Czytam po raz drugi "Prywatyzując Polskę" Elizabeth Dunn, co osobiście uważam za obowiązek każdego rocznika '89 (dziecka transformacij). Nie znałam świata przed, wzrastałam wraz z implementowanym kapitalizmem, karmiona Cartoon Network, McDonaldem i paczkami z Ameryki. Rodzą się pytania w głowie na ile byłam świadoma, na ile wyprano mi mózg bredniami o rywalizacji, ekonomii zysku i zajęciu prestiżowego miejsca w społeczeństwie. Mimo że wiele lat cierpiałam na kompleks prowincjonalności, to teraz widzę, że to moja ogromna sila.
Na prowincji został jeszcze stary duch, niekoniecznie lepszy model zarządzania, ale wciąż starszy. Większy nacisk na zaspokajanie podstawowych potrzeb mieszkańców (budowa taniego marketu, wyrównane chodniczki, dostęp do lekarza itd., władzę zdobywa się tam zaspokając potrzebny tego typu), relacje społeczne, które kontrolują się oddolnie (praktyka plotki jako kontroli, niemożliwa do stosowania w zatomizowanym miejskim środowisku), słabszy rozdźwięk między pracą fizyczną a umysłową, co przekłada się na mniejszy elitaryzm (czy raczej jego wyrazistość), relacje sąsiedzkie się zachowały, w małym Bornem wpada się do siebie bez zapowiedzi.
Tam nie działa życie tak, że "suma jednostkowych egoizmów" ma kształtować dobro wspólne.
Owszem występuje alkoholizm, bezrobocie, brak dostępu do kultury, ale nie jest tam gorzej niż w mieście. A pod wieloma względami autentyczniej. Nie mówiac już o oszałamiającym kontakcie z naturą.
Jako artystka i pracowniczka sektora opieki wykonuje prace, które nie przynoszą kapitalizmowi absolutnie żadnej korzyści, raczej stan pustego konta niż pełnego to moja norma, ale jeśli taka jest cena zachowania świadomości, to z przyjemnością ją płacę














