniała w sposób ciągły od momentu narodzin? A przed urodzeniem? Nie było jej, była gdzieś?. Ale gdzie? W kosmosie? W jakiej formie?
Sadzę, że w chwili moich narodzin, kosmiczna świadomość musiała się zwęzić niczym lejek, który następnie wypuścił na świat Istotę Poszczególną, zwaną powszechnie Panem Profesorem Dziadkiem. Oczywiście, oprucz kosmicznej świadomości, moi rodzice też miel tutaj pewien swój udział.
Ale wracając do prapoczątku - mamy oto (mniejsza o nazwę) rozległą otchłań, nicość, istotę bytu, nieogarniętą tajemnicę, wieczystą świadomość. Tylko, że co mogła sobie taka świadomość uświadamiać, skoro była sama, idealna, wieczysta, nieogarnięta, niepoliczalna. Nie uważacie, że właśnie w tym momencie, aby było to, co jest, powinien dokonać się specyficzny proces rozszczepienia. Rozszczepienia poprzez zwężenie. Istota Bytu (zgódźmy się już tą nazwę, zamiast której można wpisać niemal każde słowo, nawet i „Jehowa”), a więc Istota Bytu, natęża się coraz bardziej, i tak oto napięta, ścieśniona świadomość, jak ze strzykawki po naparciu tłoku, wystrzela: planetami, lasami, dolinami i człowiekiem, Istotą Poszczególną, samą dla siebie (choć nie do końca, o czym dalej), która od tej pory stoi w opozycji do reszty stworzenia. Dzięki właśnie owej opozycji możliwa była cała nasza przygoda. Inna opcja jest niemożliwa do wyobrażenia. Nicość nie daje się pomyśleć. Witkacy słusznie zauważa, że myśląc o pustce, będziemy widzieć czarną płachtę i zawsze siebie, zawieszonego gdzieś obok. Wnioskuję z tego, że skoro nie można sobie tego wyobrazić, jest to rzecz Tajemnicza, coś w rodzaju ideału. Nicość jest niespełnionym ideałem, pełnią, pełnią niespełnioną, która aby potwierdzić siebie musiała porodzić nas. Tak oto powstało coś z niczego, wbrew wszelkim przysłowiom i prawom logiki.
Ale, ale. Czy zauważyliście jak kierując się wrodzonym pesymizmem, określenie Istota Bytu, sprytnie zastąpiłem słowem Nicość. A czemu Nicość, nie Bóg, nie Jechowa? Ach, do kitu takie myślenie. Bóg osobowy bardzo łatwo daje się pomyśleć, a ja tu paplam o czymś, co słowom się wymyka, gdyż nasza umysłowa maszyneria ma tu swój kres, choćby abstrakcyjne rozumowanie doprowadzić do maksimum, to i tak w tym właśnie punkcie będziemy wciąż w tym samym punkcie.
Więc, może umówmy się co do słów i ostatecznie Istotę Bytu przemianujmy na Tajemnicę bytu. I szlus.
Do diabła, tyle mędrkowania na temat jednego określenia, a gdzie tu panie film, gdzie ta osławiona Filozofia Filmu Chodzonego. Spokojnie, spokojnie, już dochodzę, bracia moi. Bracia moi w głowie, nie Państwo.
Myślę, że teraz pójdzie znacznie szybciej.
A więc, jestem ja - Istota Poszczególna, owoc implikacji Tajemnicy Bytu. Są i inne Istnienia Poszczególne o indywidualnym charakterze, powstałe w podobny sposób. Aby to sobie uzmysłowić, pozwólcie że podsunę waszej wyobraźni nieco niefortunną metaforę. Mianowicie tarka. Tak, zwykła, metalowa tarka, a na niej ziemniak. Ziemniak to Tajemnica Bytu, która przechodząc przez tarkę, zamienia się w oderwane od siebie strzępy, czyli Istoty Poszczególne. Przykład ten niefortunny jest dlatego, że trudno porównać Tajemnicę Bytu do ziemniaka, albowiem Tajemnica Bytu w odróżnieniu od ziemniaka, rozdrabniając się na Istoty Poszczególne, nic na sobie nie traci, nadal jest - tak samo durzą i tak samo małą - Tajemnicą Bytu.
Idziemy dalej.
