seen from United States
seen from United States
seen from Germany

seen from Australia
seen from Japan

seen from Bulgaria
seen from Singapore
seen from United States
seen from United States
seen from Russia

seen from Malaysia
seen from China

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Bulgaria
seen from United States
seen from Mexico
seen from Malaysia
seen from South Korea

seen from United States
Dust Off My Wings - Część V
Tytuł i link do oryginału: Dust off my wings
Autor: Lizzie
Zgoda: jest!
Pairing: Larry Stylinson
Rating: NC-17
Tłumaczenie: Agreed
Opis:
Harry jest jak motyl ze złamanymi skrzydłami, Louis to promień słońca wpadający przez okno.
AU gdzie chłopcy spędzają wakacje w sąsiednich domkach na wsi, Louis dostaje obsesji na punkcie tajemniczego sąsiada, a koniec lata jest tak naprawdę tylko początkiem czegoś innego.
Za wykonanie banera ślicznie dziękuję Mess!
***
Agreed: Ostatnia część! Pragnę uściskać każdego, kto czytał to tłumaczenie i cierpliwie czekał na kolejne rozdziały. Dziękuję i mam nadzieję, że polubiliście tę historię :)
***
Słońce zachodzi, zalewając jezioro basenem cieni, co Louis obserwuje z kanapy na ganku.
- Idę do łóżka - mówi jego mama, dosiadając się, żeby pocałować go w policzek. - Dziękuję za dzisiejszą pomoc, kochanie.
- Mhm. Dobrej nocy, mamo.
Louis nie wie, co kilka minut później skłoniło go do wyciągnięcia starego namiotu, ale uważa, że rozłożenie go może przyjemnie zająć jego myśli. Brakuje instrukcji, co dla kogoś innego byłoby powodem do zmiany decyzji. Louis jednakże widzi to jako okazję do wykazania się kreatywnością. Komu w ogóle potrzebne są instrukcje.
Siłuje się z tropikiem i kijkami, odganiając komary z ramion, a jego koszulka podjeżdża do góry, gdy sięga, aby umocnić różne haczyki i spięcia. Przez jedną absolutnie niedorzeczną chwilę wydaje mu się, że widzi Harry'ego wyglądającego przez okno, przez co trafia drewnianym młotkiem w kciuk. Unosi wzrok, ssąc palec, i nic tam nie ma, więc najwyraźniej było to przywidzenie.
Kiedy wreszcie przeciąga przez podwórze nakrycie i poduszkę, namiot odcina się ostro - aczkolwiek krzywo - na tle skąpanego w świetle księżyca jeziora. Zamyka się we wnętrzu, opadając na plecy, i wypuszcza głęboki oddech. Księżyc nieznacznie podświetla sklepienie namiotu, podczas gdy wszystko inne pochłania prawdziwa ciemność, co podoba się Louisowi. Niemal udaje mu się przekonać samego siebie, że dryfuje gdzieś w przestrzeni.
Kilka minut później suwak sam się odsuwa, cholera jasna, co się dzieje? Wiedziony jakimś pierwotnym instynktem, Louis podnosi się na łokciach i kuli w rogu, unosząc latarkę. Jego kciuk zmaga się z przyciskiem, zanim załącza. Chłopak kieruje światło prosto przed siebie, tak jakby chciał oślepić intruza.
To Harry.
Ubrany na zielono i szaro, z miękkimi lokami, idzie na czworaka z ramieniem zasłaniającym oczy.
- Przestraszyłeś mnie - szepcze Louis, pozwalając upaść latarce, która zatrzymuje się w zagięciu pościeli, redukując światło do stłumionej poświaty.
- Przepraszam - odpowiada Harry. Waha się, czy zamknąć za sobą namiot. - Mogę... masz coś przeciwko?
- Zależy - mówi Louis głucho, ponieważ, no cóż, ma już tego po dziurki w nosie.
- Od?
- Od tego, co zrobisz? - Louis podciąga się do przodu, nabierając pewności siebie i może trochę się wkurzając, ponieważ Harry nie może tak po prostu wpaść do jego bańki spokoju, wyglądając w ten sposób i oczekując od niego, że da sobie z tym radę. - Zamierzasz znowu mnie pocałować? - ciągnie niskim i trochę mrocznym głosem. - Zachowywać się dziwnie i niezrozumiale? Po prostu tym razem doceniłbym ostrzeżenie.
Harry zwiesza głowę ku ziemi i nabiera ostro powietrza.
- Nie mogę tego robić - odzywa się na drżącym wydechu, co nie tyle jest odpowiedzią, a nagłym ogłoszeniem.
- Musisz być trochę bardziej konkretny.
- To - mówi Harry zbolałym lub natarczywym głosem, lub kombinacją obu - nie chce odejść. To... my... to nie zdarza się często, prawda?
Tym pozbawia Louisa animuszu. Egzaminuje zaokrąglenia i płaszczyzny twarzy chłopaka, czuje ucisk w brzuchu i bardzo miękko wykrztusza z siebie:
- Nie, ja jeszcze nigdy... Nie.
Harry przytakuje, zamyślony.
- Dla przypomnienia: nie miałem zamiaru cię pocałować. Wtedy wcześniej. Tak jakoś wyszło.
Tak jakoś wyszło.
Mimo, że w środku się trzęsie, Louis decyduje się podejść do tego z wykalkulowanym humorem.
- Racja. Nie mogłeś powstrzymać uwodzącej mocy pokrywy od śmietnika. Wszyscy przez to przeszliśmy.
- Cóż, nie. Mówiąc szczerze, mam na to ochotę przez cały czas. - Harry patrzy Louisowi prosto w oczy, nieposkromiony, nie owijając w bawełnę, co wyczynia dziwne rzeczy z Louisem. Wydaje się wiedzieć, co zaraz nastąpi, ponieważ czuje mrowienie na skórze jeszcze zanim Harry wykonuje ruch, ruszając do przodu na kolanach, żeby obdarzyć go pocałunkiem, który jest przyjemny i słodki pośród plątaniny koca i poduszek.
Louis pozwala na to przez moment, z rękoma nieruchomymi przy bokach, gdy Harry przyciąga go mocno. Chłopak odsuwa się lekko, wahając się, a potem jego dłonie szarpią niezdarnie za rękawy koszulki szatyna.
Louis oblizuje wargi.
- Haz - mówi o wiele bardziej łamiącym się głosem, niż miał zamiar. - Nie baw się mną, proszę.
W jego oczach nie ma wątpliwości, gdy odpowiada:
- Nie bawię się. - Jego twarz jest jak otwarta księga, którą Louis czyta przez kilka sekund.
- Dzięki Bogu - odzywa się, przyciągając go do brutalnego pocałunku. Obaj na siebie napierają, ich kolana zapadają się w miękkie podłoże namiotu i Louis zastanawia się, jak to możliwe, że wszystko wydaje się takie idealne, jakim cudem wydaje się, że nic innego nie ma znaczenia. Chce to robić każdego dnia, przez cały czas.
- Nie myślę o niczym innym - szepcze Harry bezsensownie pomiędzy muśnięciami ust i języka. Słowa te wysyłają falę gorąca przez ciało drugiego chłopaka.
- Co jest naprawdę nie fair - przytakuje, przebiegając palcami przez jego logi. Są skręceni ze sobą jak zwój drutu, ramiona owinięte niedbale wokół siebie nawzajem, gdy Harry wtula się w klatkę piersiową Louisa.
- Przepraszam, że zachowywałem się dziwnie - mówi. Delikatnie muska kciukiem wrażliwą skórę na szyi szatyna. - Musiałem poukładać sobie kilka rzeczy w głowie.
- Nie przepraszaj - zbywa go Louis. - Nie powinienem był na ciebie naskakiwać. To było głupie.
- Nie naskoczyłeś na mnie - odpowiada cicho Harry.
Na sekundę nastaje cisza. Louis czuje na swojej żuchwie oddech Harry'ego.
- Więc - odzywa się, nie dokańczając.
- Więc - powtarza jak echo młodszy chłopak. Obniża ramiona. - Bardzo cię lubię.
- Myślę, że to oczywiste, że czuję do ciebie to samo. Głupol - dodaje tkliwie Louis po namyśle.
Szeroki uśmiech wkrada się na twarz Harry'ego, tworząc dołeczek w świetle latarki.
- Więc.
- Jakoś sobie poradzimy, co nie? No bo nie idziesz na wojnę, możemy... Mogę przyjeżdżać do Holmes Chapel na weekendy, albo coś.
- To trochę daleko - mówi powątpiewająco Harry.
- Cóż, okej, może nie na każdy weekend. Ale ty też możesz odwiedzać mnie na uczelni, nie? Wydaje mi się, że nauczanie indywidualne w domu umożliwia elastyczny grafik.
- Okej. - Ekscytacja Harry'ego wydaje się rosnąć razem z poszerzającym się na jego twarzy uśmiechem.- Okej.
- Okej - powtarza Louis i ponownie go całuje, wolno i ospale.
- I chyba muszę najpierw zająć się sobą - kontynuuje Harry, odsuwając się. - Wciąż układam sobie kilka rzeczy i w ogóle. Ale wydaje mi się, że wszystko będzie dobrze.
- Świetnie - odpowiada Louis, przytakując głową i opiera szyję na ramieniu Harry'ego, przyciągając go do uścisku jedną ręką i wdychając jego zapach, od czego kręci mu się lekko w głowie. - Dobrze, dobrze, dobrze. Zostaniesz na trochę?
Uśmiech Harry'ego jest namacalny, jego mięśnie poruszają się przy policzku Louisa, gdy rozpoznaje w tym swoje własne słowa sprzed kilku dni. Kiwa głową, przesuwając się do tyłu.
- Tylko jeśli podzielisz się ze mną swoimi kocami.
- Wskakuj. - Louis podnosi brzeg nakrycia i zagania pod nie chłopaka. Kręcąc się, przytulają się do siebie, z głowami złożonymi obok siebie na poduszce.
- Powiedz mi coś o sobie - prosi Harry, wracając do gry, którą wymyślili w szatańskim piekle wzniesienia Bluff Knoll.
Louis uśmiecha się w stronę sufitu.
- A co chciałbyś wiedzieć?
- Cokolwiek.
Louis ściąga usta na bok, wyrzucając pierwszą rzecz, jaka przychodzi mu do głowy.
- Umiem zajmować się dziewczynami. W sensie, robić im warkocze, kucyki i inne tego typu rzeczy.
Harry spogląda na niego z zainteresowaniem.
- To całkiem gorące.
- Jeśli to cię to podnieca - śmieje się Louis, ale jego żołądek zawiązuje się z zadowolenia. - Teraz ty - rozkazuje władczo. - Zaimponuj mi.
Harry wybucha śmiechem.
- No dobrze... potrafię piec.
Louis ma tego świadomość, odkąd spróbował kawałka nieba, jakie podano na deser wcześniej, ale jest zainteresowany i zaintrygowany umiejętnościami Harry'ego wychodzącymi poza pieczenie ciasta marchewkowego.
- Naprawdę?
- Mhm. - Harry przybiera fałszywie entuzjastyczny ton głosu, który zniekształca się z powodu jego wady wymowy. - Strudle, słodkie bułeczki, a nawet tartę jabłkową.
Louis mruga i bardzo powoli obraca się na bok.
- Harry - odzywa się. - Powiedz, że wcale nie zacytowałeś przed chwilą High School Musical.
- Mówi osoba, która rozpoznała cytat.
- Mam cztery młodsze siostry - utrzymuje szatyn. - A jaką ty masz wymówkę?
- Lubię głupie, szczęśliwe filmy - odpowiada Harry bez cienia wstydu. - Im bardziej łzawe, tym lepsze. Poza tym, Zac Efron.
- Ugh, nie, Zac Efron nie jest atrakcyjny. Piosenka Bet on it? No proszę.
- Depresja na polu golfowym w swej najlepiej postaci - mówi młodszy chłopak z zadowoleniem.
Louis parska śmiechem.
- Jesteś dziwny.
- Ty też - odcina się Harry, dając mu kuksańca w bok.
- Okej, moja kolej. Mam niezłe pytanie...
Bawią się w ten sposób, dopóki nie nastaje następy dzień, a ich głosy są ciche, aby dopasować się do ogólnej atmosfery nocy na zewnątrz. Po kilku godzinach rozmowa zaczyna przypominać zlepek różnych kawałków, przerwy pomiędzy wypowiedziami rozciągają się, gdy głowy chłopców zachodzą mgłą snu. Louis jest pewny, że dobiegła kompletnie końca, kiedy oddech Harry'ego wyrównuje się i on sam też zaczyna odpływać, a wtedy Harry nagle decyduje się odezwać.
- Mam pytanie. - Mamrocze sennie w poduszkę i możliwe, że nie jest w pełni przytomny. - Oto ono: lubię cię... bardzo... mocno.
Louis prycha z rozbawieniem przez nos, ponieważ to takie słodkie, słodkie, słodkie.
- Ja ciebie też, niegrzeczny chłopczyku - szepcze.
Śpią obok siebie, dopóki nie wschodzi słońce.
***
Louis budzi się z namiotem przy twarzy, sufit łaskocze go w nos, a kijki wyginają się do środka. Automatycznie patrzy na prawo, gdzie widzi loki Harry'ego wystające spod pomarszczonego tropiku, i nagle dusi się ze śmiechu.
Harry porusza się, a namiot marszczy się wokół niego, gdy wystawia głowę. Jedno oko wciąż ma zamknięte.
- Co się, do diabła, stało? - pyta śpiąco.
Louis wyprostowuje się, wycierając łzy z oczu.
- Ktoś popsuł namiot.
- Ktoś? - Chłopak pociera nadgarstkiem własne oczy. - Widziałem, jak go wczoraj rozstawiałeś. Jestem zaskoczony, że wytrzymał tak długo.
Louis szczypie go w rękę, ale jego oczy lśnią i czuje, że uśmiech w każdej chwili może pojawić się na jego twarzy.
- Dzień dobry - mówi miękko.
Usta Harry'ego układają się w delikatny uśmiech.
- Dzień dobry.
Wykręca się ze strefy popsutego namiotu, żeby przyciągnąć Louisa do delikatnego pocałunku. Szatyn wstrzymuje oddech, bardzo świadomy niemytych zębów, ale uczucie warg Harry'ego na ustach jest czymś, czemu nie potrafi odmówić.
- Wyplączmy się stąd, co ty na to? - proponuje z ręką na nadgarstku chłopaka.
Harry chichocze i pobieżnie rozgląda się wokoło.
- Gdzie podziało się wyjście?
Minutę zajmuje Louisowi zorientowanie się w położeniu suwaka, ale triumfalnie wystawia głowę na zewnątrz, wdychając świeże powietrze i gramoląc się na czworaka. Jest świetnie i wspaniale, dopóki nie uświadamia sobie, jaki mają dzień. Jego serce zapada się w sobie.
- O której wyjeżdżasz? - pyta, zerkając w dół na Harry'ego, który niezdarnie wychodzi z zapadniętego namiotu.
Chłopakowi wreszcie udaje się wyplątać nogi; potykając się, wstaje i otrzepuje kolana z trawy.
- Jakoś wcześnie. Prawdopodobnie już niedługo, kurczę, ciekawe która godzina.
- Nie mam pojęcia.
- Muszę dokończyć pakowanie... - Harry przygryza wargę. - Moglibyśmy spotkać się za godzinę?
- Gdzie? - pyta Louis, ponieważ jego zgoda jest oczywista.
- Może na ganku?
- Ustalone. Do zobaczenia.
Harry wykonuje wstępnie ruch, jakby chciał go pocałować, widzi ukradkowe spojrzenie, jakie Louis skierował na okno, i ogranicza się do ściśnięcia go za rękę.
- Do zobaczenia - powtarza.
- No. - Louis odwzajemnia uścisk, w jakiś sposób znajdując siłę, której brakowało mu wcześniej, w mocnym uchwycie reki chłopaka na swojej.
I może to pozostałość po dotyku jego palców sprawia, że trzyma głowę wysoko w górze, gdy zatrzaskuje za sobą drzwi, czym zaskakuje Jay. Zegar na mikrofalówce wskazuje ósmą dwadzieścia trzy.
- Dzień dobry, kochanie - mówi. - Mam nadzieję, że nie spędziłeś tak całej nocy. Miałam cię obudzić, ale widziałam, że materiał unosi się od twojego oddechu, więc wszystko musiało być dobrze.
- Mamo - odzywa się Louis, opierając łokcie na blacie. - Mogę ci coś powiedzieć?
- Nie krępuj się.
Następuje chwila ciszy, gdy obmyśla wszystko, ale wiecie co? Pierdolić to. Musi wyrzucić to z siebie teraz, gdy motywacja wciąż mocno w nim krąży.
- Co byś powiedziała, gdym ci powiedział, że jestem... nie do końca zainteresowany dziewczynami?
To prawdopodobnie najbardziej zawiły sposób, w jaki mógł się ujawnić, ale trafia do celu.
Jay odkłada szpatułkę i wyłącza palnik. Porusza się niemal w zwolnionym tempie.
- Powiedziałabym: w porządku, kocham cię i dziękuję, że mi powiedziałeś? - Kobieta mruga w jego stronę i Louis czuje niewytłumaczalne łzy w oczach. Wzrusza drżąco ramionami.
- Och, Lou. - Jay przecina dzielącą ich odległość i zamyka go w ciasnych objęciach.
To przerywa tamę łez. Louis ściska ją mocno i długo, jak jeszcze nigdy w życiu.
- Bardzo cię kocham, Louis - odzywa się Jay po długiej chwili.
- Ja ciebie też - mamrocze szatyn w jej ramię.
Stoją tak przez kolejnych kilka minut, a patelnia wydaje cichy syk na kuchence, gdzie stygnie.
- Pomiędzy tobą i Harrym coś jest, prawda? - pyta Jay, kiedy wreszcie się odsuwa.
Louis wykrzywia twarz.
- Skąd...?
- Kochanie, sposób, w jaki wy dwaj zachowywaliście się wczoraj wieczorem... Musiałabym być ślepa i głucha, żeby nie zorientować się, że coś jest na rzeczy.
- To nie jest takie oczywiste - gdera Louis. - Czy jest?
- To kochany chłopak - mówi Jay zamiast odpowiedzi, czym wywołuje u Louisa niechciany uśmiech.
- Wiem.
- Nie spodoba ci się to, co zaraz powiem, ale... - Matka Louisa wygina sugestywnie brew. - Niemal wyglądało, jakby w tym namiocie były dwa ciała. Nie zdarzyło się przypadkiem...?
