Na przestrzeni blisko 200 lat istnienia fotografii mieliśmy wiele znaczących rewolucji technologicznych ale to co dzieje się w ostatnim czasie to wręcz szaleństwo. O ile rok 2016 przejdzie do historii jako narodziny matrycy 100 MPix to 2017 moim zdaniem zapisze się jako ten, w którym cyfrowy średni format zawita pod strzechy. Ok, te strzechy nadal mocno w cenie ale nie można im odmówić dostępności. Mowa oczywiście o najnowszym modelu Fujifilm GFX, bezlusterkowcu z matrycą CMOS 43,8x32,9 mm oferującą obraz 51,4 MPix.
Miałem okazję być na prezentacji tego aparatu zorganizowanej przez polski oddział Fujifilm w krakowskim studio Luma. Aparat mnie oczarował. Pracowałem już wcześniej na pierwszych lustrzankach Fuji - S2, S3 i S5 Pro i doskonale pamiętam uzyskiwane na nich fantastyczne kolory i tonacje skóry. Żaden inny małoobrazkowy aparat cyfrowy w tamtym czasie nie oferował takiej jakości obrazu. Pamiętam też wady - wyjątkowo wolny bufor, stosunkowo niską rozdzielczość i wysoką cenę. Trochę obawiałem się, że nowy GFX też będzie produktem powstałym w takiej właśnie filozofii czyli wolnym, ciężkim, bardziej studyjnym aparatem oferującym pliki o pięknej kolorystyce. Tymczasem miałem w ręku aparat wielkości małoobrazkowej lustrzanki. Lekki, odporny na wilgoć, kurz i mróz, wyposażony we wszelakie potrzebne i zupełnie zbędne nowinki techniczne łącznie z dotykowym ekranem. Oferujący całą paletę trybów symulacji filmów z oferty Fuji od VELVI przez ASTIA po ACROS. I chyba to co w tej historii najważniejsze - produkujący olbrzymi obraz o ostrości jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. To też zasługa nowej linii obiektywów zaprojektowanych specjalnie z myślą o GFXie.
Kilka prezentowanych tu przykładowych zdjęć jest wykonanych z użyciem obiektywów GF 63mm i GF 120mm Macro.
Poniżej przykładowe powiększenia 100% fragmentów zdjęcia.
Konkluzja? Zawsze byłem dość oszczędny. Teraz będę jeszcze bardziej :)