A wiec jestem ja. I wiem już tak dużo. Co tu robić? Jakie jest moje zadanie? Po coś mnie ta Tajemnica porodziła, co nie? Już wspomniałem, po co. Aby ją samą potwierdzić. Co niniejszym czynię. Bo bidulka nie może tego zrobić sama. Nie będzie się przecież zniżać, do takiego poziomu, aby gratulować samej sobie. Od tego jesteśmy my. Więc co? Mam podziwiać sam siebie? Ależ nie, są i inni ludzie, jest też - no tak - natura, przyroda. O Jezu, jak to możliwe, że zapomniałem o zwierzakach! Przecież to one i przyroda cała są odbiciem Tajemnicy Bytu, są jej kolejnym rozdrobnieniem, implikacją, podobnie jak my wszyscy. Więc powstaje kolejna opozycja: Ja i przyroda. To już trzecia opozycja, dwie wcześniejsze to: Ja i Tajemnica Bytu oraz Ja i inne Istnienia Poszczególne lub inne Istnienie Poszczególne.
Każde nasze przeżycie zrodzone na drodze tych trzech opozycji potwierdza Tajemnicę Bytu, która od tej chwili chodzi uśmiechnięta. A, że trudno sobie wyobrazić uśmiechniętą Tajemnicę, wybaczcie że po raz kolejny zamienię ten termin, tym razem zastępując go słowem Hafciarka i wszystko staje się od razu jasne, prawda?
I nie jest to żadne bałwochwalstwo. To zupełnie inny poziom rozważań. Taka Hafciarka, jako słowo, nie może być gorsza od słowa Tajemnica, lub Budda, czy Jechowa. Przecież problemy z nazewnictwem to główny problem, zresztą nie tylko w filozofii. Proponuję, aby coś, o czym nie da się mówić, a nie sposób o tym milczeć, nazwać Hafciarką i szlus.
Wracając do wcześniej przerwanego wątku. Posumujmy: gdy przeżycie metafizyczne następuje na linii Człowiek – inni ludzie, Człowiek – przyroda(natura?) oraz Człowiek – Hafciarka, wówczas Hafciarka chodzi uśmiechnięta, co jest podstawowym i istotnym sensem naszego istnienia.
Tylko, o co chodzi z tym przeżyciem metafizycznym? Czy to ma być afirmacja? Jakieś konkretne uczucie?
Stwierdzam, że nawet negatywne uczucie, jeśli głęboko przeżyte, jest lepsze niż żadne. Hafciarka przestaje się uśmiechać z chwilą, gdy możliwości przeżywania słabną. Nie dziwi więc, że najbardziej umiłowała sobie dzieci. Nie ma co ukrywać, im jesteśmy starsi tym gorsi. Aby obudzić w sobie pokłady dawnej łatwości przeżywania, sięgamy po narkotyki, bądź też przeróżne intelektualne masturbacje, nie wspominając już o sztuce. O filmie.
Film, jako jedyne medium (obok muzyki), może w sposób względnie łatwy, bezpośredni i niegroźny dla zdrowia, zaszczepić przeżycia autora, osobie trzeciej. Mówimy oczywiście o filmie niszowym, głównie amatorskim, gdzie w ogóle jest możliwość takiego procederu, co już staje się znacznie cięższe w tzw. kinie popularnym, które najczęściej daje tylko fizjologiczne uczucie przyjemności, pozbawione przeżyć istotnych. Już Tarkowski stwierdził, że obecni producenci filmowi przypominają handlarzy narkotyków, przygotowujących wizje na zamówienie, które nie są ich wizjami, które nigdy nie zostały przeżyte przez osoby je realizujące. Taki twórca nigdy nie mówi w swoim imieniu, tylko w imieniu zapotrzebowania ogółu, w imieniu mody lansowanej wśród mas, przez producenta, burżuazję itd. itp.
Należy się na to spuścić, jeszcze raz powracając do zagadnienia przeżycia metafizycznego. Czym ono, u diabła, jest? Stanisław Ignacy Witkiewicz, który stworzył podwaliny pod nasz system myślenia, ujął to najcelniej jak tylko się dało:
„Uczucie metafizyczne to, po pierwsze, przeżywanie bezpośredniej jedności naszej jaźni, naszego <ja> jako jedności strumienia jakości, jako jedności w wielości jakości. Po drugie, przeżywanie jedności nieprzestrzennej jaźni z naszym przestrzennym ciałem, po trzecie wreszcie, przeżywanie jedności naszej jako ograniczonego indywiduum z całym nieskończonym światem, czyli jedności <ja> z <nie-ja>. Przeżywając uczucie metafizyczne, przeżywamy Tajemnicę Istnienia jako jedność w wielości”.
