Der Hybrid Berlin wird glatter - zieht aber immer noch schräge Gestalten an. Deshalb ist nichts sinnloser als die Imagekampagne Be Berlin.
seen from China

seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from China

seen from United Kingdom
seen from United States
seen from China

seen from Canada
seen from China

seen from United States
seen from Italy
seen from United States

seen from Poland
Der Hybrid Berlin wird glatter - zieht aber immer noch schräge Gestalten an. Deshalb ist nichts sinnloser als die Imagekampagne Be Berlin.
Das Orbanism Festival machte und macht durch sein Weiterwirken im Netz Berlin als Hauptstadt der offenen Kultur physisch real und virtuell erfahrbar - geförd...
Die filmische Essenz des Festivals, das hoffentlich noch stark auf 2016 abfärbt, denn in Liebe fallen ist einfach besser als im Krieg.
Prawie wolne
Dzisiejszy dzień był prawie wolny. Zostaliśmy w centrum w piątkę: ja, Scott, Sophie, Béné i Cédric. Jest pusto i cicho, pobrzękują tylko dzwonki kóz. Scott zaproponował, żebym poszła z nim do miasteczka i poszliśmy. Bardzo przyjemnie się tak przejść w dół i w górę. Wypiliśmy piwo w barze, czekając na otwarcie sklepów po sjeście, Scott kupił pamiątki (wydając fortunę na obrusy dla mamy, by zrekompensować jej fakt, że prawie umarł w tej podróży), a po powrocie razem odkryliśmy, że nie ma żadnego obiadu i zadowoliliśmy się bagietką z serem. Wytrzymałam aż do połowy drogi powrotnej, ale gdy spytał mnie, co robią moi rodzice, w końcu zaczęłam opowiadać po angielsku. Ze Scottem nigdy nie wiadomo, na jaki język padnie. Ale w każdym można prześledzić swoje odmienne ścieżki życiowe i spróbować wytłumaczyć co się robi, jak i dlaczego. *** Do biura przyszła dostawa. Odznaczam na liście wszystkie zakreślacze i cienkopisy, Gwiazdka w środku lata. Przyglądam się przy okazji Sophie i Béné, które zajmują się organizacją wszystkiego niezwykle sprawnie i tak, że nabieram pewności, że wszystko się uda.
Burza
Wszystko tutaj przeżywam spokojnie. Rzeczy, których się dowiaduję, które w Polsce by mnie przygniotły, potrafię spokojnie przyjąć. Po raz pierwszy, odkąd tu jestem, spadł dziś prawdziwy, potężny deszcz. Powietrze się ochłodziło, grzmi. Wychodzę na ulewę, ciężkie krople zmywają ze mnie najtrudniejsze sprawy. Potem pijemy razem gorącą kawę na tarasie. Ciągle grzmi, szumi deszcz.
Czasem zdarzają się lepsze rzeczy, czasem gorsze. Raz mnie coś bardzo ucieszy, raz jestem bardzo zmęczona. Czasem tęsknię, czasem jestem dumna, czasem się martwię. Czasem brakuje mi pewnych rozmów, czasem wracam w nocy do pokoju roześmiana po przegadanym wieczorze. Ale za każdym razem otwieram wtedy okno, staję w nim i witam się z Wielką Niedźwiedzicą. Ugwieżdżone niebo codziennie ściska mnie za serce. Jestem tylko ja i gwiazdy, nic więcej nie ma. I reszta już naprawdę może się dziać, jak chce.
Emocje
Koniec pierwszego pobytu stał się nawałnicą emocji. Ostatni wieczór spędziłyśmy trochę same, trochę z innymi, przy ognisku. Następnego dnia obudziłyśmy się rano i spędziłyśmy jakąś godzinę na śmiechu i rozmowach, gdy Leah pakowała swój plecak. Pojechała. Niby nic, a jednak w pewnym momencie trochę mi się zrobiło mokro w oczach, kiedy widziałam to samo u Sophie. Dziś ściągałam białe prześcieradła ze sznurka. Lubię to, to dość uspokajająca czynność, ale było mi smutno, jak przypominałam sobie opowieści, jakie snułyśmy, robiąc to razem. Za każdym razem, gdy wracam do naszego pokoju, za późno uświadamiam sobie, że teraz to mój pokój. Wszystko się toczy dalej, jest wciąż piękne i radosne, tylko brakuje mi dzielenia się tym z Leah. To jest też teraz jej drugi dom, za którym będzie tęsknić w swojej podróży po Europie. Tymczasem w FIL zapanował okres między