Nic nie daje poczucia fałszywego bezpieczeństwa tak bardzo jak rutyna.
Michał Gołkowski "Powrót"

seen from Poland
seen from United Kingdom
seen from United States
seen from China

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from United States

seen from Italy

seen from Iraq

seen from Russia

seen from Bangladesh

seen from India

seen from United Kingdom
seen from Germany
seen from United States

seen from United States

seen from Italy
Nic nie daje poczucia fałszywego bezpieczeństwa tak bardzo jak rutyna.
Michał Gołkowski "Powrót"
Człowiek z Zony może wyjść, ale Zona z człowieka - nigdy.
Michał Gołkowski "Powrót"
“Nic cię nie zrani, kiedy jesteś już martwy w środku.”
Michał Gołkowski "Powrót"
Bogowie pustyni (Zahred powraca)
Bogowie pustyni (Zahred powraca)
W sumie pasowałby tu tytuł: Zahred i grobowiec króla. No ale to nie Indiana Jones, co nie? Zahred co prawda nie stroni od przygód, lecz są one nieco bardziej krwawe niż możnaby przypuszczać.
Mamy tu więc misternie utkany plan objęcia władzy, ale tym razem nie jest to ślepa pogoń za śmiercią. Plan jest o tyle skomplikowany, że rozłożony jest na długie, długie lata. W tym czasie, bądź co bądź obyty…
View On WordPress
Pierdolcie się, barany. Ty pierdol jego od tylca, a on w przerwie niech ci nawali klocka na klatę. Potem możecie se wsadzić po wiechciu pokrzyw w dupę i pobiegać na czworakach, a na koniec nawzajem je zeżreć. Ale tak do końca, z łodygami. I potem się, kurwa, wymienić rzygami. Dwóch dałnów, jeden kubek, wasza mać... Dotarło czy mam wam to, pajace, narysować?
Michał Gołkowski "Powrót"
Rozrywka, apokalipsa i brutalność w czystej postaci
Jakby na twórczość Gołkowskiego nie patrzeć, ma w sobie coś magnetyzującego i… Świeżego. Nie wpada on wprawdzie na odkrywcze pomysłu i nie emanuje innowacyjnymi rozwiązanymi, ale jego narracja szybko łapie za serce i, choć mocno wulgarna i prosta lingwistycznie, barwnie i brutalnie opisuje wszystko, co znamy z popkultury. Apokalipsa świętego Jana – i parę świadomych bądź nie łypnięć do tekstów apokryficznych – jako materiał wyjściowy i oczywiście liczne przeszkody, niedociągnięcia, walki i zmagania, aby się nie odbyła. U Gołkowskiego te motywy są, lecz ich wykorzystanie i układ zaciekawiają, nie zostawiając u czytelnika smaku odgrzanego kotleta.
Góra razu pewnego postanawia, że wybiła godzina Sądu Ostatecznego i wyciąga scenariusz końca wg świętego Jana – do życia powołani zostają Aniołowie Apokryficzni, mający się całe wydarzenie zorganizować. Niestety wytyczne, choć spełnione co do joty, są niecelne, bowiem plany nie przewidywały aż takiego progresu technicznego i przyrostu naturalnego – ludzi jest po prostu zbyt wielu na staromodne metody, a ich technologia ułatwia im ucieczkę przed niektórymi wysłannikami Góry. Dlatego też następuje zmiana planów, na ziemię zstępują Komornicy, wybrani spośród ludu pomazańcy, otrzymujący konkretne zadania. Do tego ogłaszane są liczne pobory, oferujące ludziom profity za dobrowolne oddanie się w ręce aniołów. Nie można zapomnieć także o krążących tu i ówdzie niszczycielach, mutantach, potworach i inszym cholerstwie, na tle wojny sił Dobra ze Złem.