- O Boże - przerywa jej chłopak. - Nie, nie... To znaczy, no tak, Harry tam był. Obiecuję, że wszystko było niewinne. Jest zbyt wcześnie na tę rozmowę. Nie należy mi się jakiś okres ochrony po ujawnieniu się?
- A co, tyczą się tego jakieś przepisy? - Śmieje się Jay.
- Tak. Wszystko zapisane jest w Encyklopedii Wychodzenia Z Szafy. Znajdziesz ją w bibliotece.
Jay nadal chichocze.
- Dobrze, popatrzę. Mógłbyś zawołać swoje siostry na śniadanie, proszę?
Louis gdera zrzędliwie, jęczy, i w ten oto sposób wszystko wraca na swoje miejsce.
***
- Powiedziałem jej - mówi Louis w ramach powitania, gdy otwiera drzwi na ganek.
Harry, który siedzi na kanapie z wielką kopertą w rękach, podnosi wzrok. Ma na sobie zieloną koszulkę, która wydobywa zieleń lasu z jego oczu.
- Louis, to...
- Wspaniałe. Czuję się tak wspaniale. - I pochyla się, żeby oprzeć ręce po bokach ud Harry'ego, przyciskając wargi do jego ust. Harry rozpływa się w pod jego dotykiem, delikatnie wędrując językiem, gdy dłońmi ujmuje twarz Louisa.
- Zgaduję, że wszystko dobrze poszło - odpowiada, a słowa łaskoczą szatyna w nos, pachnąc miętą.
- Lepiej niż dobrze. Nie wiem, czemu zwlekałem. - Opada na sofę, a ich ramiona stykają się ze sobą. - To, że jej powiedziałem, to twoja zasługa, wiesz.
- Nie - zaprzecza Harry. - Wszystko zawdzięczasz wyłącznie sobie.
- Ale ty mnie zainspirowałeś.
Usta Harry'ego unoszą się w kącikach, na policzku pojawia się zarys dołeczka.
- Zainspirowałem cię. - Brzmienie tych słów podoba mu się, gdy przesuwa palcami po kopercie.
- Dokładnie tak. Więc. - Uśmiecha się Louis. - Dziękuję.
Harry pozwala mu się jeszcze raz pocałować, a jego wargi wyginają się w sposób, który zawsze wydobywa w pełni jego dołeczki. Louis wie.
- Kiedy musisz iść? - pyta, wodząc kciukiem po jednym z malutkich zagłębień.
- Jakieś dziesięć minut temu. Musiałem powiedzieć cioci, że zapomniałem czegoś od was wziąć.
- Zapomniałeś wziąć mnie - odpowiada Louis, co nawet nie jest śmieszne, ale i tak wprawia Harry'ego w śmiech.
- Daj mi swój numer telefonu.
- Ale się rządzisz. - Louis szczerzy szeroko zęby, gdy wymieniają się telefonami, ale w momencie, w których kończą, uśmiech znika, a powietrze jest ciężkie od tego, co ma niedługo nastąpić. Cholera, Louis nie chce pozwolić mu odejść. Głaszcze loczka, który zwisa przy jego twarzy.
Harry łączy ze sobą ich dłonie, obniżając je do swojej szczęki. Następnie wypuszcza jego rękę i sięga po kopertę, mówiąc:
- To dla ciebie.
Louis zaczyna ją otwierać, lecz duże ręce go powstrzymują, dokładnie pokrywając jego dłonie.
- Później. Poczekaj, aż wyjadę.
- Jak tajemniczo - mówi Louis, unosząc brew.
Ktoś puka nagle w drzwi, które następnie otwierają się z premedytacją.
- Harry, naprawdę musimy już je... - Grace urywa w pół słowa. - Cześć, Louis.
Louis próbuje zabrać ręce, ale Harry zaskakująco ani drgnie. Ze spokojem obraca głowę w stronę swojej cioci, która przytakuje w zrozumieniu, bez słowa zamykając za sobą drzwi.
Harry wykorzystuje okazję, żeby złączyć ze sobą ich usta, całując Louisa tak, jakby chciał posmakować każdy jego fragment. To pożegnalny pocałunek. Każde wilgotne muśnięcie skóry wypełnione jest ostatecznością, niezrażoną próbą zapamiętania ust drugiego, zanim będą musieli się rozstać.
Wreszcie Harry odsuwa się, trzymając w rękach głowę Louisa, gdy patrzy mu uroczyście w oczy.
- Do widzenia, Louis.
Louis obraca twarz, żeby pocałować jego nadgarstek.
- Do widzenia - mruczy przy skórze. - Pisz do mnie - dodaje.
- Oczywiście.
- Chcę cogodzinne sprawozdania z twojej podróży do domu.
- Uważaj, czego sobie życzysz - śmieje się Harry.
Kiedy i to blaknie, zostają tylko oni dwaj, nikły blask światła przy suficie pokrywający ich złotem oraz silnik minivana budzący się do życia gdzieś w oddali.
- Niedługo się zobaczymy - mówi Louis cicho.
- Tak - przytakuje Harry rezolutnie. - Już niedługo.
Słowa te wciąż odbijają się echem po głowie szatyna, gdy obserwuje, jak szary van wyjeżdża tyłem z podjazdu na sąsiednim podwórku, a zza bocznej szyby pasażera wygląda skąpana w słońcu twarz Harry'ego. Louis macha do niego, następnie kładzie rękę na sercu w dziwnej, podjętej pod wpływem chwili próbie posłużenia się językiem migowym. Harry uśmiecha się szeroko, w odpowiedzi podnosi dłoń i łączy palec wskazujący ze środkowym. Gest ten wywołuje mrowienie na skórze szatyna. Patrzy, jak van jedzie po głównej drodze i wreszcie znika za zakrętem, a pomruk silnika milknie.
Dopiero wtedy Louis pozwala sobie usiąść na schodku werandy i rozerwać kopertę. W środku znajduje się kartka ze szkicownika Harry'ego, uświadamia sobie, ale odwrócona do góry nogami, oderwana na boku i lekko pognieciona. Kiedy ją obraca, wydaje dosłownie dławiący się odgłos, ponieważ jest tam on, Louis, jego twarz wyryta kolorowym długopisem. Harry narysował go jako tę piękną, niemal eteryczną postać, jakimś cudem stworzył przy pomocy tuszu iluzję jasnego słońca na jego skórze. Na samym dole, wypisane schludną kursywą, widnieje czarne: Kolejny sen xx.
Louis czuje, jak jego serce puchnie i obawia się, że może wybuchnąć ckliwą, okropnie, odrażająco wspaniałą falą. To intymne w sposób, jakiego nie potrafi nawet opisać, tak jakby kawałek jego samego stworzył ten tusz i papier. Z miejsca wie, że nikt inny nigdy nie ujrzy tego rysunku.
Może to przeznaczanie, albo po prostu piękny przypadek, ale w tamtym momencie motyl przysiada na rogu kartki, drobniutki i ciekawski, krocząc miękko po tuszu. Louis podziwia go przez moment, unosząc kąciki ust, a potem lekko potrząsa rysunkiem.
Trzepocząc skrzydłami, motyl podrywa się w powietrze i Louis patrzy, jak odlatuje.
Dust Off My Wings - Część IV
Tytuł i link do oryginału: Dust off my wings
Autor: Lizzie
Zgoda: jest!
Pairing: Larry Stylinson
Rating: NC-17
Tłumaczenie: Agreed
Opis:
Harry jest jak motyl ze złamanymi skrzydłami, Louis to promień słońca wpadający przez okno.
AU gdzie chłopcy spędzają wakacje w sąsiednich domkach na wsi, Louis dostaje obsesji na punkcie tajemniczego sąsiada, a koniec lata jest tak naprawdę tylko początkiem czegoś innego.
Za wykonanie banera ślicznie dziękuję Mess!
***
Trochę później Louis stoi pod parzącym atakiem płynącym ze słuchawki prysznicowej, zaciskając oczy i zwyczajnie pozwalając strumieniowi obmywać swoje ciało. Nikłe wygięcie jego warg potencjalnie mogłoby zostać przypisane myślom o Harrym, również nagim gdzieś pod prysznicem, co nie powinno być takie podniecające. Naprawdę nie. W takim razie dlaczego nie może przestać o tym myśleć?
A będąc w tym temacie... Louis niejasno zastanawia się, czy to, co przed chwilą miało miejsce, liczy się jako seks. Prawdopodobnie powinno być odrobinę bardziej oczywiste, nie? W sensie, powinien mieć co do tego pewność. Ale do diabła, wszystko jest teraz takie zagmatwane.
W momencie, w którym przestał wszystko analizować na tyle, by umyć włosy, deszcz zelżał. Szatyn przebiera się w świeże ubrania, ponaglany dziwnie zdesperowaną potrzebą, aby ponownie znaleźć się blisko Harry'ego, i łapie jabłko na przekąskę, gdy zgodnie z umową wychodzi na plażę, gdzie mają się spotkać.
Dopiero kiedy wyłania się na werandę, zauważa, że z sąsiedniego podjazdu zniknął samochód.
Hmm. Louis myśli o tym krótko, pożerając jabłko w drodze na piasek, na którym zajmuje miejsce przy brzegu wody. Schrupał owoc do ogryzka, a po Harrym ani śladu i Louis zaczyna się niecierpliwić. Przez sekundę bije się z myślami (To nie śmieć, jeżeli nadaje się na kompostownik, prawda? Może ryby jedzą owoce? Do cholery jasnej, nie będą narzekać.), a następnie wyrzuca pozostałości po jabłku w fale, wycierając lepkie palce w szorty.
Harry'ego wciąż nie widać.
Nieodłączny brak cierpliwości sprawia, że Louis przerywa czekanie i idzie ponownie sprawdzić drzwi do domku. Mija kilka chwil i nie otrzymuje odpowiedzi, co na tym etapie dowodzi, iż Harry musiał udać się na improwizowaną wyprawę po sprawunki ze swoją ciocią. Louis zapisuje sobie w pamięci, żeby wymienić się z nim numerami telefonów przy następnym spotkaniu. Ale nie czuje się zawiedziony. Nic a nic.
Spędza większość popołudnia pomagając mamie w układaniu puzzli na kuchennym stole, choć niezbyt przydatny z niego asystent. Jego myśli do tego stopnia zaprzątają loki oraz skóra, że każdy kawałek układanki, jaki podnosi, wydaje się odzwierciedlać jakiś aspekt wyglądu Harry'ego - och, ten odcień zieleni otacza tęczówkę jego oczu, a tutaj znajduje się skrzydło jego wytatuowanego motyla - i Louis jest niewymiernie rozczarowany, gdy puzzle zaczynają układać się w łagodny angielski krajobraz. Przez cały czas walczy z pokusą, by wyjrzeć przez okno i sprawdzić, czy samochód już wrócił.
Gdzie on jest?
- Ty i Harry całkiem dobrze sie dogadujecie, prawda? - pyta Jay, próbując odciągnąć syna od szczególnie przeciągłego i fatalnego spojrzenia w kierunku sąsiedniego domu.
- Eee, no tak - odpowiada Louis, po omacku sięgając po kawałek puzzli, żeby przenieść na niego swoją uwagę.
- Skąd on jest?
- Z Cheshire.
- Mhm.
Między nim i jego mamą zdarzają się czasami takie rozmowy i z powodu nieustającej paranoi Louis zastanawia się, czy w ten sposób kobieta próbuje coś z niego wyciągnąć.
- Czy przyjechał tu ze swoją rodziną? - kontynuuje Jay, dopasowując kawałek układanki.
- Z ciocią - mówi Louis, gdy jego próba zostaje udaremniona przez jeden z tych irytujących przypadków, w których coś, co wydaje się idealnie pasować, okazuje się perfidnym kłamstwem. Głupie puzzle. - A co, to hiszpańska inkwizycja?
- Nie tam, tylko mamusina inkwizycja - odpowiada Jay, na co chłopak wywraca oczami. Kobieta przygląda się zielono-niebieskiej cząstce pomiędzy jej palcem wskazującym a kciukiem. - Może powinnam zaprosić ich któregoś dnia na kolację, jak sądzisz?
Louis przytakuje w roztargnieniu, gdy skanuje pole bitewne niepasujących kawałków w poszukiwaniu kolejnej ofiary.
- Pewnie, czemu nie.
***
Dwa dni później Louis bez obaw może powiedzieć, że traci rozum.
Cokolwiek dzieje się z Harrym, jest bezprecedensowe i pochłaniające. Na nieszczęście również mylące jak diabli. Louis wyobrażał sobie wcześniej, że kilka następnych dni minie w wirze kradzionych chwil, potajemnych schadzek oraz dużej ilości całowania. Zamiast tego dostał ciszę radiową. Samochód wrócił tamtego wieczora na miejsce, ale było już późno, więc odpuścił, domniemając, że spotka się z Harrym następnego ranka.
Nie widzieli się.
Kolejnego dnia jego pukanie do drzwi zostawiło go bez odpowiedzi, zarówno w sensie dosłownym jak i metaforycznym, a teraz to dziwne unikanie się sprawia, że Louis zaczyna wątpić. Czy Harry czuł się niezręcznie tamtego dnia? Czy Louis wymusił na nim cokolwiek? Czy sprawy pomiędzy nimi stały się dziwne? Czy chłopak go unika? W tamtej chwili żadna z wymienionych rzeczy nie zdawała się mieć miejsca, ale teraz Louis zaczyna się martwić, że może zaślepiła go żądza i uroił sobie wszystko.
Wreszcie, dwa dni później, szatyn wychodzi, żeby zabrać swój ręcznik ze sznurka na bieliznę na tyłach domu i Harry siedzi przy ogniu dokładnie jak tamtej pierwszej nocy. Louis zamiera na sekundę i jedynie wpatruje się w ten obraz, jakby jego oczy były korzeniami spijającymi wodę po okresie suszy. Harry leży na brzuchu na trawie, na której rozłożył ręcznik, szkicując w notatniku. W świetle ognia wygląda pięknie, jego policzki migoczą, skórę pokrywa koszulka z długimi rękawami. Louis nie jest pewny, czy podejść, ale gdy stoi tak gapiąc się, Harry unosi spojrzenie i nawiązuje kontakt wzrokowy. Wydaje się poważny, skupiony, ogień rzuca cienie na jego kości policzkowe. Trzymany przez niego ołówek nagle zamiera w jego dłoni.
Z towarzyszącym mu uczuciem deja vu, Louis przecina przestrzeń pomiędzy ogródkami. Tym razem jednak stąpa ciężej, z odrobiną niepewności. Cienkie jak włos pęknięcie w jego pewności siebie.
- Cześć - odzywa się.
Harry obraca głowę, żeby spojrzeć w górę, wyglądając niemal nieśmiało.
-...cześć.
Louis opada na ziemię obok niego, dzięki czemu może mówić raczej do zakrzywienia jego kręgosłupa, niż patrząc mu prosto w oczu. Nie owijaj w bawełnę, myśli sobie.
- Unikasz mnie?
- Nie. - Harry wierci się, podpierając na łokciach. Wypuszcza z siebie oddech. - Okej, może trochę.
Louis unosi odrobinę brwi, próbując zachowywać się, jakby jego serce nie zostało właśnie wyrwane mu przez gardło.
- Och, no dobrze. - A potem po zastanowieniu. - To trochę chujowe z twojej strony. Tak tylko mówię.
- Wiem, przepraszam - odpowiada Harry, przechylając głowę w bok, żeby zakręcić młynka ołówkiem trzymanym w palcach.
Więc to tyle. Definitywne odrzucenie. Pomimo intensywnego myślenia na ten temat, uczucie wciąż porównywalne jest do spoliczkowania, gdy uzmysławia sobie, że Harry rzeczywiście ma problem z tym, co zaszło między nimi.
- Dobra - odzywa się Louis po bardzo długiej przerwie, próbując trzymać swój głos w ryzach. Potrzebuje... wjechać na autostradę moralności. - Przepraszam, jeśli... jeśli to popsuło sprawy między nami.
- Nie popsuło. - Harry trąca nogę Louisa swoją i trzyma ją w tamtym miejscu, co jest... oszałamiające. Szatyn wpatruje się w zagłębienie pleców chłopaka z ustami wyrażającymi zdumienie, myśląc, że ten kręcono włosy obraz można umieścić w słowniku pod hasłem "sprzeczne sygnały".
- Okej... - Ręce Louisa poszukują zajęcia, więc wyrywa kępkę trawy z ziemi i zaczyna posypywać nią łydki Harry'ego. W czasie bloku ciszy, jaki następuje, tworzy z tyłu jego nóg pokryty zielenią dywan. Chce coś powiedzieć, choć nie wie co, i kończy z zaskakującym:
- Harry, twoja ciocia wie?
Jakimś cudem Harry od razu wie, co tamten ma na myśli.
- Taa.
Louis przełyka ślinę, rozrywając trawę między palcami.
- Więc ujawniłeś się?
- To znaczy, nie przed wszystkimi. Jestem w trakcie. Ale przed większością ludzi tak.
- Hmm. - Pierwszy raz w swoim życiu, Louis naprawdę rozważa wypowiedzenie tych słów. Mamo, jestem gejem. To zawsze była taka odległa rzecz. Że może gdyby nigdy nie przyjął tego do wiadomości, mógłby wciąż być szczęśliwy u boku dziewczyny.
Wtedy patrzy z góry na Harry'ego i wie, że oszukiwał sam siebie.
W międzyczasie młodszy chłopak obraca się i przesuwa kciukiem po bransoletce na kostce Louisa, skręcając żyłkę między palcami. Jego dotyk jest miękki, intymny i dziwnie skonfliktowany. Louis wstrzymuje oddech, bojąc się roztrzaskać ten uroczy, choć zagmatwany moment. Marszczy brwi, analizując go w głowie. Ze strony Harry'ego nie jest to na pewno akcja wywołana dyskomfortem. Osoba, która odbyła może-stosunek seksualny i po wszystkim czuje się na tyle niewygodnie, by w pełni unikać partnera, nie dotyka w ten sposób.
Ręka Harry'ego ostatecznie opada i chłopak siada, otrzepując trawę z nóg.
- Za trzy dni wyjeżdżam - mówi ni stąd ni zowąd.
Ostatnie źdźbło trawy spada z dłoni Louisa, lecąc na ziemię.
- Trzy dni - powtarza niczym echo.
- No. Także... tak.
Dlaczego Louis czuje, jakby świat uciekał mu spod stóp? To nie jest normalne.
Harry nieznacznie przysuwa się do niego, ale natychmiast się cofa.
