ŚWIAT NIE WIERZY ŁZOM – O FESTIWALU SZTUKI EFEMRYCZNEJ „KONTEKSTY” W SOKOŁOWSKU.
Mikołaj Sobczak
Napisać o festiwalu z perspektywy jego gościa. Jest to wyzwanie, które od początku ma w sobie jakąś nieetykę, niemoralność.
Kiedyś przeczytałem coś podobnego, w takiej małej – fajnej, ale drogiej książeczce, na półeczce w warszawskim Piktogramie:
„Jeśli jesteś kuratorem i artystą, nigdy nie pokazuj swoich prac na wystawie, którą kuratorujesz”.
Było to napisane po angielsku, więc myśl uniwersalna, ponad narodami; było w galerii, więc myśl została uznana za obowiązującą w świecie sztuki; było w książce, a więc jest wiedzą.
Rozszerzając ten ciąg myślowy, czy wypada mi napisać o Festiwalu Sztuki Efemerycznej „Konteksty” w Sokołowsku, gdzie byłem zaproszony razem z Justyną Łoś (czyli w duecie Polen Performance), jako oficjalni goście?
Otóż, zgadza się. Jest to dalece niemoralne i nieetyczne, abym ja, który skasowałem za występ 1098 zł honorarium, do tego koszty zakwaterowania, codziennie obiady, śniadania, no i koszty podróży w obie strony (w tym raz Pendolino), napisał cokolwiek negatywnego.
Dlatego nie napiszę. Dałem się przekupić. Kocham honoraria i kocham bufety szwedzkie, za które nie płacę. Kocham talerze tak pełne, że nie mogę ich donieść do stolika. Kocham hotelowe pokoje, z których po prostu wychodzę zostawiając kluczyk w drzwiach. Bez faktury, bez „żegnam, dziękuję”. Kocham śniadania, na które przychodzę nie w czas, ok 12:00, takie że robią je specjalnie dla mnie. Do wyboru: parówka z wody, jajecznica, bukiet wędlin, pomidor, ogórek, rogalik, bułka, kawa, herbata, sok. Można przechytrzyć system i tak jak ja – brać po prostu wszystko. Wtedy stół jest pięknie zastawiony, a organizm zbiera siły na dwukilometrową podróż z Edenu – hotelu, w jakim zakwaterowano Polen Performance, do Sokołowska – centrum wydarzeń.
1.
Dzień po dniu, noc po nocy, wieczory bezradne, dużo dżointów, których nie paliłem ze strachu. Domykając temat towarzyski – dużo small-talk’ów, takich wypowiadanych głosem uduchowionym, filozoficzny, takim… Kurczę, przemądrzałym, jak u studenta pierwszego roku z indeksem pełnym piątek plus. Small-talk’ów jak ten z długowłosym, brodatym kolesiem, który ma dwadzieścia pięć lat, mieszkał w Berlinie, a teraz zdaje na filozofię po angielsku i japońsku na UW, bo wiecie – jak dla Was, to jego poziom angielskiego jest „native speaker”. Powinno, więc tak być, że cokolwiek on powie, to ma rację, bo opiera się na filozofii oraz intelektualnym rozbuchaniu, jakiego nie pomieściła Polska (bo koleszka planuje wyjazd do Japonii. Jak nie na studia, to żeby pobyć mnichem Zen).
Wszystkich wątpiących w ten tekst, muszę rozczarować. Nie wymyśliłem tej postaci. Nie przerysowałem jej, żeby ukazać Wam klimat small-talk’ów z Sokołowska. Nie buduję metafory. Ten koleś istnieje i ze mną gadał. W przerwach między swoimi opowieściami o tym, że ludzie negatywnie reagują na performance, skręcał papierosy i sępił wino po okolicznych stolikach.
I TERAZ OBNAŻĘ STRUKTURĘ TEGO TEKSTU (CAŁĄ POWYŻSZĄ RESZTĘ TRKATUJCIE JAK WSTĘP).
Zdecydowałem się napisać o „Kontekstach”, czyli tym jednym z niewielu festiwali performance w Polsce, jako zbiór opinii osób, które tam były – niektóre ciałem, inne duchem, a jeszcze inne obiema tymi substancjami. Tym retorycznym sposobem uniknę odpowiedzialności za spisane słowa, opinie.
