Ciekawych relacji z ostatniego dnia Kontekstów zapraszam na stronę: http://magazynszum.pl/krytyka/natura-performensowi-szkodzi
Karolina Plinta
PS Czy ten blog to był performans? ;)

JVL
styofa doing anything

pixel skylines

ellievsbear

if i look back, i am lost
TVSTRANGERTHINGS

祝日 / Permanent Vacation
Game of Thrones Daily

Origami Around
sheepfilms
art blog(derogatory)
todays bird
AnasAbdin
Sweet Seals For You, Always

Kiana Khansmith
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
One Nice Bug Per Day
Show & Tell
Jules of Nature

Discoholic 🪩
seen from United States

seen from United States

seen from Germany

seen from Japan

seen from Finland

seen from United Kingdom

seen from United Kingdom
seen from United Kingdom

seen from Türkiye
seen from United States
seen from Philippines

seen from United Kingdom
seen from United States

seen from Mexico

seen from United States
seen from Belgium

seen from Singapore

seen from Hungary

seen from Brazil
seen from Russia
@sokodeluxe
Ciekawych relacji z ostatniego dnia Kontekstów zapraszam na stronę: http://magazynszum.pl/krytyka/natura-performensowi-szkodzi
Karolina Plinta
PS Czy ten blog to był performans? ;)
“W hołdzie funduszom z Unii Europejskiej”, czyli performans Mieczysława Litwińskiego.
Halo, czy kogoś obchodzi tu sztuka?
Starość jednak nie jarość, pomyślałam sobie na przerwie pomiędzy jednym performansem a drugim. Wczorajszy dzień minął zaskakująco gładko, do tego stopnia, że razem z resztą kolegów krytyków zaczęliśmy zastanawiać się, dlaczego na tym festiwalu jest tak spokojnie. Wszystko idzie (prawie) zgodnie z harmonogramem, artyści grzecznie dopasowują się do ram wyznaczonych przez organizatorów, a podczas występów publiczność zachowuje się jak w kaplicy. No dobra, czasem niektórzy artyści tracą tu kontrolę nad sobą, a raczej nad swoimi wystąpieniami, jak to wyszło w przypadku Mieczysława Litwińskiego. Podczas swojego muzycznego performansu mocno go poniosło, zatracony bez reszty w muzyce nie zauważył znaczącego upływu czasu i jego działanie, delikatnie mówiąc, stało się chaotyczne i dezorientujące dla publiczności. Muszę jednak przyznać, ze koniec końców jego akcja okazała się mieć ciekawy instytucjonalny podtekst - w jej drugiej części Litwiński odegrał razem z grupką warsztatową koncert na budynek sanatorium, a konkretnie jego odnowioną część. Zakładam, że to wystąpienie miało być hołdem dla funduszy z Unii Europejskiej, dzięki którym możliwy był remont obiektu. Owo interesujące znaczenie dodatkowo podkreślał fakt, że młodzi pomocnicy Litwińskiego pochodzili z krajów UE.
Litwiński to jednak wyjątek potwierdzający regułę - performerzy występujący na festiwalu zachowują się zaskakująco karnie i zastanawiam się, dlaczego tak jest. W końcu są performerami, mogliby coś wymyślić, rozbić porządek zaproponowany przez organizatorów i zaproponować wspólnotową autorefleksję o tym, co właściwie się tu dzieje. Po co są te performansy, za kogo uważają się artyści i o co im chodzi? Mam wrażenie, że tutejsze towarzystwo mało o tym myśli, ale jak zauważyła dzisiaj przy śniadaniu Bettina Bereś, dzisiaj w ogóle mało mówi i myśli się o sztuce. Może dlatego, że wszystko w tej kwestii zostało już wypowiedziane, a co można było przekroczyć, to zostało przekroczone? Ludzie więc nie dyskutują, ochoczo za to plotkują, i ja na przykład (jako dziecko swoich czasów) swoją działalnością dostarczam im wody na młyn. Jeśli więc zastanawiacie się, dlaczego robię to co robię i psuję niektórym beztroską zabawę na festiwalu kalumniami, to odpowiedź jest prosta: takie czasy, tylko to was interesuje.
Wczorajszy dzień znów upłynął w cieniu weteranów. Zaczęło się od akcji Alastaira MacLennana, tegorocznego patrona festiwalu i legendy performansu. MacLennan zrobił to, co mniej więcej zawsze robi, był to więc typowy performansowy gotowiec. Intrygującym punktem programu był występ Caroline Bagnall, amatorki, która znalazła się w Sokołowsku pewnie dlatego, że jest dobrą znajomą kuratorki. Nie obyło się też bez silnej reprezentacji samych swoich, czyli występu Ewy Zarzyckiej (nie narzekam jednak, w końcu to prawdziwa znakomitość), kolejnej projekcji filmów Józefa Robakowskiego czy zabawnej akcji Akademii Ruchu. Była nawet Łódź Kaliska, która urządziła projekcję swojego filmu “Burning man”. W skrócie można powiedzieć, że był on o trójce podstarzałych panów, którzy wybrali się na festiwal na pustyni w Północnej Newadzie, by tam łowić talenty do swojej dokumentalnej opery. Talenty to oczywiście cycate kobiety, których akurat tam nie brakowało. Był to niewątpliwie pokaz tylko dla wytrwałych, nie wszystkich bowiem zachęca widok nudystów 50+ w koszulkach z napisem “Polska”. Dodatkowym wyzwaniem był czas trwania filmu, na moje oko o jakieś pięć razy za długi.