- Mówię to ze względu na to, co powiedziałeś wcześniej o popsutych między nami sprawach. Nie o to chodzi. Po prostu... za trzy dni wyjeżdżam.
Louis kiwa głową, chociaż nie czuje się we władaniu nad własnym ciałem.
- Racja.
- I nie chcę w tym momencie stracić niczego więcej - wyjaśnia Harry cicho. - Jestem zwyczajnie zmęczony traceniem rzeczy.
- W porządku. - Kiwnięcie głową, kiwnięcie głową.
- Okej. Chciałem to tylko wyjaśnić.
- Okej. - Louis wreszcie zatrzymuje głowę, która nieustannie kiwała się w przód i tył.
Wszystko ma sens. To ma tyle sensu, że Louis przez sekundę nienawidzi racjonalnego myślenia oraz logiki.
***
Następnego dnia spotyka Harry'ego na plaży.
Louis pomaga bliźniaczkom budować zamek z piasku, kiedy Harry przechodzi miękko przez trawnik z notatnikiem w ręce, zajmując miejsce pod grubym, powykręcanym pniem wierzby. Szatyn podnosi wzrok, mrużąc oczy przed słońcem, a Harry posyła mu nikły uśmiech, po czym zatraca się w rysowaniu.
Phoebe przez przypadek upuszcza wiaderko piasku na jego stopę i chłopak wyszarpuje je, wysypując mulistą zawartość na jej plecy.
- Bleee, Louis! - piszczy tamta, schylając się, żeby uformować w rękach kulkę z mokrego piachu. Rzuca nią w niego ze zbytnią precyzją na kogoś w jej wieku, a w następnej chwili Louis wytrząsa piasek z włosów, podczas gdy siostry chichoczą za jego plecami.
- Chcecie, żebym wam pomógł, czy nie? - pyta z rozdrażnieniem, ocierając uparte granulki z brwi.
- Powiedz Harry'emu, żeby do nas dołączył - rozkazuje Daisy, wskazując miejsce, w którym wspomniany chłopak siedzi pochylony nad swoim rysunkiem.
Louis mierzwi jej włosy, ze wzrokiem ściąganym przez przyciąganie grawitacyjne Harry'ego. Ciężko odwrócić spojrzenie, ale udaje mu się, gdy zgina się, żeby wydłubać małą wieżyczkę na boku zamku.
- Nie sądzę, żeby był zainteresowany, Dais.
***
Tej nocy Louis udaje się w dresach do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę przed pójściem do łóżka. Jest to proces na tyle znajomy, pożądany przez jego mózg po latach postępowania w ten sam sposób, że stał się niemal mechaniczny. Nim jest tego świadomy, trzyma w rękach parujący kubek i kieruje się z powrotem na korytarz. Jednakże tej nocy coś stopuje go w połowie kroku. U sąsiadów, po drugiej stronie pokrążonego w ciemnościach podwórka, w oknie sypialni Harry'ego świeci się światło
, dzięki czemu wnętrze jest widoczne pomimo odległości między domkami. Młodszy chłopak siedzi na łóżku, wyraźnie szkicując, obramowany ramami okna. Louis obserwuje go przez minutę lub dwie, po prostu trzymając swoją herbatę i gapiąc się z daleka. Nawet z tej odległości Harry jest wspaniały, jego loki odgarnięte do tyłu przy pomocy opaski, w koncentracji zagryzając dolną wargę.
Jak gdyby instynktownie, chłopak nagle unosi wzrok i przez chwilę są jak dwie bańki światła w ciemnym tunelu, połączeni długim, nieprzerwanym spojrzeniem. Twarz Harry'ego wypełnia intensywność ciężka do opisania i Louis nie potrafi odwrócić wzroku.
Ostatecznie Harry podnosi sie z łóżka. Oczy Louisa podążają jego śladem, a para z herbaty unosi się serpentynami przed jego twarzą, gdy Harry odkłada notatnik na komodę i rusza, by zgasić światło
. Ich spojrzenia łączą się tuż przed tym, gdy pochłania go czerń.
Louis wraca do pokoju z blaskiem okna wypalonym na siatkówkach oraz dziwnym, ciążącym uczuciu na dnie żołądka.
***
- No więc zaprosiłam Harry'ego i Grace na herbatę.
Louis niemal wypuszcza talerz z lunchem, gdy Jay wpada do kuchni. Jego kanapka z szynką zbliżyła się niebezpiecznie blisko swego zgonu na podłodze z linoleum. Chłopak poprawia uchwyt, piszcząc:
- Co?
- Na herbatę, kochanie. Przyjdą dzisiaj wieczorem. Myślałam o urządzeniu grilla, co o tym myślisz?
Co o tym myśli? Myśli, że wizyta Harry'ego w tym momencie może doprowadzić go do szaleństwa.
- Super, świetnie - wykrztusza, wychodząc z pokoju z kanapką, na którą całkiem stracił apetyt.
Louis spędza resztę popołudnia na graniu w pokoju w jakąś głupią grę, której zasady rozumie tylko po części, z Phoebe oraz Daisy w ich pokoju. Zaczyna się od opaski Daisy w roli przestępy Doktora Peppera, pięciu lalek Bratz łamanych na najlepsze przyjaciółki, które zmieniają ubranie co dwie minuty, wielkiej ilości brokatu oraz najwyraźniej jest bardzo ważna. Umysł Louisa godzi się jednak na wszystko i kiedy pozwala Jessice (Emmie?) po raz drugi wpaść do pełnego piranii basenu Doktora Peppera, kończy swoją krótką karierę jako towarzysz ich zabaw.
- Zostajesz wygnany - mówi mu Daisy, a Louis zastanawia się przelotnie, gdzie w ogóle podłapała to słowo. - Przestań wszystkich mordować.
W ten oto sposób pojawia się z powrotem w kuchni, pochylając się na łokciach na blacie stołowym, podczas gdy Jay zbliża się, siekając warzywa i mieszając coś na kuchence. Lottie i Fizzy siedzą przy stole za jego plecami. Na zewnątrz słońce zaczyna zachodzić, rozpościerając po wszystkim pienistą warstwę kremowego pomarańczowego.
- O której mają przyjść? - pyta mamę, podwędzając selerowego paluszka i chrupiąc go.
- Powiedziałam, żeby przyszli około szóstej - odpowiada Jay. - Postawisz je na stole, kochanie?
Louis usłużnie bierze od niej solniczkę i pieprzniczkę i pochyla się nad Fizzy, żeby ustawić je pośród zastawy.
- Ile lat ma Harry? - pyta Lottie, chwytając oparcie jednego z krzeseł i opierając się na nim.
Louis mierzy ją spojrzeniem.
- Jest o wiele dla ciebie za stary, młodziku.
- Nie dlatego pytałam, mądralo - rzuca, choć jej rumieniec mówi co innego. - Czy on wciąż chodzi do szkoły?
- Jak zawsze milion pytań. Możesz go sama zapytać, gdy tu przyjdzie.
Lottie wywraca oczami a la nastoletnia dziewczyna.
- Co cię ugryzło?
- Nic mnie nie ugryzło - szydzi. Następnie wychodzi w napięciu z pokoju i zamyka się w łazience, gdzie ogląda się w lustrze, poprawia jakieś siedem razy grzywkę i ochlapuje twarz wodą. Stara się nie czytać zbyt wiele z motywów leżących za tym wszystkim.
Pukanie do drzwi pojawia się równo o szóstej i Jay prosi Louisa, by był tak miły i otworzył, gdy ona zdejmie kawałki baraniny z grilla. Wykonuje prośbę, uzbrajając się, gdy uchyla drzwi.
Harry stoi na stopniu obok swojej cioci. Jego oczy błyszczą w świetle patio i trzyma w rękach pudding, wyglądając jak uosobienie ciepłej perfekcji o kręconych włosach.
Cholera jasna.
- Witamy! - odzywa się szatyn, być może trochę zbyt radośnie. - Musicie wybaczyć ten nieporządek - dodaje, machając ręką, by przeszli przez próg - tak to już u nas jest, mówiąc szczerze.
- Jest ślicznie - odpowiada Grace, spławiając jego przeprosiny, gdy rozgląda się po foyer. Louis podejrzewa, że stanowi ono lekki kontrast do mrocznych pomieszczeń jej własnego domu; domek Tomlinsonów wypełnia ciepło, nieład i nieustająca pełnia życia.
W wejściu jest również trochę tłoczno i Louis czuje się nagle klaustrofobicznie. Nie ma pewności, gdzie podziać wzrok, więc kończy na wpatrywaniu się w talerz w rękach Harry'ego.
- Dobrze - odzywa się, czyniąc gest, by przejąć go od chłopaka. - Wezmę to.
Harry podaje mu talerz, ale Louis nie kłopocze się patrzeniem mu w oczy, ponieważ jest na misji. Musi dostarczyć ten pudding do kuchni. Właśnie tak.
- Hej wam! - woła Jay z końca korytarza. - Chodźcie dalej.
Louis wprowadza ich za sobą, a następnie wymyka się na drugą stronę blatu, patrząc w dół na coś, co okazuje się być ciastem marchewkowym z polewą, owiniętym w folię aluminiową. Odstawia je na stół, bardzo mocno starając się swobodnie odłączyć na bok, ale nie potrafiąc powstrzymać wzroku przed dryfowaniem w poszukiwaniu Harry'ego. Jak się okazuje, chłopak oferuje Jay pomoc w nalewaniu drinków, zastanawiając się, czy jest coś, co mógłby zrobić, oraz generalnie jest zajebiście dobrym człowiekiem. Louis boi się patrzeć zbyt długo, przerażony, że intensywność jego uczuć stanie się widoczna dla młodszego chłopaka, który najwyraźniej zapomniał już o ich małym wyskoku w sposób, o jakim Louis może tylko pomarzyć. Szatyn przysłuchuje się niewyraźnie Jay, gdy ta wygania Harry'ego ze szklanką lemoniady w kierunku stołu, przy którym chłopak zabawia dziewczyny, odpowiadając cicho na ich pytania i popijając napój. Starania Louisa, aby nie gapić się zanadto, są nieefektywne.
- Lou, idź usiąść - mówi Jay, posyłając mu dziwne spojrzenie i szturchając go w ramię.
- Ja tylko... pilnuję ciasta - odpowiada bez przekonania. - Eee... jesteś pewna, że nie przyda ci się dodatkowa para rąk?
Twarz Jay przejawia ekstremalne niedowierzanie.
- Ty - rzuca - chcesz pomóc. Oczywiście. Dobrze się czujesz, kochany?
- Wyśmienicie. Wręcz pierwszorzędnie. Czy tą baraninę trzeba wyłożyć na talerze?
Zaniósłszy wspólnymi siłami talerze na stół, tłoczą się wszyscy wokół ciepłego centrum, żeby nacieszyć się wyżerką, którą przygotowała Jay. Z jakiegoś powodu Harry wylądował na miejscu bezpośrednio naprzeciwko Louisa, co potencjalnie może być najgorszą rzeczą na świecie. Nie ma gdzie odwrócić wzroku i ich spojrzenia spotykają się często i nieuchronnie. Louis skupia się na dzióbaniu ziemniaków oraz niemal rytmicznym wpychaniu ich sobie do gardła, udając nonszalancję, gdy zerka przelotnie na lewo od głowy Harry'ego i sprawdza godzinę na zegarze, który wisi tam na ścianie. Nie wie, jak długo jeszcze to wytrzyma.
Jak można było się spodziewać, Jay i Grace dogadują się bez problemów i to ich paplanina niesie echo rozmów wzdłuż stołu.
- Jesteście wszyscy tak cicho. - Jak przerywa pogawędkę z Grace, żeby skomentować, wyginając brew w kierunku młodszych.
- Tylko Louis - poprawia ją Lottie. - Nie wiem, z jakiego powodu. Normalnie nie przestaje gadać.
Louis mrozi ją spojrzeniem,
- Po prostu delektuję się tym rozkosznym jedzeniem - odpowiada, łapiąc się czegoś, co odwróci uwagę, gdy czuje na sobie wzrok Harry'ego. - Fizz, podałabyś mi pieprz?
- Jestem trochę zajęta - mówi w odpowiedzi dziewczyna, mocując się z zakrętką butelki z sosem do sałatki.
Harry bierze go zamiast niej, choć jest mu nie po drodze. Ich palce plączą się ze sobą na podstawce, ich oczy napotykają się i wszystko wydaje się jednym wielkim kłębkiem.
- Dzięki - mówi Harry, trochę zbyt cicho, a Harry kiwa głową w niemym ,,proszę", znowu patrząc w dół na swój talerz.
- Więc jutro wyjeżdżacie? - Jay pyta Grace.
- Niestety. Harry zaczyna wkrótce liceum i musimy się przygotować.
- Hmm, my też będziemy tu jeszcze tylko kilka dni. Louis wyjeżdża jesienią do Roehampton.
- Och, fantastycznie! Co studiujesz?
- Aktorstwo - odpowiada Louis z buzią pełną baraniny. Może to trochę ironiczne, biorąc pod uwagę fakt, że jego umiejętności aktorskie zdają się być w tym momencie absolutnie zerowe.
- A co ty masz nadzieję robić po szkole, Harry? - pyta Jay.
- Nie wiem - odpowiada wolno. - Nie jestem pewny. Może prawo albo coś takiego?
To tyle w zakresie ich obcowania przy obiedzie.
Po puddingu (ciasto doprowadza do orgazmu i jak się okazuje, to Harry je upiekł - żadna niespodzianka), Harry oferuje pomoc przy naczyniach, ale Jay go zbywa. Chłopak nie przyjmuje nie jako odpowiedzi, co jakiś czas przemykając się ukradkiem, aby wytrzeć szklankę lub talerz, dopóki Jay nie poddaje się wobec jego dziwnej obsesji służącego i nie prosi go o pomoc Louisowi w wyniesieniu śmieci.
- Niech Lottie to zrobi - mówi Louis z kanapy, na której przysiadł i zaplata frędzle na jednym z zarzuconych na nią koców.
- Louis, proszę cię. To ci zajmie dwie minuty.
Louis zerka w górę, nawiązuje kontakt wzrokowy z Harrym i jego ręce zatrzymują się.
- Dobra - wzdycha, podciągając się na nogi.
Razem z Harrym milczą, ostrożni, gdy pakują śmieci do worków i zbierają odpadki, komunikując się w całości za pomocą dziwnych, przeciągłych spojrzeń.
W przypływie nagłej inspiracji, Louis robi rundkę po sypialniach, opróżniając kosze i zgarniając wszelkie resztki. Przede wszystkim oferuje tym Harry'emu możliwość pójścia przodem, ale kiedy wraca, chłopak wciąż stoi przy drzwiach z pudłem surowców wtórnych. Czekając na Louisa.
- Nie byłem pewny, dokąd pójść - wyjaśnia.
Louis kiwa głową, a jego gardło jest dziwnie ściśnięte, gdy mówi:
- Pokażę ci, chodź.
Wychodzą razem na zewnątrz, powietrze jest parne i żywe od maleńkich insektów. Louis prowadzi w kierunku wielkich kontenerów za domkiem. Gdy już opróżnili worki, pomaga Harry'emu posegregować odpady i słychać jedynie postukiwanie i szelest, gdy wrzucają tekturę oraz aluminium do koszy.
- Nieźle - Louis nie może powstrzymać komentarza, kiedy Harry wykonuje cudowny rzut puszką po Coli, i dlaczego w ogóle to powiedział?
- Dzięki - odpowiada młodszy chłopak, opuszczając ręce wzdłuż boków. Wpatruje sie intensywnie w Louisa, zagryzając wargę i wyglądając niesprawiedliwie atrakcyjnie w blasku lampy na ganku.
Louis jedynie odwzajemnia spojrzenie, zrezygnowany, i już ma ruszyć w kierunku drzwi, gdy zatrzymuje go ręka zaciskająca się w pięść na jego rękawie.
- Co...
Nagle Harry całuje go z siłą, która zmusza Louisa do zrobienia kilku kroków w tył oraz upuszczenia z głośnym hukiem plastikowej kraty kosza. Przez sekundę jego ręce drgają spazmatycznie po bokach ciała, a następnie zamierają w szoku. Ze strony Harry'ego pocałunek jest pełen determinacji oraz głodu - używa silnych, wyliczonych ruchów - i kończy się o wiele za szybko. Harry odsuwa się, oddychając ciężko i wbija wzrok w oczy Louisa, przekazując nim wystarczającą ilość słów, by napisać swymi zielonymi tęczówkami całą powieść. Louis obserwuje, jak jego oczy odbiegają na moment w jedną stronę, potem w drugą, jakby zapamiętywały jego twarz, a następnie powieki chłopaka opadają, rzęsty muskają policzki przy wydechu.
Kiedy Harry odchodzi, robi to niepewnym krokiem, a Louis opada na klapę z goniącym sercem oraz pustym żołądkiem.
|q^N�dV
Dust Off My Wings - Część III
Tytuł i link do oryginału: Dust off my wings
Autor: Lizzie
Zgoda: jest!
Pairing: Larry Stylinson
Rating: NC-17
Tłumaczenie: Agreed
Opis:
Harry jest jak motyl ze złamanymi skrzydłami, Louis to promień słońca wpadający przez okno.
AU gdzie chłopcy spędzają wakacje w sąsiednich domkach na wsi, Louis dostaje obsesji na punkcie tajemniczego sąsiada, a koniec lata jest tak naprawdę tylko początkiem czegoś innego.
Za wykonanie banera ślicznie dziękuję Mess!
***
Tej nocy Louis długo nie może zasnąć. Leży w łóżku niemal godzinę, rozkopując się, przekręcając, odrzucając i zarzucając na siebie przykrycie, gdy jest mu zbyt gorąco lub zbyt zimno. Srebrny księżyc świeci przez siatkowaną firankę, a chłopak leży na boku, myśląc o Harrym i bezczynnie patrząc na wlewające się światło. Boże, popadł w obsesję. Tak bardzo, że niemal sprawia mu ona ból.
Louis mógłby wyśmiać samego siebie za tak staromodne, niedorzeczne myśli. Obwinia ostatnią godzinę oraz swe ogólne delirium.
Przede wszystkim myśli o tamtym tatuażu, buteleczce tabletek oraz ,,w kwietniu próbowałem się zabić". Może to w pewnym stopniu ponosi odpowiedzialność za jego niepokój, myśli, gdy wreszcie odrzuca prześcieradła, żeby usiąść. Człapie do okna, drapiąc się bezmyślnie po nagim brzuchu, a drugą ręką trąc oczy. Na zewnątrz jezioro mieni się od popękanej abstrakcji rozgwieżdżonej nocy. Drzewa wyginają się ku księżycowi niczym pełne gracji sylwetki okalające niebo. Chłopak słyszy insekty bzyczące pod lampami na ganku.