Wróćmy do Jezusa Chrystusa – mojego interlokutora, który właśnie wrócił z marnie wypełnioną szklanką wina oraz głową pełną samoświadomości. Mówi mi coś takiego: jego denerwuje, iż w Polsce (czyt. tym barbarzyńskim, głupim kraju z Disco-Polo), ludzie myślą o performance, „że coś się musi dziać.”
„Zaraz, zaraz… - mówię - Ale wiesz, według mnie performance to działanie. Jakby bez tego ani rusz, więc nie dziwi cię chyba, kiedy ludzie oczekują, iż COŚ SIĘ ZADZIEJE.” – mówię jako specjalista, dyplomowany magister sztuki, praktykant sztuki performance, namaszczony przez Zbigniewa Warpechowskiego i Akademię Ruchu. Sorry, że tak się tu wtrącę, ale tylko dodam dygresję, przepraszam.
DYGRESJA
Po naszej („naszym”, czyli Polen Performance) akcji zatytułowanej „Thank you for performance”, gdzie gadaliśmy, paliliśmy i śpiewaliśmy (dokumentacja będzie na TVP Kultura, a i my coś puściliśmy na Instagramie), Warpechowski siedzący w pierwszym rzędzie, poprosił, żebyśmy podeszli do niego ze sceny, po czym przytulił nas, pocałował. Kuratorka festiwalu – Małgorzata Sady zinterpretowała to jako „namaszczenie przez mistrza”. Ten sam gest powtórzyła Akademia Ruchu, więc wychodzę z założenia, że teraz to już się znam/umiem.
KONIEC DYGRESJI
I ten chłopak, jak mu mówię, że performance to działanie, nagle się wzdryga, że jak to? Że po co działanie? Że po co myśleć, że coś musi się dziać? Że tyle jest negatywnych reakcji! Że performance to tak trzeba przyjąć po prostu i nie pytać się, co robić. No to bang – strzelam mu prosto między oczy:
„Skoro tak twierdzisz, to po co przytuliłeś jedną performerkę, jak się na ciebie spojrzała, w trakcie swojej akcji”.
„No, przytuliłem ją, bo uznałem, że to będzie coś pozytywnego, że przełamię tę negatywną sieć działań innych. Poza tym ona mnie wybrała. Przemówiła do mnie wzrokiem. Zastanawiałem się, czy to dobre, że chcę wejść z nią w interakcję, ale pomyślałem – nie myśl, liczy się chwila.”
Pożegnałem się z nim. Życzyłem mu wszystkiego dobrego w Warszawie, bo to naprawdę fajne miasto i może znajdzie kogoś, kto ulży mu w tym pączkującym zadęciu i wierze, że sztuka to musi być taka poważna, smutna, przyjęta na chłodno, a teatr Grotowskiego można jeszcze przywrócić.
2.
Zagaduje mnie taka dziewczyna w okularach. Ma bardzo brytysz akcent. Mówi, że robi doktorat o festiwalach performance i dlatego tu przyjechała. Debatując o edukacji artystycznej, dochodzimy do miejsca, gdzie ma się odbyć kolejne działanie – nota bene poświęcone zmarłemu profesorowi gdańskiej ASP. Miejsce: Prosektorium. Buntuję się, gdyż towarzyszy mi świadomość, iż składowano tu prądkujące zwłoki gruźlików przez ponad sto lat. We wnętrzu prosektorium, czy tam kostnicy, przy świecach, artystka ubrana na czarno macza patyki w korycie wypełnionym równie czarną farbą i potem je związuje suknem. Tłumaczy to tak, że te znaki jakie robią zatopione w czerni patyki, są literami języka, używanego przez nią do wypowiedzenia tego, co niewypowiadalne. Sztuka smutna, raczej nostalgiczna, niewesoła, nieenergatyczna, taka żeby pokiwać głową, pocmokać ustami: no że tak, że są takie niewypowiedziane rzeczy, jak motyle w brzuchu, czy smutek na pogrzebie i te kije, te farby. No ale… Rozpisuję się, jakbym cokolwiek widział, a przyszedłem tylko na moment, jak artystka zdmuchnęła świeczki, a ktoś powiedział, że to koniec. (Opis performance sporządziłem na podstawie zeznań świadków oraz samej autorki, podczas śniadania, więc może być nietrafiony). Nagle, ociemniony, wychodzę z tej kostnicy, potrącając ramieniem dziewczynę owiniętą takim pomarańczowym polarowym kocem. I ona do mnie mówi, chyba zwabiona moją szczerą miną:
„Wiesz, ja zawsze wiedziałam, że sztuka jest dziwna, ale to co zobaczyłam tutaj rozjebało mi mózg. Teraz jedyne czego chcę, to wrócić do mojej Nysy.”