pobytami. Zrobiło się trochę puściej i trochę spokojniej. Przyjechali Gosia z Maćkiem. Byliśmy wszyscy razem na kolacji w barze z tarasem w miasteczku, a po powrocie siedzieliśmy na zewnątrz do czwartej nad ranem, pijąc, śmiejąc się, słuchając muzyki, tańcząc. Wobec tego następny dzień okazał się ospały. Nadeszła pora pożegnać Pauline. Ona także powiedziała, że przyjedzie do Polski, kiedy nawzajem dziękowałyśmy sobie za wszystko. Niesamowite, jak tak krótki okres czasu może sprawić, że ktoś się staje bliski i tak trudno jest się rozstać. Nie chcę myśleć, co będzie, kiedy ja za chwilę będę musiała powiedziec wszystkim "do zobaczenia". Najlepiej byłoby zostać na zawsze. Takie różne zdarzenia, wyjazdy, przyjazdy, nowe osoby i nowe zdarzenia sprawiają, że emocji jest niesamowicie dużo. Mimo wszystko nie jest tu tak trudno sobie z nimi radzić, pewnie przez sam widok za oknem. I choć do każdej zapisanej właśnie myśli przychodzą mi do głowy trzy inne, pozostawię je już górom na horyzoncie.
Czas | Zdarzenia | Spełnianie marzeń
Czas leci i jednocześnie stoi w miejscu. Dni są podobne do siebie, a jednak codziennie dzieje się coś innego. Świeci słońce, jest ponad trzydzieści stopni. Grupa się pomniejszyła i przygotowywanie śniadania zajmuje mniej czasu. Można też spokojnie zjeść i dopiero zacząć sprzątać, bez obawy o nieskończone stosy brudnych naczyń. Ktoś wyjechał, pojawił się ktoś nowy. Ktoś trafił do szpitala. Kiedyś był alarm przeciwpożarowy. Czytam, wycinam, biegam z miejsca na miejsce.
Raz musiałyśmy położyć dzieci spać, trudna sprawa. Raz pilnowałam grupy na zakupach w Perpignan, jak w zeszłym roku. Zalewa mnie fala gorąca, gdy wchodzę z nimi do czteropiętrowego centrum handlowego, ale na szczęście moja grupa jest grzeczna i rozmawia ze mną po francusku. Bonusem jest mieszkająca w Amsterdamie Polka i dwie młode Francuzki. Obecność kilku Polek wśród młodzieży uświadamia mi, jak nietypowe towarzystwo tu przyjeżdża. Oczywiście są to dzieci ludzi, których stać na to, ale jednocześnie w dużej mierze pochodzą z rodzin, w których wielokukturowość jest sprawą oczywistą i które mieszkały już w kilku zakątkach świata.
Plany czasem powstają spontanicznie. Wieczorem, w pośpiechu pakujemy się wszyscy do samochodów i na kilka tur zjeżdżamy do miasteczka. Ulicami przechodzi pochód mieszkańców Saint-Laurent z lampionami i pochodniami w dłoniach, a za nimi podąża skromna orkiestra. Gdy kończy grać, pojawia się muzyka ze skrzeczących głośników i towarzyszący jej huk fajerwerków. Choć wszystko jest częścią obchodów święta narodowego Francji, ale przeboje z głośników bynajmniej nie są francuskie. Pokaz trwa dłużej niż się spodziewałam. Jest skromny, ale kolorowe ognie nad starym miasteczkiem i tak wyglądają magicznie. Gdy muzyka milknie, orkiestra znów zaczyna grać. Zaskoczyło mnie, gdy nagle usłyszałam “Mury” Kaczmarskiego i dzięki temu dowiedziałam się, że to melodia napisana przez tutejszego, katalońskiego pieśniarza. Później całe miasteczko udało się na plac przy ratuszu, by tam rozmawiać z sąsiadami i bawić się przy muzyce na żywo. Na ozdobionej flagami Francji scenie stał czarnoskóry Francuz z dredami i śpiewał po angielsku do muzyki reggae. Wszystko razem było dość niesamowite.
Pauline rozpięła pewnego popołudnia linę między drzewami. W ten sposób spełniło się moje marzenie. Najpierw nieśmiało się do niej zbliżyłam, dziś już sama poprosiłam Pauline, żeby mi ją udostępniła. Nie potrafię ustać nawet kilku sekund, ale wspinanie się na nią, przytrzymując się drzewa i ze wzrokiem utkwionym daleko w szczyty gór sprawia mi ogromną przyjemność. Wreszcie. Może kiedyś się nauczę. Póki co wystarcza mi radość z krótkiego balansowania z wyprostowanymi plecami i rozpiętymi ramionami.