Z daleka dochodzi dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, a kiedy oczy Louisa przyzwyczajają się do ciemności, widzi go - Harry, stanowiący cienisty zarys, przemierza werandę w kierunku wody.
Louis musiał doświadczyć chwilowej dysfunkcji synapsy, ponieważ już zaraz uświadamia sobie, że naciąga na bokserki parę dresów i przecina korytarz na bosaka, żeby wymknąć się tylnymi drzwiami. Powietrze jest parne niczym delikatny oddech na skórze. Obserwuje, jak Harry zajmuje miejsce na piaszczystym brzegu wody.
- Wiesz - odzywa się, gdy jego stopy zagłębiają się w piasku - chodzą słuchy, że nocą po tej plaży pojawia się wilkołak.
Harry podnosi wzrok w zaskoczeniu; Louis wprawił go w osłupienie.
- Ale nie ma pełni. - Jego głos jest zachrypnięty.
Louis rozważa to.
- Słuszna uwaga. W takim razie jesteśmy prawdopodobnie bezpieczni. - Zajmuje miejsce obok niego, otaczając kolana ramionami. - Nie mogłeś zasnąć?
- No.
- Ja też.
- Gwiazdy są tutaj takie jasne - mówi Harry po przerwie, opierając się z tyłu na rękach z podbródkiem uniesionym do góry.
- Taak. Cudowne właściwości małych miasteczek. Czasami widać nawet spadające gwiazdy, jeśli wpatrujesz się wystarczająco długo.
Harry opada na piasek, patrząc w górę na niebo. Gwiazdy oprószają jego tors srebrnym światłem. Louis dołącza do niego, wiercąc się, aby ułożyć wygonie na plecach.
- Lou? - pyta Harry leniwie.
- Mmm?
- Jesteś gejem?
Tak po prostu całe ciało Louisa zamiera, jakby zostało oblane płynnym azotem. Gwiazdy parzą siatkówkę jego oczu, zostawiając konstelacje wypalone po wewnętrznej stronie zamkniętych powiek.
- Dlaczego mnie o to pytasz? - udaje mu się wypowiedzieć bardzo ostrożnie. Zawsze ma się na baczności.
Słyszy, jak Harry porusza się lekko na piasku.
- Ja jestem - odpowiada ledwo słyszalnym głosem. - Tylko się nad tym zastanawiałem, to wszystko. Przepraszam.
Oczy Louisa otwierają się na gwiazdy, jasne i oślepiające na tle swego granatowego łoża.
- Nie, nie przepraszaj - mówi, a jego żyły zalewa wstrząs wywołany słowami. Ja jestem. - Po prostu trochę mnie zaskoczyłeś. Eee, faktycznie jestem, tak, tak mi się wydaje. Nigdy wcześniej nikomu nie powiedziałem. - A teraz to zrobił. Rozległe uczucie lekkości pulsuje w jego ciele, gdy tylko te słowa opuszczają jego usta.
Harry nie odpowiada, ale Louis czuje muśnięcie jego ręki na swojej, a następnie wokół jego dłoni owijają się palce, wysyłając iskry w górę ramienia i prosto do klatki piersiowej. Żaden z nich się nie odzywa, ale ich oddechy synchronizują się, gdy tak leżą przez jakiś czas w ciszy, obserwując gwiazdy z dotykającymi się palcami. Woda chlupocze rytmicznie na brzegu jeziora. To przypomina Louisowi bycie dzieckiem, bycie przekonanym, że jezioro posiadało bijące serce, kiedy słyszał wodę pulsującą nieprzerwanym życiem na wybrzeżu.
- Czujesz czasami, że mógłbyś unieść się tam wysoko? - odzywa się Harry po chwili. Louis rzuca na niego okiem; Harry obrócony jest do niego profilem, linię jego szczęki okala blada otoczka światła, gdy patrzy prosto w nocne niebo.
- Unoszenie się brzmi okropnie nudno - odpowiada mu Louis. - Poleciałbym.
- Ty tak - mamrocze Harry, niemal zbyt cicho, aby szatyn usłyszał. - Czasami prawie mnie to przeraża - przyznaje, wiercąc się w poczuciu porażki. - Niebo jest takie nieskończone, wiesz? Jakbym mógł odlecieć w górę, albo jakbym patrzył z krawędzi klifu. Nie wiem.
Louis nigdy przenigdy nie myślał o niebie w ten sposób, ale patrząc na nie teraz, rozumie, o czym mówi Harry. Bez ziemskich struktur ugruntowujących jego peryferyjną wizję, wszystko stanowi wyłącznie wielką czarną dziurę, złożoną z gwiazd i kosmosu. To prawie przyprawia go o zawroty głowy.
- Nie pozwolę ci odlecieć - odzywa się Louis po momencie, unosząc na centymetr ich złączone ręce, a następnie opuszczając je z powrotem na ziemię, jakby były kotwicą na piasku. - Trzymam cię.
Usta Harry'ego drgają, a jego oczy zamykają się, z rzęsami trzepoczącymi na policzkach.
- Mogę cię o coś zapytać, Lou?
- Pewnie.
- Co we mnie widzisz? - Jego oczy wciąż są zamknięte.
Louis jest zaciekawiony.
- W jakim sensie?
- No, dlaczego spędzasz ze mną czas.
Pytanie w pewien sposób zapędza go w kozi róg. Spina się cały.
- Czy... jestem denerwujący? Przepraszam.
- Nie, nie, nie. - Harry jest zaskakująco zawzięty, gdy potrząsa głową. - Nie, ani trochę. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego ja?
- Nie wiem - odpowiada Louis wolno, bo to wszystko jest niepoważne. Rzuca w niego tym samym. - A dlaczego ja?
Harry prycha, jakby to było najgłupsze pytanie we wszechświecie.
- Bo jesteś... tobą. To pytanie nie ma nawet prawa istnieć. Ja z kolei... nie jestem zbyt interesujący.
Louis wykrzywia twarz w jego kierunku, aby zakomunikować mu, że to nieprawda.
- Harry, jesteś dosłownie najciekawszą osobą, jaką poznałem przez całe lato.
- Jasne, bo moją jedyna konkurencją jest twoja rodzina - mówi, unikając wzroku Louisa.
- Teraz nie doceniasz starszego pana z warzywniaka w miasteczku. - Louis celuje w niego oskarżycielsko palcem, który Harry delikatnie odpycha od siebie.
- Mówię poważnie.
Louis odchyla głowę, żeby spojrzeć w niebo i pobawić się odpowiedzią w myślach, przygryzając usta, gdy wszystko rozważa. ,,Ponieważ uważam, że zapierasz dech w piersiach, ponieważ nie mogę się tobą nacieszyć, ponieważ czuję, jakbyś był częścią mnie, którą dopiero co odnalazłem?" Skąd, do diabła, napływają te myśli?
- Bo cię lubię - odzywa się wreszcie, a jego glos jest miękki i lekko drży. - Dobrze się z tobą bawię. Czy tak ciężko w to uwierzyć?
- Mmm. Trochę.
- Wspiąłeś się ze mną na wzniesienie - argumentuje Louis. - Nakarmiłeś rodzinę gęsi ciasteczkami do herbaty i nazwałeś najmniejszą z nich Naparstek. Nie wiem, na jakim świecie żyjesz, że uważasz się za niezabawnego.
Harry śmieje się cicho.
- Zastanawiam się, co spotkało malutką Naparstek.
- Prawdopodobnie wybuchła od nadmiaru ciastek - mówi Louis, wzdychając. - Jej malutkie ciało nie było w stanie tego wytrzymać.
- Nieeeeeee, Naparstek.
Obaj chichoczą, a ich klatki piersiowe dudnią, plecy wciskają się w piach. Louis czuje pod palcami śmiech Harry'ego, który wprawia w wibracje jego rękę niczym elektryczność, jaka obecnie między nimi biegnie. Kiedy obraca głowę na bok, nie dziwi go widok Harry'ego, już odwzajemniającego spojrzenie.
- Mam wrażenie, że znam cię od lat - odzywa się Harry chicho, marszcząc brwi, jakby nie do końca wiedział, co chce powiedzieć.
- Wiem.
- To dziwne, prawda?
- No. Ale podoba mi się.
Usta Harry'ego są ciemne i pełne, Louis chce je pocałować tak bardzo, że ledwo może oddychać. Czuje to na całym ciele, to uderzenie oczekiwania oraz mrowienie, które pozostawiają go oniemiałego. Letnia, nocna bryza owiewa lekko jego pierś, ciepła i uspokajająca, ale gęsia skórka porasta jego skórę. Ramię Harry'ego jest pełne maleńkich, wypukłych punkcików. Louis chce odczytać je jak pismo Braille'a, zastanawia się, jakie sekrety mógłby odnaleźć na jego skórze.
Delikatnie wyswobadza rękę z uścisku Harry'ego, żeby przesunąć nią w górę jego ramienia, muskając opuszką palca wskazującego ciepłą miękkość. Czuje nikłe włoski, które stoją jak meszek na brzoskwini.
- Co robisz? - pyta Harry ze wzrokiem utkwionym w jego ręce.
- Czytam z twojej gęsiej skórki.
Harry unosi leniwie brew.
- To bardzo szlachetna sztuka - zapewnia go Louis. - Wróżka mnie kiedyś tego nauczyła. Nie ruszaj się, gdy oczyszczę swój umysł. - Robi show z nabierania powietrza, podpierając się na łokciu z zamkniętymi oczami.
- I co widzisz? - szepcze Harry. O cholera, oczywiście, że bierze to na poważnie.
Louis marszczy czoło, poruszając ręką po jego skórze. W górę ramienia aż do barku. Czuje wypukłości i zagłębienia pieprzyków oraz blizn, wrażliwe zagięcie łokcia, gładką przestrzeń przedramienia.
- Jest noc... leżysz na plaży - mówi mistycznym głosem. - Obok ciebie... znajduje się bardzo atrakcyjny mężczyzna.
Harry śmieje się.
- Wow. Jestem pod wrażeniem.
Louis otwiera powieki, patrząc prosto w oczy Harry'ego.
- Dzięki - odpowiada, a kąciki jego ust unoszą się do góry. - Jestem raczej uzdolniony, nie ma sensu zaprzeczać.
- Przepowiedz mi przyszłość - prosi Harry wolnym, głębokim głosem, gdy wpatrują się jeden w drugiego. Palec wskazujący Louisa wciąż owija się wokół jego ramienia.
- Chyba nie mogę.
- Czemu nie?
- Przyszłość należy do ciebie, Haroldzie. Możesz o niej sam zadecydować. - Louis wyrzuca rękę w powietrze, rozczapierzając dłoń, gdy chwyta nią całe nocne niebo, stanowiące łuk nadziei i marzeń.
- Inspirujące - rzuca Harry ze śmiertelną powagą.
- Też tak myślę.
Wpadają raz jeszcze w wygodną, introspekcyjną ciszę, a odgłosy nocy delikatnie napawającej piasek życiem wlewają się do ich uszu. Małe fale przy ich stopach są jak kołysanka, gwiazdy jak światełka na niebie. Louis pozostawia rękę na przedramieniu Harry'ego, muskając je lekko, a gdy oddech młodszego chłopaka zaczyna się wyrównywać, oba jego ramiona chwytają za nią, oplatając palcami jego dłoń. Zwinięty na boku z zamkniętymi oczami, ściskając rękę Louisa niczym pluszowego misia, Harry stanowi najbardziej urzekająco intymny widok na świecie. Przez moment Louis tylko na niego patrzy, liczy blade piegi na jego policzkach i włoski w brwiach. Oddech Harry'ego owiewa jego knykcie, wysyłając iskry w dół po jego plecach.
W innym świecie Louis mógłby zostać z nim tutaj przez całą noc. Leżałby tu do rana, spał pod gwiazdami i obudził się z ciepłem słońca przenikającym do jego pleców.
Ale wie, że to niemożliwe, że czeka na niego matka i siostry, które nie przyjęłyby zbyt dobrze jego zniknięcia. Mogłyby zacząć się zastanawiać, dlaczego spał na zewnątrz z obcym chłopcem. I dlatego właśnie ze smutkiem pochyla się do przodu i odczepia palce od palców Harry'ego.
- Znam twoją przyszłość - szepcze mu do ucha. - Naleśniki jutro rano u mnie w domu. Przyjdź o dziesiątej.
- Będziesz smażył? - mamrocze Harry, mrugając nieprzytomnie.
- Jezu, nie. Pokroję banany i przeprowadzę test smaku, jak zawsze.
Chłopak szczerzy się śpiąco.
- Doceniam wysiłek.
- Ale przyjdziesz?
- Przyjdę.
- To dobrze. - Louis odsuwa się do jego ucha, na kolanach przesuwając się do tyłu po piasku. - Chyba pora na mnie, żeby wracać do łóżka.
Harry kiwa głową.
- Ja zostanę tu jeszcze trochę - mówi, zamykając oczy.
- W porządku. Dobranoc, Haz.
- Dobranoc, Lou.
Louis spędza resztę nocy na rozmyślaniu o rozgwieżdżonym niebie, w głowie dodając do siebie konstelacje.
***
Harry się nie pojawia.
Na długo po tym, jak siostry Louisa pochłonęły swoje porcje, dwa talerze wciąż stoją na stole, uśmiechając się niezdrowo czekoladowymi ustami, ale nie parując jak przed dwudziestoma minutami. Butelka syropu błyszczy przygnębiająco pomiędzy nimi. Wzdychając, Louis obraca swój talerz tak, że naleśniki robią smutną minę, a następnie podchodzi do okna.
- Może zapomniał, kochanie - mówi Jay, gdy mija go ze ścierką w ręce. - Dlaczego nie zjesz, a potem go nie zawołasz?
- Nie jestem głodny - odpowiada jej Louis. Na sąsiednim podwórku domek Harry'ego pozbawiony jest życia pod ciemnym, zachmurzonym niebem. - Ale chyba rzeczywiście tam pójdę.
- W takim razie schowam je do lodówki.
Louis wywleka się przez drzwi frontowe, gdzie witają go wilgotne krople wiszące w powietrzu. Ten ranek wygląda, jakby zbierało się na deszcz, grube chmury izolują niebo, a niektóre z nich wiszą tak nisko, że w oddali dotykają brzegu jeziora. Wszystko pokrywają odcienie niebieskiego i szarości.
- Jest w swoim pokoju - mówi jedynie ciocia Harry'ego, kiedy otwiera drzwi, żeby wpuścić Louisa. Tego dnia w ich domku jest ciemniej, o ile to możliwe, i bardziej ospale, mimo ciepłego zapachu wypieków, który zalega w powietrzu.
Gdy Louis wchodzi do pokoju Harry'ego, zastaje chłopaka zwiniętego na łóżku. Nie śpi i wzdryga się na jego wtargnięcie, utrzymując horyzontalny kontakt wzrokowy, gdy Louis zamyka za sobą drzwi. Coś w jego oczach zdaje się dotrzeć prosto do piesi szatyna, a cokolwiek to jest, sprawia, że od razu decyduje się wczołgać na łóżko obok niego; nawet o tym nie myśli. Łóżko skrzypi, poruszając się, aby przystosować do jego ciała. Louis czuje, jak serce łopocze mu w klatce piersiowej.
- Przepraszam - mamrocze Harry w poduszkę.
- Niepotrzebnie.
Uderzenie serca.
- Często czuję się zmęczony.
- Wiem.
Bum-bum. Bum-bum.
- Sprawiasz, że nie chcę być już dłużej zmęczony.
Załamanie w jego głosie wyzwala coś głęboko we wnętrzu Louisa. Instynktownie owija ramię wokół jego pasa i przyciąga go zawzięcie do piersi, tak że ich ciała dotykają się pod narzutą. Harry układa głowę w zakrzywieniu szyi Louisa, ciepły oddech pada na skórę, a jego ciało stanowi gorący ciężar, loki łaskoczą go pod żuchwą.
Gdy tak leżą, Louis przypomina sobie jak miał sześć lat i znalazł na parapecie okiennym motyla. Jego nóżki pokrywały aksamitne pończochy, żółte skrzydła skąpane były w słońcu, gdy drobinki kurzu wirowały wokoło. Podświetlony niebieskim niebem, prześwitującym przez szybę, był piękny.
Naturalnie pierwszym odruchem Louisa było zebranie tego piękna w kokon jego rąk. Głaskał miękkie jak piórko skrzydła, podziwiając delikatne nici kolorów i lśniący pyłek, który po sobie pozostawiały na czubku jego palców.
Drugim odruchem było pokazanie znaleziska mamie, która przygotowywała śniadanie w kuchni.
- Co tam masz, Lou?
Wyciągną z szacunkiem ręce i pokazał motyla.
- Arielkę.
Wydawało się, że to odpowiednio ładne imię, a po niedawnym oglądaniu ,,Małej Syrenki", Louis był raczej oczarowany.
- Jest piękna - powiedziała jego matka, uśmiechając się blado. - Ale wydaje mi się, że Arielce byłoby lepiej w ogrodzie.
Więc wypuściła go na dwór i pomogła mu odłożyć nową przyjaciółkę na kwitnący krzew. Arielka przez chwilę kręciła się po gałązce, trzepocząc leniwie skrzydełkami. Ale kiedy wreszcie udało jej się poderwać do lotu, zdarzyło się coś strasznego i to drobne, delikatne piękno zwinęło się dziwnie, zaplątane w sobie, a potem spadło na ziemię.
- Co jej się stało? - zapytał Louis z przerażeniem.
- Chyba ma uszkodzone skrzydełka - odparła jego mama miękko. - Najlepiej ich nie dotykać, jeśli to możliwe. Czasami tłuszcz z naszych rąk może je zranić.
Oczy Louisa natychmiastowo wypełniły się łzami.
- Dotknąłem jej skrzydełek - zachlipał. - Zrobiłem to, a teraz są popsute.
- Kochanie, to nic, jestem pewna, że niedługo wszystko będzie z nią w porządku.
Ale tak się nie stało. Louis pozostał w ogrodzie przez jeszcze długi czas, po tym, jak jego matka wróciła do środka, podsuwając motylowi wypełnione wodą nakrętki od butelki, zachęcając go do odlotu, ale stworzonko nie poleciało.