Powiedziała wolontariuszka z Nysy. Wolontariuszka, czyli osoba, która z własnej nieprzymuszonej woli, kochając sztukę, będąc ciekawą co to ten performance właściwie jest, przyjechała do Sokołowska, aby być w centrum wydarzeń. Wróci z rozjebanym mózgiem.
PYTANIE: Rozjebanym, ale czym? Chyba nie tą marihuaną tak namiętnie paloną przez miejscowych? Czy naprawdę przedstawione podczas „Kontekstów” – działania (tak, kolego-filozofie, DZIAŁANIA!), były na tyle silne, rytualne, transformujące, aż dziewczynie pomieszało zmysły?
DYGRESJA OSOBISTA
Osobiście odebrałem je jako zestaw klisz, jakimi zaczęto się posługiwać, myśląc o „performance-art”. Trochę, jakby festiwal w Sokołowsku uznać za mały słowniczek sztuki efemerycznej. A więc, pod hasłem kostium zobaczymy ciemne stroje, szaty żałobne, smutne, pogrzebowe. Buty lepiej ściągnąć, bo bose stopy można efektownie poranić o potłuczone podczas akcji szklanki, albo równie atrakcyjnie przybrudzić, zebrać na nich świadectwa PROCESU. Szukając hasła muzyka, lub dźwięk dostalibyśmy raczej ciszę, niosącą w sobie oczekiwaną powagę; albo dźwięki wzniosłe, patetyczne, jak z jakiegoś filmu o płynącym gigantycznym okręcie, przez puste, spowite nocą oceany. Ale raczej dominuje cisza. A cisza znaczy WAŻNE. Potem można też sprawdzić takie hasła jak poważna mina, poważne wolne ruchy, poważne rozkazy, poważne symbole (chleb, kamień, woda). Wszyscy robią wszystko, aby w tej atmosferze przygasłego kurortu, zamiast dodać energii, rozpalić ruiny, przywrócić utracony dźwięk bawarskich przyśpiewek kuracjuszy, jeszcze bardziej to miejsce przygasić, posypać popiołem, zamalować na czarno, zadeptać, jak niechcianego peta, który przyprawił o mdłości zmęczony organizm. Piękna metafora, co? W każdym razie, nie kumam, nie kupuję, a co najważniejsze – nie rozumiem, dlaczego zwłaszcza ci młodzi artyści, którym się przecież jeszcze chce chcieć, idą w stronę trenu rytmem marszu żałobnego. Dlaczego nikt, widząc ruiny nie myśli o śmiechu, nie myśli, żeby tchnąć w tę przestrzeń życie, zamienić je w jakąś odlotową dyskotekę? Nie… Artyści poddają się światu, poddają się przestrzeni, rezygnują świadomie z wyobraźni na rzecz resztek ceglastych murów. Wydaje im się, że płacząc pod ścianą płaczu stworzą dzieło dobre, wartościowe, bo poważne. Prosta kalkulacja. Zbyt prosta. Nie, nie, nie.
Z doświadczenia Wam powiem, że nie. Tam gdzie wojna i gruzy przede wszystkim brakuje śmiechu.
„Świat nie wierzy łzom, bo za dużo jest na tym świecie łez.” Może nie lubicie Disco-Polo, ale musicie polubić zawartą w nim prawdę, żeby zrobić krok dalej. Lepszy krok. Do zakochania (w sztuce) jeden krok.















