Prolog
Las. Ona pośrodku drzew. Drzew rosnących gęsto i blisko siebie. Pokrytych śniegiem. Słychać świst wiatru. Czuć zapach czystego powietrza. Jej bose stopy poruszają się płynnie, jedna za drugą po ziemi zmieszanej z śniegiem i mchem.
Porusza się jak liść na wietrze. Lekko i bezszelestnie. Niemal płynie w powietrzu, jakby nad ziemią, ale jej stopy zostawiają ślady na śniegu. Jedyny dowód, że tu jest. Że tu była.
Oddech ma cichy, spokojny. Usta lekko rozchylone, nos czerwony, a stopy niemal bordowe. Drży z zimna, ale nawet nie ma świadomości, że jej zimno. W głowie ma cel i pewność, że się jej uda.
Ucieka, ale jednocześnie nie śpieszy się. Jest wstanie zwalczyć wszystko, co stanie jej na drodze.
Niebo jest ciemne, między drzewami przebija się światło księżyca i gwiazd. W oddali widać światła latarni. Miasto. Jest blisko.
Przyśpiesza kroku. Bierze głęboki wdech. Serce bije jej spokojnie, w głowie panuje cisza. Coraz bliżej.
Wychodzi z pomiędzy drzew. Stawia stopy na zaśnieżonej drodze. Wchodzi na chodnik. Dotyka lodowatymi palcami śniegu na skrzynce pocztowej przed domem. Jej domem.
Wreszcie dom. Pamięta jeszcze zapach wnętrza. Zapach Matki. Stawia stopę na pierwszym stopniu schodów prowadzących na werandę. Jeszcze dwa i będzie.
Widzi przez okno Matkę. Wreszcie, po tak długim czasie. Widzą ja, lecz Matka nie widzi jej. Stoi przy schodach na korytarzu i płacze. W kącie palą się światełka na choince. Matka ociera łzy. Jej włosy są w nieładzie, twarz zapadnięta, ciało wychudzone. Ale to ona. Matka.
Jestem. Wreszcie jestem w domu. - szepcze stojąc na zewnątrz, obserwując i sięga do drzwi. Są już tak blisko siebie, a jednocześnie jeszcze tyle je dzieli. Lecz kiedy ma ziścić się jej cel, pragnienie traci wszystko sprzed oczu. Nie widzi nic. Ktoś ją trzyma. Na głowę założono jej ciemny worek. Do usta przyłożono coś o nieprzyjemnym zapachu. W głowie ma obraz Matki. I traci przytomność.