Louis nie jest pewien, dlaczego o tym teraz myśli, Harry po prostu przypomina mu tak bardzo o tamtym motylu. Jest piękny. Delikatny. Uwięziony. Serce Louisa boli.
- Przepraszam - powtarza młodszy chłopak, a jego głos jest zachrypnięty i gruby.
Louis odsuwa się na tyle, by móc spojrzeć mu w oczy. Ich głowy dotykają się na poduszce.
- Przestań to powtarzać.
- Chciałbym móc ci to wyjaśnić - mruczy Harry. - Jestem taki od dawna, wiesz? Po prostu... po śmierci mojej mamy byłem smutny przez tak długi czas, aż któregoś dnia byłem tak smutny, że zapomniałem, jak to jest. A potem wszystko zlało się w jedno, jakby życie było... niczym? Wciąż staram się to naprawić. Żeby życie odzyskało sens.
Ramię Louisa instynktownie zaciska się na jego plecach.
- Wiesz, co sobie pomyślałem, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, Lou? - ciągnie Harry. - Pomyślałem ,,kim jest ten... agresywnie atrakcyjny człowiek i dlaczego do mnie mówi?" Jesteś jak słońce czy coś w tym rodzaju. Chciałbym być bardziej jak ty.
Głos Harry'ego więźnie w gardle, gdy wyrzuca z siebie:
- Jesteś zbyt idealny, a nawet się nie starasz.
To rozpala musowanie wzdłuż kręgosłupa Louisa.
- Hazza...
- Bardzo... Bardzo cię lubię, nawet tego nie rozumiem.
Koniec tego. Nabierając powietrza w płuca, Louis pochyla się i przyciska usta do Harry'ego, podnosi rękę do jego rozgrzanej od snu piersi, a dudnienie pulsu wyczuwalne jest pod nagą skórą.
Harry wydaje cichy jęk i dźwięk ten rozbija mózg Louisa na milion kawałeczków czegoś ciepłego, przyjemnego, gdy młodszy chłopak odpowiada na jego posunięcie, przyciskając dłoń do boku jego twarzy. Całuje go wolno, mocno i głęboko. Podbrzusze Louisa pali ogniem, kiedy przybliża się bardziej do niego, milimetr po milimetrze, kiedy ich kości biodrowe stykają się, stopy plączą ze sobą pod przykryciem. Wargi Harry'ego są zdecydowane, gdy przesuwają się po ustach Louisa, smakując, ssąc i odkrywając.
Kiedy szatyn wreszcie odsuwa się, by zaczerpnąć powietrza, Harry wydaje z siebie kolejny dźwięk i trzyma rękę na jego policzku, czym zdaje się mówić ,,Nie opuszczaj mnie", i Louis nie potrzebuje niczego więcej. Przyciąga chłopaka do siebie i całuje go z całej siły; to najlepszy pocałunek jego życia. W jego głowie wiruje mgła, jego kręgosłup pokrywa się małymi skokami przyjemności, gdy się rozdzielają, pocierając nosami. Louis wypuszcza drżący oddech.
- Chciałem tego od jakiegoś czaru - mruczy Harry, patrząc na niego spod ciężkich powiek. Jego słowa są jak ciepły szept w żyłach szatyna.
- Ja też - wydycha, ponieważ jego umysł jest zbyt roztrzęsiony, by wymyślić coś innego.
Harry zamyka oczy i przez kilka sekund oddycha głęboko, trzymając rękę zaciśniętą na koszulce Louisa.
- Zostaniesz na trochę?
Louis pociera nosem skroń Harry'ego w niemym tak, a potem leżą tam, spleceni wokół siebie, dopóki deszcz nie zaczyna kropić na dach nad nimi.
Kiedy nadchodzi deszcz, starszy chłopak przesuwa się, a jego ramię naciska na coś twardego. Tuż pod krawędzią poduszki kryje się skoroszyt Harry'ego, otwarty na stronie pokrytej niebieskim tuszem, który tworzy niezgraną, ospałą fantazję - przywodzi Louisowi na myśl porę nocną. Kształty zlewają się ze sobą bez ładu i składu, mocne kropki gwiazd obramowują biały księżyc, który rzuca cień na powierzchnię świata złożonego z wody.
- To jest obłędne - mówi Louis i czuje, jak Harry tężeje, kiedy uświadamia sobie, na co ten patrzy. - Serio, Haz. Ja pierdzielę.
Harry sięga i zrzuca notatnik z łóżka, a jego strony zamykają się, gdy uderza o podłogę.
- To tylko kolejny sen - mamrocze, wisząc twarzą nisko na twarzą Louisa, z rękoma po obu stronach jego ramion. - Jeszcze raz cię pocałuję.
Louis nie daje mu tej szansy. Wyginając szyję, naciera na usta Harry'ego, zamykając wokół niego ramiona, gdy z powrotem opada na poduszkę. Młodszy chłopak poddaje się pociągnięciu, z górną połową ciała dociśniętą do Louisa, kiedy całują się przy akompaniamencie deszczu uderzającego w blachę. Louis wbija paznokcie w ramiona pod palcami, dopóki jego umysł nie zachodzi mgłą. Myśli tylko o tym, jak bardzo tego pragnie, jak intymne jest uczucie bycia pochwyconym pod kołdrą razem z nim w ich małej bańce żaru. Harry składa delikatne pocałunki na jego ustach, jeden po drugim, niespiesznie i z ociąganiem, a jego wargi odklejają się wolno od Louisa pomiędzy dotykami.
Pukanie do drzwi jest jak grzmot burzy.
Jakiś instynkt samozachowawczy karze Louisowi sturlać się z łóżka. Nie ma czasu, żeby się poprawić, zanim drzwi otwierają się i ciocia Harry'ego wkłada do środka głowę.
- Chłopcy... och. - Jej brwi wyginają się do góry, gdy widzi go na czworaka.
Harry wyskakuje z odpowiedzią trochę zbyt szybko, by brzmiało to naturalnie.
- Umm, hej, czy mamy jeszcze te gry planszowe, które trzymaliśmy kiedyś pod moim łóżkiem? - Podpiera się z wyprostowanymi plecami na środku skotłowanej pościeli. - Louis właśnie sprawdzał, ale niczego nie znalazł.
Szatyn ustawia się do wewnętrznej strony łóżka, w jego głowie buzuje, i stara się wzruszyć ramionami na potwierdzenie
.
Jego ciocia potrząsa głową.
- Wszystkie są w szopie, kochany.
Louis unosi się na nogi, otrzepując kolana z kurzu i odgarniając sobie grzywkę na bok.
- Ach, to wszystko wyjaśnia - odzywa się. Od niechcenia, jak gdyby wcale nie obściskiwał się przed momentem z jej siostrzeńcem. Tak, oto on. Wyluzowany Wiktor od góry do dołu. Kapitan Luzak.
- Właśnie wyjęłam z piekarniki muffinki jagodowe, jeśli jesteście zainteresowani - mówi, brzmiąc całkowicie spokojnie.
Kapitan Luzak ponownie się pojawia.
- Świetnie, dzięki. - Harry pociera swój biceps, z ramieniem owiniętym wokół klatki piersiowej.
Jego ciocia zatrzymuje się przed zamknięciem drzwi.
- Weźcie parasol, jeśli idziecie do szopy, chłopcy. Na dworze jest nędzna pogoda.
Harry kiwa głową, klamka klika i wreszcie są sami.
- Należy do tych ludzi - Harry przerywa bezbarwnie ciszę - którzy zawsze pukają, ale nigdy nie czekają na odpowiedź.
W powietrzu unosi się niezręczna nuta, gdy dociera to nich to, co przed chwilą się stało.
- Powszechna przypadłość - odpowiada Louis, krzyżując ręce na brzuchu.
Przez sekundę Harry wpatruje się w niego intensywnie, a jego usta układają się w cienką linię, gdy mruży oczy w kącikach. Potem uśmiecha się bezczelnie.
- Jesteś cały różowy na policzkach.
- Schrzaniaj - mówi mu Louis, ale jego twarz szczerzy się szeroko, zdradzając go.
Harry zeskakuje z łóżka, zbierając pościel na kupę i Louis powitany jest lekkim zaokrągleniem jego pośladków pod czarnymi bokserkami. Stara się nie gapić, ale jego oczy przyciągane są jak magnes. Cholera, jest idealny. I pozwolił Louisowi pocałować się, może chce go tak samo mocno. Rumieniec szczypie go w szyję.
- Więc - chrząka, obserwując, jak Harry wyszukuje w walizce parę jeansów. - Gry planszowe? Masz może Monopol?
- Właściwie to nie wiem, nie pamiętam. - Harry odwraca się do niego z jeansami przyciśniętymi do bioder. - A co, chciałbyś pograć?
Louis nie wie, czemu zapytał; Monopol jest najprawdopodobniej najżałośniejszą formą rozrywki rodzinnej na świecie. Myśli tylko o tym, że wisi mu, co będą robić, aby tylko spędził ten czas z Harrym.
- Może - wyrzuca z siebie. - Jestem słaby w gry planszowe.
Harry kiwa głową z zadowoleniem.
- No to zagrajmy, lubię wygrywać.
- Cóż, nie podoba mi się twoja argumentacja, ale przyjmę propozycję - odpowiada Louis, przyglądając się jego tyłkowi. - Tylko najpierw nałóż spodnie.
- Spodnie są zbrodnią przeciwko społeczeństwu - mówi Harry z roztargnieniem, gdy wciska nogę w jeansy i... no cóż, po namyśle Louis może przyznać mu rację.
Jak się okazuje szopa położona jest na skraju zalesionego wrzosowiska na tyłach działki, które porastają barwinki oraz blade, nagie konary, łączące się z otaczającą roślinnością, jak gdyby w którymś momencie zaczęły rosnąć razem. Wibrujące rośliny żywiły okazalsze drzewa, włączając je jako element krajobrazu. Harry i Louis kulą się razem pod wielką parasolką, z Harrym wskazującym drogę, podczas gdy Louis przykuca przy jego boku. Pogoda jest beznadziejna. Deszcz nie zdradza oznak końca i chociaż powietrze jest ciepłe, brakuje słońca.
- Ta pogoda jest nie do przyjęcia - odzywa się Louis, mrużąc oczy przed kroplami, które unoszą się na wietrze. - Chyba napiszę list, nie przebierając w słowach, do bogów lata.
- Nie wiem, ja tam lubię deszcz - odpowiada Harry, gdy podaje mu parasol i rusza, żeby pogmerać w zardzewiałej kłódce na drzwiach szopy. - Jest miły, zmywa różne rzeczy. No i dzięki niemu ptaki wyglądają śmiesznie i są nastroszone, robi im takie fajne fryzury.
Deszcz robi ptakom fajne fryzury. Louis gapi się na tył głowy Harry'ego, gdy ten męczy się z kłódką, oceniając poziom egzystencjalny młodszego chłopaka. Czy istnieje gdzieś fabryka, która produkuje takiego Harry'ego tuzinami? Wyobraża sobie magazyn, taśmę produkcyjną oraz tabliczkę z napisem ,,Dziwactwa i Loczki, Spółka Z.O.O." i... Och, Boże, co się z nim dzieje?
Kiedy drzwi zostają otwarte, Louis składa parasolkę i otrząsa ją z wody, opierając o ścianę z desek, gdy zapach plaży i drzewa sandałowego wypełnia jego nozdrza. Wewnątrz szopa przypomina mały antykwariat. Pozytywki, zastawa stołowa oraz inne drobiazgi wypełniają półki, połączone ze sobą zawiłymi nićmi aksamitnej pajęczyny. Podłużna sofa zajmuje większą część podłogi, połatana w różnych miejscach i z drewnianymi uchwytami wywijającymi się pod materiałem oparć po obu stronach. Kiedy Harry przesuwa włącznik, pojedyncza żarówka pod sufitem budzi się do życia. Rzuca bardzo bladą, złotą poświatę na zabytkowe skarby.
- Jest tu jak w sekretnym klubie dla staruszków - odzywa się Louis, ściągając imbryk do herbaty z półki i odkrywając pokrywkę, żeby zbadać zdobioną złotem porcelanę.
Harry wisi za nim z rękoma w kieszeniach.
- No. To tutaj moja babcia trzyma swoje zapasowe rzeczy. Niektóre z nich mają pewnie pięćset lat.
Obserwuje go tak uważnie, tak nieprzerwanie, że Louis zaczyna czuć się niepewnie. Poprawia sobie włosy i obciąga podkoszulkę na brzuchu, gdy Harry pochłania go wzrokiem.
To musi zostać przerwane, zanim Louis przez przypadek zrobi z siebie idiotę. Musi. Dlatego bierze sprawy w swoje ręce i robi z siebie idiotę naumyślnie.
- Narysuj mnie, Haroldzie - mówi, rzucając się na sofę i przyjmując dramatyczną pozę. - Narysuj mnie tak, jak swoje Francuzki.
W pełni żartuje, ale przez sekundę Harry myśli nad tym bardzo poważnie, a potem odpowiada:
- Dobrze. - Louis wierci się pod jego spojrzeniem, gdy chłopak zbliża się powoli, z premedytacją, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego. Następnie ręka Harry'ego ląduje na ramieniu szatyna, przesuwając się do góry, gdzie spoczęła na oparciu kanapy. - Musisz odpowiednio się ustawić - mruczy Harry. - Trzymaj swoją głowę przechyloną w ten... - Kładzie dłoń przy skroni Louisa, prowadząc ją tak, aby spoczęła na ramieniu. - ...sposób. - Harry zagląda mu w oczy, a następnie przesuwa lekko ustami po zagięciu, gdzie szyja Louisa spotyka jego bark. Lekki oddech łaskocze skórę, dopóki szatyn nie może dłużej tego znieść i unosi się, żeby schwytać wargi Harry'ego, oplatając ramionami jego talię, by pociągnąć go w dół. Harry potyka się, opada na starszego chłopaka i dociska go do oparcia sofy, całując mocno.
Louis słyszy krople uderzające w dach niczym iskry, a powietrze wisi ciężko w letnim deszczu. Głowę Harry'ego otacza halo przytłumionego światła bladoszarego nieba, prześwitującego przez okno, jego oczy wypełnia pożądanie, gdy odchyla się, żeby trącić nos Louisa swoim. Szatyn nieświadomie oblizuje usta i coś gorącego zwija się w jego brzuchu, kiedy wzrok młodszego chłopaka podąża śladem jego języka, a światło przebija jego rzęsy.
- Miałeś mnie rysować - przypomina mu Louis, ale słowa wychodzą na zewnątrz pod postacią słabego wydechu.
- Najpierw muszę cię przestudiować - mamrocze Harry, a następnie znowu go całuje, przeplatając ze sobą ich palce i naciskając ramię do dołu, dzięki czemu ich ręce są razem przyszpilone po obu stronach jego głowy. Louis wykręca się z uścisku, desperacko pragnąc więcej, i przesuwa paznokciami po bokach drugiego chłopaka, jego plecach, przyciągając go do siebie za łopatki. Deszcz wystukuje cichą melodię na dachu szopy, a Louis niemal słyszy w tym piosenkę.
- Wciąż nie mogę dojść do siebie z powodu tego, jaki jesteś śliczny - wypowiada Harry w jego szyję, wtulając się w nią delikatnie. Odsuwa się, a następnie całuje linię wzdłuż szczęki Louisa, zostawiając wilgotny szlak, który reaguje na powietrze i wysyła dreszcz w dół kręgosłupa chłopaka.
Wciąż nie mogę dojść do siebie, że to się faktycznie dzieje.
- Śliczny odnosi się... raczej do kobiet... nie sądzisz?
- Nie - ogłasza Harry uroczyście, po czym ponownie go całuje.
Louis przytula się do niego i obraca ich, tak że teraz Harry leży na plecach z Louisem pomiędzy udami, a ich brzuchy i klatki piersiowe stykają się. Będąc pod nim, młodszy chłopak stanowi wyjątkowy widok. Zielone oczy otoczone grubymi rzęsami, usta różowe i obrzmiałe, loki rozdzielone i roztrzepane na czole, klejące się od kropel deszczu i gorąca. A także sposób, w jaki na niego patrzy. Kurwa. Louis opada w dół i składa lekki pocałunek na jego czole, tak po prostu, zanim nie wraca do wilgotnej linii jego warg. Harry wzdycha w jego usta. Całe ciało Louisa wibruje, kiedy ręce młodszego chłopaka wślizgują się pod jego koszulkę, takie gładkie na brzuchu, kciukami kręcąc kółka wokół kości miednicy.
Na tym etapie Louis jest boleśnie świadomy podniecenia, jakie grozi uwidocznieniem się w jego jeansach, więc wygina się lekko, gdy ręce Harry'ego kontynuują zwiedzanie... wślizgują się pod gumkę bielizny, tylko odrobinę, testując wody... z większą siłą przesuwając się w górę pleców, delikatnie zahaczając o skórę paznokciami... ostrożnie ciągnąc za koszulkę Louisa, podczas gdy młodszy chłopak wpatruje się w niego z pytaniem w oczach.
Na to pytanie istnieje tylko jedna odpowiedź. Louis odchyla się do tyłu, ściągając t-shirt przez głowę i pozwalając mu upaść na podłogę. Harry sięga w górę, żeby przycisnąć płasko dwie dłonie do jego klatki piersiowej, a jego oczy są rozszerzone i wypełnione ciekawością, gdy przesuwa ręce w dół brzucha, pozostawiając mrowiącą ścieżkę i rozpalając podbrzusze szatyna. Powieki Louisa opadają na sekundę, a kiedy je unosi, Harry wije się pod nim, ściągając przez głowę własną koszulkę.
- Mmh - wyrzuca z siebie desperacko starszy chłopak, wbijając spojrzenie w rozciągający się pod nim tors, lekkie mięśnie uwydatnione pod mleczną skórę. Następnie pochyla się znowu do dołu, ściskając ich razem i wszystko płonie ogniem. Z tak bliska widzi każdy ślad na skórze Harry'ego, dziwna blizna po ospie ma kształt odcisku stopy. Całuje jeden z nich na szyi. Kiedy biodra Harry'ego napierają na jego własne, spływa na niego osobliwy spokój, że nie tylko on próbuje zwalczyć erekcję. Odruchowo ześlizguje się, tak że każdy z nich ma udo pomiędzy nogami, a napierający na niego Harry to niemal zbyt wiele do zniesienia. W odpowiedzi na kontakt zielonooki chłopak wypycha biodra jeszcze raz i jest to najseksowniejsza rzecz, jakiej Louis kiedykolwiek doświadczył.
