Po prostu Bruce Lee
Nie pamiętam teraz, który dokładnie był to rok. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty? Być może. Miałem około dziesięciu, jedenastu lat. Z niecierpliwością obserwowałem wiszący w przedpokoju trzypokojowego mieszkania z wielkiej płyty zegar z kukułką. Dochodziła ósma. Za chwilę w telewizorze Rubin pokazana zostanie plansza z napisem „Film tylko dla dorosłych” i zacznie się „Wielki Szef” albo „Wejście Smoka”. Także i tego już sobie nie przypomnę. Istotne, że jestem dzieckiem i na pewno nie jest to film dla mnie. Pewne jest za to, że jeżeli rodzice zabronią mi go oglądać, mój świat legnie w gruzach. Wiem, że nic gorszego nie może mnie w tym momencie spotkać. To, że dziś w telewizji będzie Bruce Lee jest najważniejszą wiadomością w całej szkole. Wśród chłopaków oczywiście, choć może i dziewczyny (ale te nas nie interesują ani trochę) inne tematy nie istnieją. Wiemy wszyscy, że Bruce Lee nie żyje, że zabito go tajnym ciosem, że naprawdę miał takie szramy na twarzy i klacie i nabył je walcząc ze Złym Bosem. Wiem też, że nieomal nie udusiłem starszej o kilka lat kuzynki, gdy wybłagałem ją, by namalowała mi na plecach smoka, a ta nabazgrała wielki smoczek i zaczęła się śmiać, gdy zerknąłem do lustra. Miała wiele szczęścia, bo gdy ją dopadłem płacząc z wściekłości i upokorzenia, obroniła ją babcia. To były inne czasy. W telewizji nie było nic. I gdy nadawano wreszcie jakiś film, każdy chciał go zobaczyć. A Bruce Lee nie był człowiekiem, tylko nieomal nieśmiertelnym półbogiem, który – skoro zginął – musiał paść ofiarą jakiejś potężnej, złowrogiej siły nie z tego świata. Każdy chłopak, który nie bawił się z dziewczynami, a więc nie był tym, co współczesne dzieciaki potrafią nazwać z łatwością, a my musieliśmy jeszcze poczekać na Dynastię by wiedzieć, że to Stiwen po prostu, chciał być jak on. Wyłączając jeszcze pupilków pani - Ananiaszy w okularach – każdy marzył o tym, by walczyć jak Bruce Lee. Ja poszedłem nawet dalej: zacząłem pisać książkę o Wojownikach z Klasztoru Paulinów, żeby nie było, że zżynam coś o tych z Shaolin. Piękna czasy… Z wiekiem mi oczywiście przeszło. Dorastałem, zmieniały się cele i priorytety, ale twórca Jeet Kune Do na trwale zapisał się w mojej świadomości. Nie powiem, żebym zaprzątał sobie nim zbyt często głowę, ale gdy trafiam na jakąś powtórkę hongkońskich klasyków z jego udziałem nie zmieniałem kanału. Sceny walki – być może i nędzne w porównaniu z tym, co potrafi zaoferować współczesne kino – niezmiennie przykuwają moją uwagę. Nie dostarczają już (aż) tylu emocji, ale wywołują wspomnienia. Przyjemne, bo takie przeważnie było to dzieciństwo. Gdy dowiedziałem się więc, że wyszła biografia Bruca Lee nie zastanawiałem się specjalnie. Musiałem ją przeczytać i dziś dotarłem do końca. Nie chcę pisać, że była to fascynująca lektura, bo tego rodzaju ekscytacja zalatuje mi zawsze lekkim fałszem, ale te 520 stron bez przypisów skonsumowałem błyskawicznie. A szybkość czytania jest dla mnie zawsze wyznacznikiem jakości beletrystyki. Jeżeli bowiem z książką ze swej natury rozrywkową trzeba się męczyć, znak to wyraźny, że autor nie sprostał i nie warto. Ale to tylko taka dygresja. Ważne, że biografia Wielkiego Bruce’a nie nuży. Być może wynika to stąd, że nie jest to książka o nic mnie nie obchodzącym dajmy na to Keanu Reevesie, tego już jednak nie jestem w stanie rozstrzygnąć. Nie sądzę zresztą by sięgnął po nią ktoś, komu Bruce Lee zwisa niczym mnie Danny DeVito. To lektura dla fanów aktora. Nawet tak umiarkowanych jak ja, ale za to pełnych wspomnień z dzieciństwa. Tych ona na pewno nie zawiedzie, choć w sumie odbrązawia mocno tę postać. Nie chcę zdradzać czegokolwiek, więc tylko napomknę, że Mały Smok nie grzeszył zbytnią skromnością i wiernością małżeńską. Był jednak naprawdę tytanem pracy; obdarzonym niesamowitym talentem ruchowym mistrzem sztuk walki, który nie powtarzał jak małpka wyuczonych na użytek konkretnej sceny, odpowiednio sfilmowanych ciosów, ale faktycznie potrafił uderzyć lub kopnąć bardzo celnie mocno i szybko. Stworzyć swój własny, przemyślany styl. Przy zaledwie trochę ponad stu siedemdziesięciu centymetrach wzrostu i skromnej wadze, był doskonale wytrenowaną górą mięśni bez tłuszczu. Zresztą o czym ja piszę... Jaki jest Bruce Lee każdy widzi. W tym roku skończyłby osiemdziesiąt lat. Dożył tylko trzydziestu dwóch i jeżeli ktoś tak jak ja czuje przynajmniej lekkie drżenie serca na wspomnienie jego masakrujących ciosów, bardzo mu tę książkę polecam.
Autor: Matthew Polly Tytuł: Bruce Lee. Życie Wydawnictwo: Znak Literanova http://szkolanawigatorow.pl/panel/edycja/po-prostu-bruce-lee
















