więc jest taki proces jak flotacja, gdzie przy użyciu wody i bąbelków oddziela się [węgiel/żelazo/miedź/cokolwiek] od całej reszty syfu, z którym [x] jest zmieszane. używa się tego na szeroką skalę, tylko że powstaje w wyniku tego procesu [płyn/zawiesina/błoto], którego trzeba się pozbyć.
no i tutaj wchodzą zbiorniki odpadów poflotacyjnych. nie wiem czy zawsze, pewnie kurwa nie, ale często robi się je poprzez usypanie tamy i wlewanie tego syfu do środka. potem podwyższa się stopniowo tę tamę, żeby więcej syfu się zmieściło. zwykle to dość ważne, żeby to nie jebło, bo jak jebnie, to może się słabo skończyć, biorąc pod uwagę, że najczęściej zawartość tych zbiorników jest toksyczna, a w zależności od tego, skąd pochodzi, może również być radioaktywna.
z tym jebnięciem lub nie jest jednak bardzo prosty problem. żeby nie jebło, trzeba tamy tych zbiorników usypywać w konkretnie obliczony jako bezpieczny sposób, regularnie kontrolować oraz - co ważne - trzymać się założeń co do tego, na ile można zbiornik powiększyć. maksymalna pojemność danego zbiornika jest bardzo konkretnie ustalana jeszcze przed jego powstaniem. ale jak to często bywa na świecie, czasem jak się oleje te wszystkie rzeczy do kupy, to wychodzi taniej. tu mniej ludzi się napracuje, nie trzeba naprawiać, nowego zbiornika usypywać nie trzeba. a przecież nie zawsze wtedy się coś rozpierdoli, czasem szczęście dopisze i można się cieszyć oszczędnościami (jeśli jest się firmą zarządzającą takim zbiornikiem).
w innym wypadku w najgorszym razie zapłaci się karę. no ale chyba się kalkuluje, mimo astronomicznych kwot, które w takich pechowych wypadkach należy zapłacić (jak na przykład 66.3 milionów dolarów za spowodowanie katastrofy w Marianie w Brazylii, gdzie zmarło 19 osób i gdzie spowodowano ogromne szkody dla środowiska naturalnego na olbrzymim terenie). wspominam głównie o pieniądzach, nie o ludziach, bo te oszczędności zwykle czyni się właśnie tam, gdzie ludzie nie mieszkają. to znaczy prawdziwi ludzie, biali ludzie, ludzie mający pieniądze, należący do kultury zachodu. ci inni ludzie, których życie się zakończyło lub zostało skrócone przez te tragedie, nigdy się dla zarządzających tymi zbiornikami nie liczyło. tak jak nie liczyło się środowisko, które zostało w ich wyniku zatrute.
btw, jedna z firm odpowiedzialnych za katastrofę w Marianie w Brazylii doprowadziła do podobnej katastrofy w innym miejscu, w Brumadinho, zaledwie 4 lata później. zginęło wtedy 270 osób. czyli musi się nieźle opłacać, działania godne polecenia, o ile oczywiście masz jakieś zbiorniki odpadów poflotacyjnych w Ameryce Południowej.
podobne "wypadki" (w cudzysłowie, bo ciężko nazywać wypadkiem coś, co jednoznacznie było skutkiem naumyślnych zaniedbań i naumyślnie popełnionych błędów) zdarzały się już od dość dawna. od powyżej opisanych spraw nie dzieli nas nawet 10 lat, ale już na przykład w 1979 roku mogliśmy obserwować podobne wydarzenia, lub raczej moglibyśmy, gdyby ktokolwiek szerzej o nich informował, co nieszczególnie się działo, i co pewnie się nie stanie.
wtedy to właśnie w Church Rock w Nowym Meksyku, gdzie mieścił się zbiornik odpadów poflotacyjnych należący do United Nuclear Corporation, doszło do największego uwolnienia się radioaktywnego materiału do środowiska w historii Stanów Zjednoczonych. jakieś 100 t stałego i 350 tysięcy m^3 płynnego radioaktywnego (i na tyle kwasowego, że wręcz żrącego) śmiecia wydostało się przez 6-metrową dziurę i podążyło do pobliskiej rzeki. rzeka ta wpływała na ziemię Navajo, graniczącą z terenami, na których zajmowano się wydobyciem i przetwarzaniem uranu.
problem zauważono dość szybko, bo ciężko było nie zauważyć. gorzej poszło jednak z informowaniem lokalnej ludności o zagrożeniu. po kilku dniach od wypadku nadano w radio komunikat i rozstawiono znaki w okolicy - a wszystko to po angielsku. najwyraźniej ktoś po prostu zapomniał, że wiele osób z ludu Navajo nie posługiwało się wcale językiem angielskim i zna tylko język Diné, w którym żadnej informacji na ten temat nie przekazano.
w końcu wysłano jakichś ludzi do poinformowania o tej, ehm, tragedii, ale gdy ludność Navajo poprosiła o ogłoszenie katastrofy katastrofą i wysłanie odpowiedniego do sytuacja wsparcia, odmówiono im. zatrute zostały wszystkie okoliczne źródła wody, zginęło wiele bydła, od którego zależały życia miejscowej ludności.
na szczęście jednak w tym wypadku zaprzeczono wszelkim oskarżeniom o wyrządzenie komukolwiek szkody, i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.















