Znacie taką sieć księgarni MNOGOKNIG? Bo ja przez wiele lat nie znałam. Ilekroć mijałam wejście do księgarni, moja dysleksja uznawała, że czytanie liter po kolei jest nudne. Śmieszniej będzie je poprzestawiać. MNIGOKING? GNOMONIG? KNIGONO? Autentycznie latami nie byłam w stanie odczytać tej nazwy.
Aż któregoś dnia trafiłam na artykuł w Internecie i być może pomógł inny font albo fakt, że literki były małe w porównaniu z szyldem wiszącym mi nad głową, ale coś w moim mózgu w końcu przeskoczyło. Mnogo. Knig. To są dwa słowa. Dużo. Książek. MNOGOKNIG.
Poczułam się prawie tak samo, jak gdy jako dziecko po przeczytaniu jakichś ośmiu książek mojego ulubionego pisarza Jamesa Olivera Curdoowa spojrzałam na okładkę i zdałam sobie sprawę, że nazywa się Curwood.
Kocham czytać. Mam w domu wielki regał pełen książek i jeszcze więcej na czytniku. Czytam codziennie. Kocham też pisać. Opublikowałam już całkiem sporą liczbę opowiadań i szykuję kolejne. Moja praca też wiąże się z czytaniem i pisaniem. Ale przysięgam, że te cholerne literki każdego dnia stawiają mi opór i ich rozszyfrowanie wymaga odpalenia 120% mocy mózgu, bo inaczej nie potrafię powiedzieć, co te wszystkie dziwne znaczki znaczą. I tak się żyje z tą dysleksją, poświęcając na proste, codzienne czynności znacznie więcej energii niż „normalni” ludzie.
Dlaczego nawet rzeczy, które lubię, muszą być męczące?