Nie ma co ukrywać, że żeby się coś działo musi zachodzić jakaś relacja. Ha! Jesteście czujni? To czy zauważyliście, że przed chwilką termin „opozycja” zamieniłem na „relacja”, słowo skądinąd znacznie mniej wojownicze. O sadomasochistycznym charakterze naszych życiowych relacji zdałem sprawę w innej pracy teoretycznej pt. „Sadomasochistyczne małżeństwo”.
Wróćmy do problemu relacji, rozumianej metafizycznie.
O tak, relacja.
Relacja to ruch. Z góry w dół, z dołu w górę i poziomo. Zauważcie, że i w samej Istocie Poszczególnej zachodzą tego typu wewnętrzne relacje. Są to przynajmniej 2 przeciwstawne bieguny, plus i minus, które trwale ze sobą związane, tworzą stany pośrednie, jednocześnie nadal stanowiąc jedność.
Raz dominuje plus, raz minus. Plus i minus są do pomyślenia osobno tylko dzięki abstrakcyjnemu ujęciu myślowemu, gdyż w rzeczywistości, nigdy nie funkcjonują osobno, tylko we wzajemnej i nieustannej relacji.
Skoro zaś zachodzi w nas pewna relacja, to nasze istnienie jest dwoiste. A my, każdy z osobna, to cały kosmos. Dlatego, na swoim własnym przykładzie, możemy odczuć Tajemnicę Bytu, tj. Hafciarkę, która także jest dwoista, chociaż stanowi jedność idealną. Dwoista jedność! Cholernie trudno to zrozumieć. Dwoista, ponieważ całe stworzenie: my - Istnienia Poszczególne oraz przyroda stanowimy dla niej relację. Zdać sobie sprawę z tego stanu rzeczy to, wybaczcie prymitywne porównanie, złapać Hafciarkę za nogi. Jednak taka czysto umysłowa kalkulacja nie gwarantuje nam przeżycia metafizycznego. Przyniesie ją za to letni zefirek, gałąź rozszczepiona, seks oralny, lub cokolwiek innego, co dotrze do naszej świadomości, dzięki przypadkowemu przebłyskowi światła Hafciarki.
Ale jak przekazać te uczucie dalej za pomocą filmu?
Zapewne istnieje wiele sposobów. My obraliśmy metodę, którą pozwolę sobie nazwać „obieraniem banana”. Znaczy to, że zdejmując kolejne warstwy skóry, dochodzimy do sedna, czyli Hafciarki, czyli dwoistości, czyli relacji między jednym a drugim, czyli ruchu między jednym a drugim. Dlatego powstanie Filmu Chodzonego było niemal instynktownym wyborem wyprzedzającym jakąkolwiek filozoficzną analizę.
Film Chodzony jest radykalnie minimalistyczną próbą wyrażenia uczuć metafizycznych. Ruch przedstawiany w naszych filmach to po prostu zwykły ludzki chód, najpowszedniejsza z czynności. Owo przemieszczanie się, z punku A do punktu B, ma charakter nieustannej wędrówki, bez określonego celu, lub z celem określonym bardzo dobitnie, lecz na bardzo krótko. Wychodzi na to, że mimo nieustannego ruchu jest się zarówno w punkcie A jak i w punkcie B, z tym, że w jednym jest się raz bardziej, innym razem jest się w nim troszeczkę mniej.
Inne aspekty formalne Filmu Chodzonego ująłem w osobnej pracy, jednak pozwólcie, że dodam jeszcze słówko na temat scenerii.
Sceneria, w której odbywa się ruch, jest umowna, istotna, o tyle, że przedstawia fragmenty rzeczywistości, ale uporządkowane w taki sposób, że całościowo tworzą rzeczywistość inną, specyficznie zawężoną rzeczywistość filmową, czyli świat uniwersalny, jedyny prawdziwy.
Czyście zrozumieli, co właśnie zrobiliśmy? Staliśmy się Hafciarką! Spójrzcie: tak jak Ona, nosimy podwójne oblicze, tj. oblicze własne i oblicze naszego dzieła, bo tak jak Ona, nie mogliśmy być sami dla siebie, więc w sposób konieczny dokonało się nasze rozszczepienie, dające twór bezpośrednio potwierdzający naszą wewnętrzną istotę, twór, z którym jednoznacznie się identyfikujemy, gdyż stanowimy z nim jedność.
Czyli co robimy mili państwo, co robimy? Kóóóóóółeczko. Miłe, ładne, małe kółeczko.
Dziękuję za wysłuchanie.
A teraz „Gówno” do wierszy Rafała Grzebieli. "