- Przepraszam - dyszy Harry, wycofując się i oddychając ciężko. - Przepraszam.
Louis jedynie łapie w ręce jego głowę, palcami przeczesując włosy.
- N-nie, jest... - Ma nadzieję, że Harry pojmie przesłanie, gdy chwyta jego usta własnymi. Nie przestawaj.
Louis nie ma pojęcia, co robi. Każdy desperacki dotyk, każdy nabierany w pośpiechu oddech, obraca się jak taśma filmowa nabierająca rozpędu. Wie tylko, że wszystko wydaje się takie dobre. Harry jest dobry.
Kiedy biodra Harry'ego unoszą się ponownie, Louis napiera na nie od góry i uczucie to sprawia, że musi przez moment pooddychać w szyję drugiego chłopaka, zamknąwszy oczy. Harry obraca głowę, przebiega ręką przez włosy szatyna i przyciąga go do kolejnego pocałunku, gdy ich biodra walczą w poszukiwaniu rytmu.
- O kurwa. - Louis drży, wydychając powietrze przy ustach Harry'ego. W przeszłości uprawiał już pełny seks z dziewczynami, ale nic nie było takie, jak to. Nigdy. Na miłość boską, traci rozum, a nawet nie zaczęli się porządnie dotykać.
To zbyt wiele. Louis przerywa, żeby musnąć kciukiem szczękę Harry'ego, po prostu przypatrując mu się, oddychając.
- Przepraszam. Czy to... czy my... wszystko okej? Nie wiem nawet... co do cholery jasnej robię.
Harry przełyka.
- Nie wiem, chyba tak. Czy możemy kontynuować całowanie?
- Pytasz, jakbym mógł odmówić - odpowiada Louis, nurkując do dołu, żeby dostosować się do prośby.
Od tego momentu po równi pochyłej zbliżają się do całkowitej utraty kontroli. Sprawy stają się ciężkie od pożądania, gdy ich ruchy nabierają prędkości, robią się mniej skoordynowane, gdy Louis przenosi uwagę od jego ust do ramienia, zagłębiając lekko zęby w odsłoniętym ciele, gdy ociera się o jego udo.
Kiedy Harry dochodzi, Louis czuje to na sobie - niemą falę gorąca przez materiał - i idzie jego śladem. Zahacza szyję o bark Harry'ego, oddychając ciężko w jego skórę, gdy orgazm przeszywa jego ciało. Harry unosi rękę, żeby pogłaskać go po ramieniu, a następnie podciąga Louisa w górę i nakrywa jego usta swoimi.
- Kurwa - powtarza Louis cicho, kiedy odchyla się, zamroczony, a włosy wpadają mu do oczu.
Harry zerka na swoje jeansy, walcząc o oddech. Przygryza wargi.
- To było...
- Nieoczekiwane - dopełnia Louis.
- Nieoczekiwane - zgadza się tamten zachrypniętym głosem. - Ale całkiem przyjemne.
Uderzenie serca.
- Wcale nie określiłeś przed chwilą dojścia w swoje majtki jako całkiem przyjemne.
- Mmm, akurat ta część jest mało wygodna - mamrocze Harry, dotykając ustami jego obojczyka.
Louis obrysowuje bezmyślnie tatuaż motyla, gdy leżą tam, wciąż napadani bębnieniem kropel deszczu o dach. Oba skrzydła są wydziergane maleńkimi kropkami, kreseczkami i zawijasami. Jego palec podąża po zakrzywieniu jednego z nich, kręcąc kółka, by nakreślić wywinięty czułek.
- Zrobiłem go dla mojej mamy - odzywa się Harry cicho.
Louis podnosi wzrok spod grzywki, z palcem wciąż na tatuażu.
- Uwielbiała je. Były jej oczkiem w głowie, miała je na swetrach, kubkach, biżuterii i po prostu... taak.
Trzyma ze sobą część jej. Dosłownie wytatuował ją sobie na skórze. Louis chce się rozpłakać, a potem całować go tak długo, aż straci oddech, ale ogranicza się do ostatniego, pochylając się, by pocałować go z palcem wskazującym na skrzydle motyla.
- Chyba nie chcę już grać w Monopol - mówi Harry po jakimś czasie, tak poważnie, że Louis wybucha cichym śmiechem.
Kiedy wreszcie wychodzą na powietrze, deszcz zdążył zelżeć, a świat lśni nowością mokrej trawy i pachnie nowym początkiem. Podniósłszy parasolkę, Louis obraca się, by zastać Harry'ego z odchyloną głową, zamkniętymi oczami i dłońmi zwróconymi do nieba. Koraliki wilgoci zbierają się na jego policzkach, szczęce i rzęsach, kumulując się w lokach i spływając po boku jego twarzy.
- Co robisz? - pyta Louis, nie mogąc powstrzymać czułości od pojawienia się w jego głosie.
Harry nie otwiera oczu.
- Ja tylko... czuję - odpowiada, a Louis nie wie, czy chłopak brzmi na szczęśliwego, czy smutnego z tego powodu.
Dust Off My Wings - Część II
Tytuł i link do oryginału: Dust off my wings
Autor: Lizzie
Zgoda: jest!
Pairing: Larry Stylinson
Rating: NC-17
Tłumaczenie: Agreed
Opis:
Harry jest jak motyl ze złamanymi skrzydłami, Louis to promień słońca wpadający przez okno.
AU gdzie chłopcy spędzają wakacje w sąsiednich domkach na wsi, Louis dostaje obsesji na punkcie tajemniczego sąsiada, a koniec lata jest tak naprawdę tylko początkiem czegoś innego.
Za wykonanie banera ślicznie dziękuję Mess!
***
Agreed: Ale mnie denerwują zmiany w edycji tekstu na Tumblrze, nie macie nawet pojęcia.
***
Wraz upływem poranka słońce zaczyna grzać tak pomocno, że udar cieplny jako przyczyna śmierci staje się bardzo prawdopodobną i bardzo przerażającą możliwością. Plecy dyszącego Louisa są śliskie od potu, a na koszulce Harry'ego, tuż nad paskiem jego spodni, widnieje mokra plama w kształcie litery V. Dosłowny piekarnik, jaki ich otacza, utrudnia rozmawianie, dając szatynowi długą, nieograniczoną szansę rozmyślania nad tym, co usłyszał od drugiego chłopaka. Nie potrafi udawać, że go to nie rusza. Bo jak ktokolwiek ma zareagować na informację, że jego nowopoznany kumpel postanowił kiedyś ukrócić swój żywot? Z jakiegoś powodu, zamiast czuć się przesadnie smutnym lub zaniepokojonym, Louis jest zniecierpliwiony i niespokojny. Jego zęby zgrzytają o siebie, palce u stóp kopią kamyki wzdłuż ścieżki, a mózg buzuje od skłębionych myśli. Uświadamia sobie, że to po prostu złe. To było złe i wszystko w jego wnętrzu chce być wystarczająco silne, aby wymazać to zdarzenie z historii.
W tym samym czasie Harry stopniowo zatrzymuje się z rękoma na biodrach i łokciami odstającymi dziwnie na boki.
- Postój? - mówi jedynie.
Louis wzdycha, głównie z poczucia ulgi, a potem obaj opadają na kilka większych skał na brzegu szlaku. Bluff Knoll to nie bułka z masłem i szatyn już żałuje, że wybrał go na poranną wspinaczkę. Doszli na wysokość, gdzie jeżyny stały się gęstsze, ścieżka węższa, a nachylenie stoku przytłaczająco strome. Ilość sportowego zacięcia, jakiego wymaga od nich ten poziom, jest szczerze okropna.
- Przekąskę? - pyta Harry'ego, przetrząsając swoją torbę w poszukiwaniu batoników musli.
Harry długo rozważa tę propozycję, a następnie powoli kiwa głową.
- No, poproszę. Dzięki.
Jedzą w kompletnej ciszy, łapiąc oddech podczas uzupełniania sił. Harry, jak zauważa Louis, ma w zwyczaju skubać jedzenie przed ugryzieniem, co jest najgłupiej urzekającą rzeczą, jaką ten kiedykolwiek widział. Kiedy mija ich starsze małżeństwo, oferując beztroskie ,,cześć!", Louis przeklina ich sprężysty krok i entuzjazm. Przerwa na posiłek przedłuża się do tego stopnia, że równie dobrze mogliby rozłożyć obrus i podać herbatę.
- Harry? - odzywa się Louis po ponad piętnastu minutach tego ciepłego, niemego odpoczynku.
Chłopak wachluje się koszulką na brzuchu, próbując się ochłodzić.
- Mmm?
- Zaryzykuję, że zabrzmię jak leniwy dupek, ale nie wydaje mi się, abym mógł się zmusić do opuszczenia tego bardzo wygodnego głazu.
- Odczucie to jest w pełni odwzajemnione.
- Pobądźmy tu trochę.
- Możemy skończyć z obolałymi tyłkami.
Louis wygina brwi, ponieważ - no cóż - nie ma mowy, aby przepuścił ten podtekst seksualny. Harry łapie jego spojrzenie, a następnie pospiesznie odwraca wzrok, wykonując jakieś intensywne origami z papierka po swoim batonie. Iskierka nadziei rozpala się w piersi szatyna i po raz pierwszy naprawdę ma odwagę myśleć: Halo? Homoseksualisto? Czy mnie odczytałeś?
- Eee, posłuchaj, jeszcze raz przepraszam za wcześniej - mówi Harry, podnosząc swoje zakłopotane spojrzenie. Przygryza usta. - To była trochę za poważna rzecz. Czasami zapominam, że inni ludzie nie są tak znieczuleni względem całej tej sprawy. Mam nadzieję, że nie do końca cię odstraszyłem.
- Będziesz musiał się bardziej wysilić, żeby się mnie pozbyć.
Uśmiech ledwie pojawia się na wargach Harry'ego, ale za to wypełnia jego oczy.
- To dobrze.
- Niemniej mówię poważnie, że nie mogę się stąd ruszyć. Chyba będziesz musiał iść beze mnie.
Harry bierze to oświadczenie za wyzwanie, unosząc się na nogi i podchodząc do Louisa z wyciągniętymi ramionami. Zanim ten uświadamia sobie, co się dzieje, chłopak sięga w dół po jego ręce i próbuje szarpnąć jego ciało w górę. Louis pragnie się roześmiać z powodu niezgrabnych poczynań zielonookiego oraz tego, jak jego nogi ślizgają się po ziemi z palcami skierowanymi do środka. Jest słodki.
- Masz śliskie ręce - odzywa się szatyn. - To nie zadziała.
Ale Harry jest zdeterminowany i zaskakująco silniejszy, niż się wydaje. Chwieją się, Louis lecąc w górę i do przodu, a Harry o kilka kroków do tyłu, i kiedy ich spojrzenia się spotykają, młodszy chłopak uśmiecha się. Oddech szatyna więźnie w gardle, ponieważ to piękny uśmiech. Szczery, uwydatniający dołeczki w policzkach oraz wprawiający w lśnienie oczy właściciela.
- Wielkie dzięki - odpowiada Harry, przedrzeźniająco wykrzywiając brew. - To pochłonęło całą moją energię. Teraz na pewno nie dojdę na szczyt.
- Kurka, Harry, jesteś taki leniwy.
Ostatecznie wracają drogą, którą przybyli, i spędzają kolejnych kilka godzin na jeżdżeniu po Tennyson i zabawianiu siebie samych każdą zabawną rzeczą, jakie maleńkie miasteczko nad jeziorem ma w ofercie. Po dwóch rundkach minigolfa na posiadłości, która może być czyimś podwórkiem zaopatrzonym w kilka ramp i dołków, lądują na werandzie zarządcy, popijając herbatę z popękanych kubków, podczas gdy wiatraki kręcą się posępnie na domowym polu golfowym. Dopiero wtedy Louis poświęca moment na pomyślenie, jak łatwo przebywa się z Harrym. To tak jakby byli najlepszymi przyjaciółmi, chociaż szatyn zna go mniej niż dwadzieścia cztery godziny. Obserwował go przez cały dzień - sposób, w jaki jego ramiona samoistnie napinają się w towarzystwie obcych oraz jak otwiera się niczym rozkwitający kwiat, ukazując przebłyski chłopaka, który lubi się wygłupiać i jest nieporadny, który uśmiecha się na dźwięk gdakania gęsi chodzących za nimi po trawie. W chwili obecnej kruszy cisto podane do herbaty i rzuca je gęgającym fanatykom.
Louis unosi herbatę do ust, odginając mały palec.
- Powiedziałbym, że ostatnia gra była wyborna.
- Sam nie wiem - odpowiada Harry, podnosząc swoją herbatę, podczas gdy gęsi kłócą się o ostatnie okruszki. - Mógłbym przysiąc, że oszukiwałeś.
- Jak śmiesz.
Jego usta za filiżanką wyginają się w półuśmiech.
- Nieważne, każdy szanujący się mężczyzna preferuje krokieta od mini golfa.
- Ach racja, dzieło sztuki złożone z dwóch kulek i młota. - Louis porusza sugestywnie brwiami, szczerząc się szelmowsko.
Harry wypluwa herbatę z powrotem do kubka i odkasłuje kilka razy.
- Więc - ciągnie lekko Louis - dokąd teraz? Czy powinniśmy wypróbować majestatyczną chwałę dwusalowego kina w Tennyson?
- Sam nie wiem, myślisz, że grają coś dobrego?
- Bądźmy realistami, pewnie nie.
- Może wrócimy do domków popływać? - podsuwa Harry tak pytająco, z takim wahaniem, że Louis chce go uściskać.
- W takim razie idziemy pływać - zarządza.
Gdy po osuszeniu herbaty wracają do furgonetki, Louis wtyka ręce do kieszeni szortów.
- A tak w ogóle skąd pochodzisz, Hazza? - Ksywka pojawia się znikąd, ale szatynowi podoba się to, jak smakuje na jego języku.
- Z Cheshire - odpowiada Harry. - A dokładniej z Holmes Chapel. A ty?
- Z Doncaster.
Kiedy pierwszym, co przychodzi mu do głowy jest ,,Okej, to jakaś godzina lub dwie drogi, ujdzie.", na sekundę przestaje się poruszać, ponieważ kurczę, jak daleko zdążył w to zabrnąć?
- Czyli jesteś w liceum? - ciągnie, przeklinając swój głos, który lekko się załamał.
- Taa, a ty?
- Właśnie skończyłem szkołę. Na jesieni zaczynam studia w Londynie. - Louis otwiera drzwi do furgonetki, tworząc przerwę w konwersacji, a sama jazda samochodem jest cicha, lecz przyjemna. Kiedy docierają z powrotem na podjazd Tomlinsonów, słońce wisi nisko na niebie, natomiast obecna uprzednio mała zasłona chmur prawie zniknęła. Siostry Louisa rozproszone są po niewielkim trawniku, bawiąc się w ganianego, podczas gdy ich mama obserwuje je z werandy.
- Spacer się udał? - pyta Jay radośnie, kiedy Louis wyskakuje z furgonetki. Harry wydaje się spięty, gdy zatrzaskuje własne drzwi i szatyn natychmiast obchodzi pojazd, żeby stanąć obok niego.
- Był znakomity - odpowiada. - Weszliśmy na sam szczyt, co nie, Haz? Moim zdaniem ustanowiliśmy nowy rekord świata. Zasłużyliśmy na trofeum.
Harry uśmiecha się z rękami zwiniętymi w pięści w swoich kieszeniach.
Louis bierze na siebie dokonanie prezentacji.
- Mamo, przedstawiam ci Harry'ego. Harry, oto moja piękna matka.
- Och, Lou. - Jego matka wywraca oczami, odstawiając herbatę. - Cudownie mi cię poznać, Harry.
- I wzajemnie, proszę pani. - Kiwając głową, uosabia wszelką definicję osoby uprzejmej oraz pełnej szacunku.
Jay uśmiecha się czule.
- Louis ma dryg do znajdowania przyjaciół, gdziekolwiek go poniesie.
- Ale ten jest, jak dotąd, najlepszy - mówi jej Louis. - To Harry, czołowy model tej marki.
- Gdzie się zatrzymałeś, Harry?
- Prawdę mówiąc w sąsiednim domku.
- Och? - Jay jest zaskoczona. - To wspaniale. Od latu tu przyjeżdżamy i nie mieliśmy pojęcia, że mamy sąsiadów.
- Jak dobrze, że jedno z nas jest spostrzegawcze... Uh! - Mały kłębek blond włosów, który okazuje się być jego siostrą Daisy, przerywa mu w połowie zdania.
- Berek! - piszczy dziewczynka, dając dyla, a następnie słychać chór okropnego śmiechu, gdy reszta kretynek obmyśla nową strategię, aby dostosować się do Louisa będącego ganiającym, który urządza przedstawienie z mierzenia podwórka, dotykając ręką brody.
- Hmm, kogo unicestwić w pierwszej kolejności? - zastanawia się na głos. A potem, uśmiechając się przebiegle, daje Harry'emu prztyczka w nos. - Berek! - woła, po czym oddala się pędem.
Harry jest przez sekundę zaszokowany - Louis to czuje - ale w chwili, w której szatyn patrzy przez ramię, Harry depcze mu po piętach, machając wściekle rękami i nogami. Jego twarz wyraża głęboką koncentrację, gdy ich spojrzenia się stykają, brwi podskakują wyzywająco w górę. W odpowiedzi Louis szczerzy zęby w głupim uśmiechu i robi unik wokół drzewa, wykorzystując przewagę, jaką daje mu niższy wzrost. Harry, którego długie odnóża stają na drodze zwinności, traci prowadzenie i kładzie sobie ręce na biodrach, żeby zmienić taktykę. Następnie zaskakuje Louisa nagłym ruszeniem za Daisy, która robiła do niego głupie miny. Dziewczynka wydaje z siebie zachwycony pisk i zrywa się z miejsca.
Harry łapie Daisy, ona Lottie, która w następstwie łapie Louisa i nagle wszyscy są wciągnięci do gry.
- Chcę na barana - ogłasza później Phoebe, mierząc spojrzeniem Harry'ego. Wszystkie dziewczynki natychmiast i bezsprzecznie zostały przez niego oczarowane.
- Powinniśmy ścigać się na barana - sugeruje Fizzy. - Trzy drużyny po dwie osoby.
- Ostrożnie! - woła Jay z werandy.
Louis i Harry wymieniają spojrzenia. Masz coś przeciwko?, pragnie zapytać młodszego chłopaka, ale temu nie schodzi z twarzy uśmiech, co Louis bierze za dobry znak.