W takim krajobrazie rozpoczęła się przygoda Ezekiela Siódmego i, w zasadzie, niewiele się zmieniło – Ziemia wciąż stoi w bezruchu, gotowa na rozłupanie niby orzech, gwiazdy zdążyły pospadać jak wulkaniczny popiół, zaś jeden obóz okupuje półkulę zakrytą wiecznym mrokiem, a drugi – zajmuje ten rozjaśniony. Po ostatnich wydarzeniach, Ezekiel zostaje wysłany do Cienia, gdzie już nie będzie mógł liczyć na pomoc przełożonych. Czeka go tam wiele niespodzianek i czarnej roboty, nikt przecież nie będzie za darmo ochraniał mu tyłka – niebezpieczeństw tam zaś nie brakuje: demony, monstra, ludzie… I ogrom innych wisienek na torcie, a raczej pełnoprawnego, brutalnego nadzienia.
Gołkowski, aby nadać fabule dynamiki obrał po trosze narrację w poetyce powieści drogi – wciąż nowe lokacje, nowe postacie, nowe problemy i przeszkody, czytelnik ciągle otrzymuje coś, czego wcześniej nie było w ekspozycji. Czasem nawet ma się wrażenie rozgrywki rodem z gier – bohater napotyka wroga, dogaduje się z nim, zabija sprytnym posunięciem bądź staje twarzą w twarz, szukając sposobu pokonania. Z jednej strony to rozwiązanie gier wymagających, lecz z drugiej ileż można oglądać mordobicia… Eufemistycznie rzecz ujmując. Na szczęście – mniej lub bardziej przewidywalnych – zwrotów fabuły w powieści nie brakuje, a sukcesywne rozbudowywanie świata zawiera w sobie wyważoną dawkę informacji, które nie nużą i częściej zaciekawiają, niż wprowadzają odbiorcę na dłużyzny.
Z tego, co mi wiadomo, cykl ma być trylogią, więc nie dziwię się, dlaczego „Rewers” w niektórych miejscach cierpi na bolączki środkowego tomu. Jak wspomniałem wyżej zdarzeń spektakularnych, wyrazistych i trzymających w napięciu nie brakuje, ale czasami pretekstowe wątki jakoś nie bardzo angażują. Owszem, czyta się to szybko i przynosi rozrywkę, czytelnik bawi się wraz z intertekstualnymi mrugnięciami czy odkrywaniem malowniczych wizji Gołkowskiego, ale brakuje tu pewnej „treści”, „głębi”, kilku dyskretnie i nienachalnie wciśniętych tematów i spojrzeń do refleksji. Do tego odczuwa się niedosyt z tych, odrobinę rozczarowujących, bowiem brakuje w „Rewersie” swoistego domknięcia – jakiejś bocznej, dobrze skonstruowanej historii, która byłaby namiastką „kompletnej opowieści”.
Wydarzenia są w książce ciekawe, choć raczej nieprawdopodobne, czego nie do końca można powiedzieć o bohaterach. Ich rysy psychologiczne są często dobrze namalowane, główny bohater skrywa przed czytelnikiem parę tajemnic, ale mniej więcej odbiorca zna jego dzieje i wie, że niesie za sobą pewną historię. Jego działania nie są odcięte od przekonań, motywacji, dążeń, ani obaw – postępuje według planu i często reaguje w zgodzie z ludzkimi odruchami; nie można zapomnieć także o indywidualnych cechach, które posiada i które nie zostały wciśnięte mu na zasadzie „masz, abyś się trochę wyróżniał”. Nieco gorzej jest z postaciami pobocznymi, nierzadko będącymi wyłącznie tłem dla poczynań protagonisty, lecz zdarzają się interesujące wyjątki – choćby Azrael, postać niejednoznaczna, acz to określenie pasuje do wielu przemykających przez karty książki, co jest zasadniczo jej plusem.
Język stosowany przez Gołkowskiego nie wlicza się w poczet subtelnych, wręcz lirycznych i pełnych wysokoartystycznych metafor – taka metodyka nie przeszłaby w grotesce (spranym miksie komedii i tragedii, z elementami parodii), utrzymanej w brutalnym, bezwzględnym tonie, gdzie śmierć nie jest czymś ani wyniosłym, ani niezwykłym – zabijanie, torturowanie, okrucieństwo to w „Rewersie” profanum, codzienność. Dlatego uzasadnione wydaje się pióro proste i „soczyste”, stawiające – według zasady Rorty’ego – na pragmatyzm języka. Wysokich walorów lingwistycznych może i w utworze deficyt, za to owa warstwa zazębia się z treścią dzieła.