- Świetnie - mówi. - Powiedzmy, że... Hmm... Daisy bierze na barana Harry'ego, a Phoebe mnie...
Fizzy parska śmiechem, wywracając na niego oczami.
- Nie bądź głupi.
- Dobra, jeśli nikt nie bierze na poważnie moich sugestii...
- Chce, żeby Harry wziął mnie na barana! - wcina się Phoebe.
- Nie, ja chciałam to powiedzieć! - odzywa się Daisy.
Mina Louisa przejawia totalne wstrząśnięcie.
- Nikt nie chce własnego brata?
- Ja cię wezmę, Louis - oferuje Fizzy. - Ale że jestem wyższa, to chyba ja będę musiała nieść ciebie.
- Do bani. Biorę którąś z bliźniaczek.
Ostatecznie dochodzą do porozumienia, w wyniku którego Daisy trzyma się mocno pleców Louisa, podczas gdy Phoebe wygląda radośnie zza głowy Harry'ego. Fizzy marszczy konkurencyjnie brwi i podciąga sobie wyżej Lottie.
- Zajmijcie swoje pozycje - woła Jay. - Do biegu gotowi... start!
Zrywają się w chaosie nóg, ramion, pokrzykiwań i dopingu.
- Idź, idź, idź! - wrzeszczy Daisy do ucha Louisowi, który trzyma ją za nogi jakby od tego zależało jego życie, biegnąc po trawie tak szybko, jak pozwalają na to jego stopy.
Na brzegu wizji szatyna pojawia się Harry, plątanina sarnich nóg oraz ciemnego materiału, i chłopak nie może się powstrzymać. Trąca jego ramię swoim - leciusieńko - i szczerzy szeroko zęby. Harry zaciska usta, mrużąc oczy, i oddaje kuksańca. Nagle pochłonięci są wojną na ramiona, trącając się łokciami, gdy obaj biegną ile sił w nogach.
- Nieeee! - piszczy Daisy i Louis podnosi głowę, żeby zobaczyć przed sobą, jak Fizzy i Lottie triumfalnie przecinają linię mety.
- Ha, lamusy! - odkrzykuje Fizzy. Wraz z Lottie przybierają identyczną postawę ze skrzyżowanymi ramionami, podczas gdy Harry i Louis zwalniają, przegrani. - Co wygrałyśmy?
- Wygrałyście... czas dla ciebie! Bo Harry i ja idziemy popływać. - Louis odczepia ramiona Daisy ze swojej szyi i dziewczynka zjeżdża na ziemię.
- Fu. No to później powinniśmy zagrać w Twistera - sugeruje Phoebe.
Louis rzuca spojrzeniem na Harry'ego, który wzrusza ramionami, wyginając do góry kąciki ust.
- Zobaczymy - odpowiada szatyn, a potem klepie Daisy po nadgarstku. - Jesteś berkiem. - Co działa wspaniale i dziewczynki rozbiegają się po podwórku, napędzane jakimś nieznanym źródłem niekończącej się energii.
- Wracam do siebie do domu - odzywa się Harry niskim głosem, wskazując kciukiem domek po boku. Widzi wygięte brwi Louisa i jego szczęka opada lekko, gdy uzupełnia. - Żeby się przebrać. Zaraz będę z powrotem.
- Trzymam cię za słowo - ostrzega go starszy chłopak. - Widzimy się nad jeziorem za pięć minut?
- No jasne. - Utrzymują kontakt wzrokowy dłużej, niż wymaga tego sytuacja, po czym Hary odwraca się z rękoma w kieszeniach i stąpa w ciszy w kierunku swoich drzwi frontowych. Louis obserwuje od tyłu, jak jego wąskie biodra kołyszą się przy chodzie, dopóki zielonooki chłopak nie znika za linią krzewów.
- Na co się tak gapisz? - woła Phoebe.
Ciało Louisa wzdryga się.
- Na nic!
Potem spieszy do domku, zatrzaskując za sobą przeźroczystą siatkę, gdy podąża korytarzem do swojego małego jak pudełko po butach pokoju. Bezpiecznie zamknięty w środku, opiera się o drzwi i oddycha głęboko. Harry jest wszędzie. Louis widzi go w zieleni szkła szyby zabrudzonego okna, czuje w zapachu wanilii, który pozostał na jego koszulce, jest on nawet w zapierającym dech w piersi rumieńcu, jaki okala jego policzki. Wszędzie. Kurwa, Louis jest zauroczony.
Nigdy nie był nerwowy. Dopiero Harry go takim uczynił.
Louis zmienia ubranie na luźne szorty, czując coś na kształt nerwowego oczekiwania, czym zarówno rozkoszuje się jak i się tego wyrzeka. Następnie stoi przed lustrem przez dobre dwie minuty, upewniając się, że jego włosy są artystycznie zwichrzone, a widziany z boku brzuch wystarczająco płaski. T-shirt czy bez, zastanawia się. Ostatecznie narzuca na siebie białą koszulkę bez rękawów i decyduje, że wydobędzie ona jego opaleniznę. Zadowalający rezultat.
Harry już czeka na plaży, gdy Louis wyłania się na zewnątrz. Ma na sobie wyłącznie parę czarnych spodenek, a jego tors jest blady, gibki i niezaprzeczalnie obnażony. Skąpany w różowozłotym blasku popołudniowego słońca, dosłownie zapiera Louisowi dech w piersi.
- Miało być pięć minut - dokucza mu Harry. - Będę pamiętał, aby następnym razem podwoić ten czas.
- Nie wiem, o co ci chodzi, Haroldzie. Jestem idealnie na czas.
- Masz żółwie tempo.
- Taaak? - odpowiada Louis, ściągając koszulkę przez głowę i odrzucając ją na bok. Harry nawet nie stara się ukryć, że jego wzrok podąża w dół piersi szatyna, którego skóra szczypie pod jego spojrzeniem. - No to kto pierwszy do wody. - Wyrywa się naprzód, podrzucając piasek piętami.
Woda jest świeża i spokojna, ale ich dudniące kroki przecinają jej powierzchnię jak trzęsienie ziemi. Harry dogania Louisa w momencie, w którym woda pochłania nogi chłopaka niczym melasa, choć żaden nie przestaje biec, dopóki opór nie staje się zbyt duży i obaj skaczą do przodu.
Kiedy Louis wypływa, aby zaczerpnąć powietrza, Harry wynurza się razem z nim. Znajdują się twarzą w twarz, dzielą ich zaledwie milimetry. Usta Harry'ego są czerwone i mokre, loki prowadzą wodę w dół jego szczęki, a zielone oczy mrugają wściekle pomiędzy rzęsami, które sklejone są w trójkąty. Zęby chłopaka poruszają się szybko po jego dolnej wardze i oddech Louisa więźnie w gardle. Czy Harry wie, jaki ma na niego wpływ? Modli się, aby nie wiedział, choć jednocześnie blado ma nadzieję, że jednak wie.
Przez chwilę unoszą się na wodzie, zanurzeni po szyję, po prostu wpatrując się jeden w drugiego. Gdy pozwalają się porwać słabemu pulsowaniu fal, Louis dostrzega w oczach Harry'ego coś, co wysyła przez jego żyły gorącą nadzieję.
- No i kto teraz ma żółwie tempo - mówi kpiąco, unosząc brew.
Harry mierzy go spojrzeniem i odrzuca swoje włosy. Loki rozpryskują krople wody po całej twarzy Louisa.
- Ej! - protestuje, zaciskając jedno oko. Wysuwa się do przodu z zamiarem odpłacenia mu się tym samym, ale Harry sięga ręką i chwyta jego ramię. Mocują się przez sekundę, obaj szczerząc się od ucha do ucha, a następnie zanurzają się raz jeszcze. Harry nie wypuszcza nadgarstka Louisa, a Louis nie robi nic, aby się uwolnić, kiedy wypływa na powierzchnię.
W grzywkę Harry'ego zaplątany jest wodorost. Pokasłując, chłopak wypuszcza Louisa, żeby się go pozbyć.
- Kurczę. - Bębni się po piersi.
- W porządku? - pyta go Louis.
Kaszle jeszcze jeden raz, przytakując głową ze zmrużonymi oczami.
- Połknąłem... - Kaszlnięcie. - ...trochę wody. - Kaszlnięcie. - Jest w moim nosie, przepraszam.
- Ach. To kara za próbę utopienia mnie. - Louis nie całkiem wie, co robi, ale w jakiś sposób kończy z ręką pocierającą uspokajająco ramię Harry'ego, gdy ten dochodzi do siebie.
Płyną z powrotem na płytszą wodę. Palce u nóg Louisa wciskają się pod zrodzony w wodzie piach, podrzucając go do góry, aby dryfował wokół jego stóp. Porusza rękoma wpław słabego nurtu, czując jak stawia opór pod jego palcami.
- Więc powiedz mi, skąd ten motyl? - pyta, śledząc wzrokiem ociekający wodą kształt na klatce piersiowej młodszego chłopaka.
Harry jest cicho przez moment.
- Sam nie wiem - odpowiada wolno. - Chyba mi się spodobał.
Louis uważa, że jak na powierzchnię, którą zajmuje on na jego skórze, proste ,,Spodobał mi się" wydaje się lekkim wykrętem. Ale jedynie się uśmiecha.
- Niech będzie. Pasuje do ciebie.
- Tak? - Harry wygląda na szczerze wdzięcznego. - Dzięki.
- Jeszcze jakieś tatuaże?
- Nie, tylko ten jeden.
Słońce zachodzi za głową Harry'ego i gdy stoją obróceni do siebie twarzami, nadzy od pasa w górę oraz skąpani w dogorywających promieniach złota, Louis czuje się bardzo odsłonięty. Bez namysłu, otacza się ramionami.
Harry odwzorowuje jego ruch.
- Zimno - mamrocze.
- Troszeczkę - przyznaje mu rację Louis. - Czas się wytrzeć?
- Mhm. - I tak oto ruszają na brzeg. Harry chwyta swój ręcznik i używa go to wyżęcia loków, pocierając z wigorem, dopóki nie ociekają dłużej wodą i otaczają niechlujnie jego czoło. Louis zawija się we własny, rozkoszując się puchatym ciepłem.
Wtedy dociera do niego, że już za chwilę prawdopodobnie rozejdą się na wieczór, co niejasno go zasmuca. To niewiarygodne, że po całym dniu spędzonym z Harrym, pragnie jedynie dłużej pobyć w jego towarzystwie.
Oczywiście, wydaje się, że wyzwolił to swoimi myślami. Drzwi do domku Harry'ego otwierają się w tle i Louis widzi, jak jego ciocia idzie na bosaka w ich kierunku.
- Cześć, chłopcy - odzywa się, machając ręką. - Jak minął wam dzień?
Harry przerywa wycieranie się, zamierając z ręcznikiem wokół ramion.
- Dobrze - odpowiada, tak bliski ekscytacji, jakim Louis kiedykolwiek go słyszał. - Była kupa zabawy.
- Och, to fantastycznie! - Brzmi na wstrząśniętą. - Harry, babcia jest przy telefonie, jeśli znajdziesz chwilę czasu. Pyta o ciebie.
Chłopak kiwa głową.
- W porządku, będę za moment.
- Powiem jej, że już idziesz.
Wzrok Harry'ego wędruje do Louisa, a jego zielone jak herbata oczy przejęła niemal w pełni czerń.
- Dzięki, Lou - odzywa się i dźwięk imienia Louisa na jego języku brzmi jak czysta słodycz. - Za dzisiaj. Naprawdę dobrze sie bawiłem.
- Cieszę się - odpowiada Louis, uśmiechając się słabo.
- Eee, jeśli zechciałbyś spotkać się jeszcze jutro, mam wolny cały dzień, więc...
- Wspaniale. - Louis posyła mu szeroki uśmiech. - W takim razie zdecydowanie się zobaczymy.
Już odlicza w głowie minuty.
Dust Off My Wings - część I
Tytuł i link do oryginału: Dust off my wings
Autor: Lizzie
Zgoda: jest!
Pairing: Larry Stylinson
Rating: NC-17
Tłumaczenie: Agreed
Opis:
Harry jest jak motyl ze złamanymi skrzydłami, Louis to promień słońca wpadający przez okno.
AU gdzie chłopcy spędzają wakacje w sąsiednich domkach na wsi, Louis dostaje obsesji na punkcie tajemniczego sąsiada, a koniec lata jest tak naprawdę tylko początkiem czegoś innego.
Za wykonanie banera ślicznie dziękuję Mess!
***
Tatuaż to pierwsza rzecz, jaką Louis u niego zauważa.
Jest późny lipiec, zapada zmierzch. Płoną ogniska, latają świetliki, a jezioro jest spokojne, gładkie i atramentowo czarne. W oczach Louisa nieruchome niebo nakreśla zbliżający się koniec kolejnego lata oraz początek nowego, akademickiego rozdziału w jego życiu, gdy z małym supłem w brzuchu marnuje czas nad wodą.
Wtedy widzi go po raz pierwszy.
Chłopak siedzi na sąsiednim podwórku, rozciągnięty pod drzewem z nogami skrzyżowanymi w kostkach i notatnikiem otworzonym na kolanach. Na jego nagiej piersi, upstrzonej kroplami wody, które spadają z burzy ciemnych włosów, znajduje się ogromny motyl. W półmroku wygląda prawie jak żywy, niemal jakby jego atramentowo niebieskie skrzydła mogły ożyć i odfrunąć prosto ze skóry chłopaka.
Drugą rzeczą, jaką Louis zauważa, jest smutek.
Nie jest on manifestowany w żadnej cząstce jestestwa nieznajomego i niełatwo go opisać. Jedynym, co nasuwa się Louisowi na myśl, to chmura, która połyka chłopaka w całości: jego pociągłą sylwetkę, sposób, w jaki mokre loki okalają cieniem jego oczy, nieregularny ruch długopisu po notatniku. Jest piękny w nietypowy dla mężczyzny sposób. Ma mleczną skórę, pełne usta i kończyny, które wydają się ciągnąć w nieskończoność, a mimo to jego piękno spowija ciemność. Louis jest zaintrygowany.
Przez następną minutę po prostu gapi się, obserwując, jak dogorywający żar ogniska rzuca czerwoną poświatę na wcięcie jego ramion, zafascynowany tym, jak chłopak siedzi w miejscu, przemoczony do suchej nitki ze źdźbłami trawy przyczepionymi do spodenek i nóg. Koraliki cieczy łapią blask płomieni, spadając z nasączonych loków na papier rozłożony na jego kolanach. Widok ten jest hipnotyzujący.
- Może chcesz ręcznik?
Chłopak wzdryga się, patrząc w górę oczami w kolorze zielonej herbaty. Louis w całym swoim życiu nie widział czegoś tak desperacko pięknego.
- Umm... - Jego głos jest przyjemnie głęboki, prawie senny. - Mam swój, dzięki. Po prostu nie chce mi się iść go poszukać.
- Nie jest ci zimno?
- Raczej nie. - Wzrusza ramionami, co wydaje się wzbudzać motyla do życia. - Mam się dobrze przy ognisku.
- W sumie niezły ogień, idealny do pieczenia pianek. - Louis okrąża ognisko, oceniając trzaskające węgielki, a następnie opada na trawę obok chłopaka, tak że jego plecy ogrzewa blask żaru. - Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem. Jestem Louis.
Chłopak wydaje się zaskoczony, mruga powoli, jakby nie był pewny, co dokładnie się dzieje.
- Harry - mówi. - Przyjechałem na tydzień do cioci. To jej domek.
- Ach, to dobrze. Byłoby trochę niezręcznie, gdybyś spędzał tu całe lato, a ja cię nie zauważyłem. My jesteśmy w tamtym domku obok... w tym małym, gównianym, który ma naderwany dach.
Harry kiwa głową, ale nie odpowiada. W ciszy słychać cykanie owadów.
- Co rysujesz? - pyta Louis, wskazując skoroszyt na podołku Harry'ego.
Jego odpowiedź jest nagła jak zatrzaśnięcie książki.
- To... - Zaciska mocno usta, gdy odsuwa notatnik. - Nic takiego, naprawdę coś głupiego, po prostu... próbuję naszkicować sen, który miałem ostatniej nocy.
- Intrygujące. Mogę zobaczyć?
Harry spina się cały, jego blade knykcie zaciskają się wokół krawędzi papieru. Przez długą chwilę mierzy Louisa wzrokiem od góry do dołu, a jego twarz jest poważna, gdy żuje wargę. W końcu jabłko Adama podskakuje wzdłuż smukłej kolumny jego gardła i chłopak zwiesza głowę. Wyciąga długie ramię, aby pokazać notatnik.
Czegokolwiek spodziewał się Louis, na pewno nie pięknej dysharmonii czarnego tuszu, która rozciąga się na dwie sąsiednie strony. Jest jednocześnie hipnotyzująca i przerażająca; jest wirem ostrych linii i delikatnych przejść, deszczu, skrzydeł i roztrzaskanych przedmiotów, które spadają na ziemię. Louis wpatruje się z zachwytem, jego oczy śledzą każdy najmniejszy detal, gdy szczęka mu opada.
- Świetne - mówi w końcu, oddając zeszyt. - Jesteś artystą?
Harry parska mrocznym śmiechem i zamyka notatnik.
- Zdecydowanie nie. Czasami lubię po prostu ulec swoim zachciankom.
Brwi Louisa podskakują do góry.
- Ale i tak jesteś bardzo dobry.
- Wcale nie, ale dzięki.
Znajdują się w sytuacji patowej, obaj milczący, a Louis patrzy badawczo w oczy Harry'ego, gdy ten wpatruje się w swoje kolana.
- Lou! - To matka Louisa, której jedynie zarys widoczny jest na progu ich domku. Przed nią w kałuży światła lampy roją się ćmy.
- Tutaj - krzyczy, machając ręką.
- Kalambury?
- Pewnie, będę za sekundkę! - Zerka na Harry'ego, gdy drzwi skrzypią przy zamykaniu i kobieta znika w chatce. - Przypuszczam, że nie byłbyś zainteresowany porywającą partyjką kalambury?
- Umm... - Wygląda jak jelonek złapany w światła reflektorów.
- Będzie fajnie, obiecuję - zapewnia go Louis. - Plus, z twoim talentem plastycznym i moją charyzmą stworzymy absolutną drużynę marzeń. Moje siostry nie będą miały szans.
- Jestem trochę zmęczony - odzywa się Harry. - Powinienem prawdopodobnie wracać do siebie, ale i tak dzięki.
- W porządku. - Louis czuje się dziwnie rozczarowany. - Cóż, miło było cię poznać.