Druga część „Komornika” spełnia swoje zadanie – dostarcza rozrywki i nowego spojrzenia na apokalipsę, bez unikania popkulturowych klisz i drobnej intertekstualności. Akcja mknie do przodu z siłą podróży bohatera, nowe motywy atakują na każdym możliwym kroku, no i nie brakuje w utworze kilku zmyślnych zaskoczeń, przygotowanych na nieświadomych czytelników. Pewna nisza na rynku została wypełniona.
Recenzja ukazała się na portalu Kawerna.
Planuj na złe, szykuj się na najgorsze, a rezultat i tak przejdzie twoje najczarniejsze koszmary.
Michał Gołkowski "Komornik"
Apokalipsa według Gołkowskiego
„Komornik”, Michał Gołkowski
Michał Gołkowski to świeży pisarz na arenie Fandomu, mimo że na swoim koncie ma już siedem książek, a jego dotychczas największą zasługą było wprowadzenie do Polski rozrywkowej i niezwykle ciekawej serii literackiej „S.T.A.L.K.E.R.”, która weszła w skład metaserii „Fabryczna Zona”. Takim sposobem na rynku pojawiło się parę intrygujących dzieł zza wschodniej granicy, ale także rodzimi autorzy uzyskali możliwość publikacji opowieści postapokaliptycznych, chociaż nie do końca wyszło im to, co wyszło zagranicznym twórcom i w dużej mierze poszli na łatwiznę. Gołkowski jednak nieco zboczył z tej ścieżki, niedawno przyszło mu napisać powieść fantasy, lecz nie zapomniał przy tym o apokaliptycznym zacięciu.
Świat miał się skończyć. Wybiła ostatnia godzina. Plan był gotowy od przeszło dwóch tysięcy lat z nawiązką. I co? Bóg zapominał i nie zjawił się na grand finale. Dlatego Góra, najwyżsi z najwyższych, postanawia rozpocząć ceremonię Armagedonu na własną rękę, co zresztą im nie przeszkadzało. Jednak wytyczne pozostawione w Biblii, szczególnie w „Objawieniu świętego Jana”, nie przewidywały, że ludzkość horrendalnie pomnoży swoją populację, a ziemska technologia przekroczy najśmielsze przewidywania anielskiej świty. Ale cóż… jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B. I tak, szlachetna i krwawa apokalipsa spaliła na panewce, a raczej na podkowie. Bo gdy potężny Jeździec Zagłady ma ścigać motocykl na koniu, to cały imponujący anturaż traci blichtr. Niemniej dokonało się… ale nie zakończyło. Góra postanawia powołać sekcję Aniołów Apokryficznych, którzy mają dokończyć robotę, lecz tym jakoś rączek się brudzić nie chce, więc sami też organizują odpowiednią jednostkę… z ludzi. Nazwanych, jakże urokliwie, Komornikami. Mniej więcej w takich okolicznościach Ezekiel Siódmy dostaje propozycję niemal nie do odrzucenia, zwłaszcza, gdy żona jest święcie przekonana, że to robota dla niego.
Brzmi niezwykle ciekawie, nieprawdaż? Owszem, treść – mimo kilku drobnych wad i dwóch-trzech większych – stanowi miłą alternatywę od przeważnie sztampowych, nierzadko niedopracowanych i prefabrykujących opowieści z mainstreamu postapokaliptycznej literatury (naturalnie, niemało jest również perełek). Jednak przy wgłębieniu się w historię nie raz czytelnik doznaje uczucia déjà vu. Primo, motyw nieobecności Boga w charakterze materialnym znakomicie spisywał się w utworach Kossakowskiej spod znaku „Zastępów Anielskich”, choć Gołkowski i stylem, i wyrazem tekstu do pięt autorce nie dorasta. Secundo, już widzieliśmy anielskiego cyngla, chłopca na posyłki i od czarnej roboty w „Kłamcy” Ćwieka, a i ten prozaik stoi jeszcze parę pięter nad stalkerskim pionierem. U Gołkowskiego przejawia się to w postaci Komornika, człowieka objętego ochroną i przywilejami, który musi spełniać brutalne zachcianki anielskich przełożonych. Nikt wszak nie zabroni autorowi operować owymi motywami, tylko podobieństwa są znaczące, acz w „Komorniku” mają nieco odmienny charakter, choć mniej więcej ten sam cel. Jednak ideologia dwóch wyżej wspomnianych pisarzy jest bardziej rozbudowana, ma za sobą poważne zaplecze oraz przejawia się w przesłaniu, u Gołkowskiego jest zgoła inaczej, bo większość – a niewiele póki co tego jest – zostaje nam podana wprost, być może to chwilowa zmyłka prozaika, pożyjemy zobaczymy. I dlatego – na razie – trzeba spoglądać na dzieło autora jako niezobowiązujące czytadło, czysto rozrywkowe. W takim wariancie, okrojonym z głębszych warstw, książka spisuje się znakomicie i dostarcza przyjemności z czytania, a czytać o czym jest.
Stylowo Gołkowski nie odstępuje od tego, co prezentował w „Drugim Brzegu” czy „Drodze donikąd” – szafuje prostym językiem, urozmaicając go od czasu do czasu niewybredną metaforą, a nierzadko serwuje fragment ordynarny czy obrazoburczy, ale w tym wypadku, dodaje to wyłącznie autentyzmu światu przedstawionemu. Światu, przesiąkniętemu na wskroś nienawiścią, brutalnością i okrucieństwem. Makabra, turpizm i groteska to trzy filary, na których podpiera się portret snutej opowieści, co w efekcie końcowym sprawia, że dzieło ma wyraz makabreski, a słownictwo tylko umacnia w takim przekonaniu. Notabene, wiele hiperbolizowanych aspektów ma wydźwięk satyry, ale niektóre aspekty wyzbyte są bądź stoją na naiwnych konstruktach. Nie można jednak powiedzieć, że wszystko już było, bo Gołkowski wpadł też na kilka swoich – może nie skrajnie innowacyjnych – pomysłów, jak zatrzymanie Ziemi, czego skutkiem jest globalne ocieplenie na jednej półkuli, oraz epoka lodowcowa i dni mroku na drugiej.
Warto także bliżej przyjrzeć się kreacjom bohaterów, Ezekiel Siódmy, Komornik, pierwsze skrzypce, osoba, która powinna być personą poważaną, stanowczą, twardą i bezwzględną, a cały ten rysunek psuje fakt, że to niezwykła gapa. Czasami jego niezdarność przyprawia o niechęć. Owszem, postacie z rysami, wyraźnymi wadami są bliższe czytelnikowi, co pozwala między innymi się z nimi identyfikować, ale bez przesady. Inną kwestię stanowią aniołowie – sztywniacy, którzy naturalnie na swoim stanowisku muszą trzymać pewien fason, acz nie znaczy to wcale, że mają być szyte na jedną miarę, jawić się groteskowo (co nie jest wadą), a przy tym pretensjonalnie (to już tak). I dochodzi do tego także ich modus operandi – czyli działanie mechaniczne i do przewidzenia. Na szczęście, odrobinę lepiej jest z sylwetkami przewijającymi się w tle oraz na trzecim planie. Czasem potrafią zaciekawić, czasem, ponieważ szybko – nomen omen – tracą głowę.
Sięgając po „Komornika”, sięga się mimo wszystko po dobrą rozrywkę. Brutalną, groteskową, ordynarną i pełną sprzeczności. Fabuła jest co prawda prostolinijna, niewyszukana, miejscami przewidywalna oraz prowadzona chaotycznie, ale Gołkowski stara się jak może, aby czytelnik się nie nudził, dlatego co i rusz rzuca mu ciekawe, pełnokrwiste ochłapy – sceny, które zapadają w pamięć. Czyta się szybko. Natomiast ironii, goryczy i czarnego humoru ci w „Komorniku” dostatek. Zastanawiam się tylko, czy to właśnie nie one sprawiły, że powieść ostatecznie jest odbierana pozytywnie.
Na koniec drobna uwaga: odradzam tę pozycję osobom wrażliwym na wszelakiego rodzaju obrazoburstwa, ponieważ podczas lektury uczucia religijne nie raz mogą być poddawane ciężkiej próbie.
.
Recenzja dostępna także na portalu Kawerna.