Nikły cień uśmiechu miga na tych niemożliwie czerwonych ustach.
- Ciebie też.
Kiedy obaj wstają, Harry okazuje się sporo wyższy i oczy Louisa śledzą jego nagie plecy, gdy ten odwraca się, żeby odejść.
- Harry! - woła, a Harry okręca się z pytaniem w oczach. Louis szczerzy się szeroko. - Co sądzisz o wspinaczce górskiej?
- Mmm, nie wiem. A co?
- Wchodzę jutro na Bluff Knoll. Powinieneś pójść ze mną.
Harry nie odpowiada od razu, jedynie wygina kącik ust i przechyla głowę.
- Pomyślę - mówi w końcu.
Tatuaż z motylem łączy się z cieniami na jego piersi, gdy odchodzi.
***
Następnego ranka Louis wstaje dziwnie wcześnie. Jego najdroższa matka niemal dostaje ataku serca, kiedy ten wkracza do kuchni ubrany w swoje spodenki turystyczne i koszulkę bez rękawów, zwijając jabłko z większości opróżnionej torby na blacie do obierania.
- Doberek, mamo - odzywa się, całując ją w policzek.
- Lou - odpowiada. - Czemu już wstałeś?
- Chwytam dzień. Będziesz potrzebowała dzisiaj furgonetki?
Kobieta unosi brwi, a jego twarz wyraża zaskoczenie.
- Niekoniecznie, a co?
- Chciałem podjechać pod Knolla.
- Sam?
- Nie - mówi z trudem Louis, ściskając jabłko pomiędzy zębami, gdy wrzuca kilka batoników musli do plecaka. - Z kolegą.
Jego mama wzrusza lekko ramionami, wyciągając karton jajek z lodówki.
- Nie mam nic przeciwko - odpowiada. - Po prostu bądź ostrożny.
- Jasne, że będę. Na razie!
- Kocham cię.
Na zewnątrz Louis ciska swoje rzeczy na tylne siedzenie furgonetki, mrużąc oczy przed jasnym światłem słońca. To będzie piękny dzień, wręcz idealny. Z ekscytacji już go całego nosi.
Mówiąc prawdę nie jest do końca pewny, skąd ta nagła obsesja. Harry jest atrakcyjny, to fakt, a jakiekolwiek wahania względem kłopotów z seksualnością znajdowały się w głowie Louisa, zostały dawno zadeptane i w tym punkcie swojego życia chłopak był od nich wolny, ale istniało coś jeszcze - intensywność, jakiej nigdy wcześniej nie czuł. Chce po prostu być blisko niego, poznać go, wpatrywać się w te zielone jak trawa oczy, dopóki nie zniknie z nich ostatnia kropla mrocznej melancholii. Czy coś w tym rodzaju.
Trzeba mu to przyznać, Louis posiada tendencję do ulegania swoim zachciankom.
U cioci Harry'ego jest przytulnie i osobliwie z powodu kilku kwiecistych splotów krzewów przed domem oraz asortymentu karmników dla ptaków zwieszających się z dachu. Przez te wszystkie lata, gdy spędzał lato nad Jeziorem Tennyson, nigdy nie przychodził tu z wizytą, ponieważ nigdy nie poznał właścicieli. To miejsce zazwyczaj pozostawało puste przez czerwiec i lipiec. Jest swego rodzaju dobrze utrzymanym domem widmo.
Louis puka pewnie do drzwi, a kiedy te się otwierają, kobieta o przyciętych włosach w kolorze blond i ze zmarszczkami śmiechu wygląda na niego zza osłonki. Ubrana jest w wyblakły, zbyt duży t-shirt i rozchodzone pantofle, które babcia Louisa nosi wraz z zakasanymi w nie nogawkami spodni.
- Witam - mówi Louis radośnie. - Szukam Harry'ego.
Słysząc to, kobieta wydaje się bardzo zaskoczona.
- Spodziewa się, że przyjdziesz?
- Eee, pewnie. - To w końcu nie jest całkowite kłamstwo. - Mamy iść na wędrówkę.
- Dobrze. - Zdaje się lekko oszołomiona. - Wejdź do środka. Jest w swoim pokoju.
- Świetnie, dzięki.
Wewnątrz domek jest o wiele ciemniejszy niż ten, który należy do Louisa. Niskie sufity, zasłony w większości zaciągnięte i ledwo zamieszkane przestrzenie. Wszystko pachnie jak kurz i cienie.
- Jego pokój jest na końcu korytarza - mówi ciocia Harry'ego, wskazując w stronę przymkniętych drzwi.
Kiedy Louis puka, otrzymuje stłumione ,,proszę" w odpowiedzi. Harry leży na wznak na łóżku z pościelą splątaną wokół nóg. Jego kręcone włosy są zmierzwione od spania, tors nagi nad linią spodni i Louis nie może się powstrzymać - gapi się na niego. W świetle dnia motyl jest nawet wyraźniejszy, kontrastując z bielą skóry Harry'ego, a nad nim Louis dostrzega kilka pieprzyków. Chłopak jest jak renesansowy obraz, który ożył: cały blady z zarumienionymi policzkami i pięknymi rysami.
Gdy Louis nie może odwrócić wzroki, Harry przekręca głowę na bok i mruga na niego bardzo wolno spod długich rzęs. Jego oczy są półprzymknięte i wyrażają zaskoczenie.
A potem zrywa się.
- Kurwa - wyje, gwałtownie podrywając się do pozycji siedzącej i podciągając przykrycie w górę swojej klatki piersiowej. - Myślałem, że to... Co ty tutaj robisz?
- Zabieram cię na naszą wędrówkę - mówi Louis lekko. - Tylko mi nie mów, że tak szybko zapomniałeś.
Harry wciska dłoń do oka, ocierając pozostałości snu.
- Ech, zgodziłem się na to?
- Powiedziałeś ,,pomyślę". Wierzę, że to oznacza kategoryczne ,,tak".
Przez moment Harry się nie porusza, oddychając ciężko ze zmartwionym wzrokiem. Obraca się, żeby spojrzeć na Louisa, a jego brwi są wygięte. Nabiera głębokiego oddechu, poczym unosi drugą rękę, aby odgarnąć długą grzywkę z czoła.
- Nawet cię nie znam.
- Próbuję temu zaradzić.
- Nie jestem fanem aktywności fizycznej.
- Możemy porobić coś innego.
Potrząsa głową.
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego... tak dziwnie naciskasz? Dlaczego akurat ja?
Louis rozważa odpowiedź.
- Żyłem w chacie z moją matką i czterema młodszymi siostrami przez trzy ostatnie tygodnie - mówi. - Naprawdę wydajesz się o wiele lepszą opcją.
- Nie jestem zbyt fajny - mruczy Harry.
- Cóż, jestem wystarczająco fajny za nas dwóch.
Chwila ciszy.
- No dobra.
- Naprawdę? - Louis jest szczerze zaskoczony.
- Taa. Podałbyś mi tamtą fiolkę? Moje nogi wciąż śpią.
Louis obraca się i przygląda małemu pojemnikowi na wierzchu komody. Czytanie etykietki wydaje się inwazją w prywatność, więc odwraca wzrok, upuszczając je na niespokojne, wyciągnięte ręce Harry'ego. Chłopak nie oferuje wyjaśnienia, ledwie otwierając pokrywkę ruchem, który wyraźnie wszedł mu w nawyk, i połykając jedną z białych tabletek razem z łykiem wody. Następnie, ziewając, przeciąga się jak kot i wyskakuje z łóżka.
- A teraz - mówi ochrypłym głosem. - W co się ubrać na wędrówkę?
Intensywność to słowo, które nawet w połowie nie jest w stanie opisać sposobu, w jaki spogląda na Louisa, który staje się nietypowo cichy na kilka sekund.
- Jak na niedzielne nabożeństwo - udaje mu się wreszcie powiedzieć. - Zaleca się frak.
Harry posyła mu rozdrażnione spojrzenie, ale pod powierzchnią płonie ułamek rozbawienia, gdy wyciąga kilka elementów garderoby z małej, porządnie spakowanej walizki przy łóżku.
- Dobra, muszę się przebrać. Po prostu... - Przełyka. - Zostań sobie tutaj czy coś. Zaraz wracam. - Potem znika w korytarzu, a jego chuda sylwetka kompletnie nie pasuje rozmiarem do niskiego sufitu.
Dopiero kiedy Louis stoi tam, nucąc pod nosem, zauważa, jak bardzo surowy jest wystrój sypialni Harry'ego. Oprócz walizki, medykamentów i samotnej szklanki wody na stoliku nocnym nie ma w niej absolutnie nic osobistego. Jedynie zielone ściany wokół niepościelonego łoża małżeńskiego. Louis myśli o pigułkach oraz smutku wiszącym w powietrzu i raz jeszcze staje się jednocześnie zakłopotany i zaintrygowany.
- Witaj ponownie. - Ciocia Rozchodzone Pantofle pojawia się w progu. - Tylko sprawdzam, czy nie chcielibyście czegoś na śniadanie. - Louis decyduje, że jest całkiem miła, gdy w odpowiedzi posyła jej wielki uśmiech.
- Byłoby świetnie - mówi.
- Robię naleśniki, mogą być?
- Znakomicie.
Przez moment kobieta zwleka w drzwiach.
- Dziękuję - mówi wreszcie. - Że zabierasz ze sobą Harry'ego. On tego potrzebuje, czy się do tego przyznaje, czy nie.
Słychać dźwięk otwieranych drzwi od łazienki, a następnie Harry we własnej osobie stoi w korytarzu za jej plecami, z włosami mniej lub bardziej ułożonymi i ciałem odzianym w podwinięte jeansy oraz czarny t-shirt.
- To najlepsze, co mogłem znaleźć - broni się przed uniesionymi brwiami Louisa. - Jakoś nie pomyślałem o zapakowaniu mojego stroju do ćwiczeń.
Coś gorącego zwija się w podbrzuszu Louisa i wszystkim, o czym może chłopak myśleć w tej chwili jest: jakim cudem jesteś tak piękny?
Ciocia Harry'ego patrzy w stronę Louisa.
- Właśnie mówiłam...
- Louisowi - podpowiada.
- Właśnie mówiłam Louisowi, że robię naleśniki.
Harry natychmiast marszczy w odpowiedzi nos.
- Nie jestem zbyt głodny - odpowiada, dodając po namyśle. - Ale dziękuję.
Louis nie przegapia zaniepokojenia na twarz kobiety, gdy ta mówi:
- Kochany, wczoraj ledwie co zjadłeś.
- Aww, no chodź, Harry - dodaje szatyn. - Cieszyłem się na drugie śniadanie.
Harry wpatruje się w niego beznamiętnie.
- Słowa nie wyrażą tego, jak bardzo nie jestem w tym momencie głodny. Zjem, kiedy wrócę, obiecuję.
- Ale naleśniki... - protestuje Louis.
- Chodź - odzywa się Harry, zwracając ku nim swoje plecy. - Chcę iść na wędrówkę po górach.
***
Jak na kogoś tak zapalonego do wspinaczki, Harry wydaje się znać nieźle skrzywioną definicję tego słowa. Stąpa leniwie po zdradzieckim, pagórkowatym terenie, absolutnie się nie spiesząc i Louis naraz dochodzi do wniosku, że chłopak był jednym z tych dzieci, które zapisane do drużyny piłkarskiej, każdy mecz spędzają na zrywaniu kwiatów i ganianiu motyli na skraju boiska. Duże okulary przeciwsłoneczne Harry'ego, w połączeniu z podwiniętymi jeansami oraz koszulką z głębokim dekoltem, upodabniają go do swego rodzaju punk rockowca, który zgubił się w górach. To niedorzecznie urzekające.
- Nie rozumiem cię - mówi Harry, gdy mijają pierwsze oznaczenie szlaku.
- A czego tu można nie rozumieć? - żartuje Louis. - Jestem jak otwarta książka.
- No właśnie. - Nie rozwija swej myśli, a Louis nie naciska.
- Więc - odpowiada w zamian, obracając się ku chłopakowi z uśmiechem, który tworzy zmarszczki wokół jego oczu. (To jego wyobraźnia, czy wzrok Harry'ego na sekundę powędrował sennie do jego ust?) - Haroldzie, powiedz mi coś interesującego.
- O czym?
- O... Nie wiem, o sobie.
- Hmm... miałem nauczanie indywidualne w domu - odzywa sie po długiej pauzie. Jego brwi unoszą się lekko. - Twoja kolej.
- Ja - ogłasza Louis - nie miałem nauczania indywidualnego w domu.
Harry przewraca oczami, kopiąc kamyk po ziemi jak nadąsane dziecko.
- To się nie liczy, powiedz mi coś innego.
Louis myśli krótko o szkole, swoich kolegach z drużyny, o słowie ,,pedał" wypalonym przed treningiem na drzwiczkach jego szafki. Zanim udaje mu sie powstrzymać, mówi bardzo cicho:
- Czasami żałuję, że nie miałem nauczania indywidualnego w domu.
Harry kiwa wolno głową, a jego ramię uderza w ramię Louisa. Szatyn nie jest pewny, czy to specjalnie, czy nie, ale podoba mu się.
- Nie potrafię pstrykać palcami - odzywa się Harry po jakimś czasie.
- Co? To śmieszne.
Aby zaprezentować swój punkt widzenia, Harry pociera żałośnie palec wskazujący o kciuk.
- Nie, nie, tu wszystko zależy od ich ułożenia - odpowiada Louis, sięgając po jego nadgarstek, aby unieść go do góry. Dwiema rękami przestawia palce Harry'ego na właściwą pozycję. Jego skóra jest miękka jak u niemowlaka, nawet w tych częściach, które powinny być szorstkie i mieć odciski. Kiedy Louis unosi wzrok, Harry nie patrzy na swoją rękę, ale na jego twarz, a jest wystarczająco blisko, aby szatyn mógł policzyć jego rzęsy.
- W ten sposób - odzywa się Louis, demonstrując ostry ruch.
- Popisujesz się - mamrocze Harry. Próbuje ponownie i tym razem słychać wątłe pstryknięcie.
- To już jakiś początek - mówi Louis zachęcająco. - Możemy nad tym popracować. Niedługo będziesz pstrykał palcami jak profesjonalista.
Twarz Harry'ego drga i przez moment szatyn myśli, że chłopak może się uśmiechnie. Zamiast tego sięga, żeby skubnąć dolną wargę (tik, który Louis zaczyna rozpoznawać jako zwyczaj), i mówi:
- Teraz ty.
- Podoba mi się, że robi się z tego gra. - I czyż nie jest to prawda? Louis uważa się raczej za mądrego, gdyż doprowadził to przebiegłe ,,daj się poznać" ćwiczenie do skutku. - W porządku, pomyślmy... Kiedyś płakałem przez trzy godziny pod rząd, ponieważ siostra zjadła ostatni kawałek mojego urodzinowego tortu.
Harry parska.
- Przez siedem lat trenowałem balet.
- Dawno, dawno temu moim największym celem było należeć do boysbandu.
Przed kolejną odpowiedzią Harry robi krótką przerwę, która przywodzi Louisowi na myśl liść spadający z gałęzi okalanego zimą drzewa.
- W kwietniu próbowałem się zabić.
Mówi to od niechcenia i Louis zatrzymuje się raptownie, gdy świat wokół niego blaknie. Harry tymczasem idzie dalej, zostawiając go w tyle, a jego szeroka sylwetka jest czarna na tle zalanego słońcem horyzontu.
- Czy to było za wiele? - pyta słodko, kiedy Louisowi udaje się go dogonić. - Przepraszam.
Oczywiście, że tak, co się stało, czemu czemu czemu miałbyś to zrobić? Louis zbiera myśli, próbuje poskładać je w całości i kończy dukając:
- Z jakiego powodu?
Tym razem to Harry przystaje. Kiedy jego oczy prześlizgują się po twarzy Louisa, znajduje się w nich jakaś szukająca cząstka.
- Eee, przepraszam. - Louis krzyżuje ramiona na piesi, trzymając bicepsy po obu stronach. - Jestem trochę nietaktowny.
- Nie... - Harry odchrząkuje - ...w porządku. Po prostu jesteś pierwszą osobą, która o to zapytała. - Znowu skubie swoje usta. - Chyba z wielu powodów, czasami ciężko stwierdzić. Najczęściej ludzie uważają za powód to, że moja mam miała raka. Umarła - dodaje pomocnie. - Na początku tego roku.
Wciąż stoją tam na środku ścieżki, nieruchomi pośród kamyków i drzew. Nawet z ptaszkami ćwierkającymi wokoło oraz lekką melodią wiatru w uszach Louisa, cisza jest zbyt dotkliwa.
- Harry - odzywa się. - Chciałbym cię prosić o pozwolenie na przytulenie.
Tamten nie odpowiada od razu, ale Louis jest niezłomny, przyciągając go do siebie za biceps, aby owinąć ramiona wokół jego pleców. Czarna koszulka Harry'ego jest gorąca od oddechu słońca, a chłopak pachnie jak wanilia i odświeżający męski szampon. Ku zaskoczeniu Louisa, Harry ledwie przedstawia jakiekolwiek ślady napięcia spowodowane jego śmiałością. Jego głowa opada, ręce podnoszą się, a nos wtula w ramię szatyna; Louis czuje, jak jego oddech muska niczym tchnienie wrażliwą skórę w tamtym miejscu. Kiedy się rozdzielają, Harry patrzy na niego z rozszerzonymi źrenicami, jakby chłopak był czymś, co widzi po raz pierwszy w życiu.
Po tym żaden z nich nie odzywa się przez jakiś czas.
Dust Off My Wings - masterpost
Tytuł i link do oryginału: Dust off my wings
Autor: Lizzie
Zgoda: jest!
Pairing: Larry Stylinson
Rating: NC-17
Tłumaczenie: Agreed
Opis:
Harry jest jak motyl ze złamanymi skrzydłami, Louis to promień słońca wpadający przez okno.
AU gdzie chłopcy spędzają wakacje w sąsiednich domkach na wsi, Louis dostaje obsesji na punkcie tajemniczego sąsiada, a koniec lata jest tak naprawdę tylko początkiem czegoś innego.
Agreed: Wspaniałe opowiadanie, które skradło moje serduszko już bardzo dawno temu, a teraz zostało odkopane, odkurzone i pokochane na nowo. Wiem, że Wam również się spodoba, mimo że pora roku nie ta :)
Za wykonanie banera ślicznie dziękuję Mess!
***
Część I
Część II
Część III
Część IV
Część V