Taka kumulacja przyjemności nieustannie skłania co poniektórych obserwatorów do fantazjowania na temat idealnego performansu, który mógłby odczarować sokołowską sytuację. Pojawiły się już nawet ciekawe propozycje, których realizacja faktycznie mogłaby się okazać rewolucyjna. Pomyślcie na przykład, co by było, gdyby wszystkich uczestników festiwalu (oczywiście w takim składzie co zawsze) zamiast na scenę wysłać po prostu do jednego z działających tu sanatoriów na zabiegi? A więc zamiast performansów były by maseczki, masaże i kąpiele lecznicze, albo wyprawy do lasu z kijkami. Wiadomo w końcu, że głównym założeniem festiwalu jest spęd towarzyski, więc na dłuższą metę nie musi mu przecież towarzyszyć sztuka. Tym bardziej, że, jak przypomnę, ta już dzisiaj nikogo nie obchodzi.
Alternatywny woziwoda sokołowski (jego tożsamość artystyczna nie jest zidentyfikowana)
Perspektywa pokoleniowa
Jak właściwie żyją performerzy? Zaczęłam się nad tym zastanawiać już jakiś czas temu, kiedy jeździłam do Zielonej Góry na performansy młodych artystów. Jeden z nich podczas rozmowy dokładnie mi opisał, jak wyglądało jego życie na studiach i obecnie, i szczerze, szybko zaczęłam mu zazdrościć. Ogarnięty performer bowiem zajmuje się podróżowaniem od festiwalu do festiwalu, żyje z wynajmu swojej osoby (czy też usług performerskich) i zalicza kolejne punkty na mapie świata. Jest turystą i permanentnym festiwalowiczem, bywa, że słabo obznajomionym z kontekstem w jakim przychodzi mu działać. Na imprezy jeździ jednak ze stałym repertuarem akcji, które odtwarza po prostu w różnych konfiguracjach. Są oczywiście artyści, którzy podchodzą do sprawy bardziej ambitnie, ale wydaje mi się, że opisany wyżej schemat jest pewną normą. Normą, która potwierdza się też znakomicie w Sokołowsku. Niektórzy siedzą tutaj przez cały festiwal i świetnie się bawią, inni przyjeżdżają na dwa dni, “odgrywają swoje” i natychmiast pakują się do samolotu. Nie wiem w zasadzie co wynoszą z takich wizyt. Czy wynagrodzenie jest tak wysokie, że warto? No i ile można działać w ten sposób? To oczywiście pytanie retoryczne, bo życie turysty jest przecież bardzo przyjemne, inna kwestia co z tego właściwie wynika dla sztuki.
Performerzy się bawią, a co robią krytyczki? Czasem same nie wiedzą, ja na przykład wczoraj po południu zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam niczego, co się wydarzyło przed obiadem (późnym, więc w zasadzie zapomniałam o wszystkim, co wydarzyło się przed 17). Byłam na jakiś performansach pewnie, ale jakich? Kto tam występował? Co robił??? Nie pamiętam, ale proponuję potraktować to jako komunikat na temat co poniektórych akcji tutaj. Czuję się z resztą dziwacznie, bo co chwila okazuje się, że jakaś praca jest powtórką tego samego z poprzednich edycji, mam więc wrażenie, że przeżywam coś, co już dawno temu zostało przeżyte, a teraz jest tylko odtwarzane na replay’u.
Bardziej zapadające w pamięć wydarzenia miały miejsce wieczorem. Za zabawianie gości festiwalu zabrała się bowiem stara gwardia w postaci Józefa Robakowskiego, który urządził pokaz filmów ze swojego archiwum. Prezentował dokumentacje performansów innych artystów, które wykonał w przeszłości - Partum, Zarzyckiej, Bałdygi i Knaflewskiego. Przyznam, że wyszło to ciekawie, jednak klimat zrobił się mocno wspominkowy i insajderski, kolega kolegom składający ukłony i ogólne wzdychanie jak to kiedyś było, a teraz wiadomo, jest radykalnie gorzej.
Po wieczorku celebracji historii nastąpiła chwila dla młodych - wystawa w domku Guja przygotowana przez Tomka Pawłowskiego, który ponoć na pomysł jej zrobienia wpadł przy śniadaniu, a w nocy zapraszał już na otwarcie. Nawet zabawnie mu to wyszło, bo postanowił odnieść się do pracy organizatorów festiwalu, a prowizorycznej wystawie towarzyszyły jeszcze jednominutowe performansy kilku osób. Przede wszystkim była to jednak okazja do kolejnej imprezy i przystanek przed akcją Karoliny Breguły, zaplanowaną na godzinę drugą w nocy.
Powrócę jeszcze na chwilę do pokolenia zasłużonych, ponieważ to oni jednak nadają tempo wszystkiemu, co się tutaj dzieje. Wczoraj także udało mi się wreszcie skonfrontować ze starszyzną i szczerze, chyba czekałam na to od początku. Poniekąd nawet to spotkanie przekroczyło moje oczekiwania, ponieważ szybko okazało się, że pan Józef świetnie wie kim jestem i oczywiście nie ma o mnie najlepszego zdania. W końcu sprzedałam się i weszłam w układ ze złymi, w związku z czym nie piszę już nic ciekawego. No i przede wszystkim, skrytykowałam w jednym z tekstów Ryszarda Waśkę, co było czynem niegodnym i zamachem na klasyka. Jak można bowiem jego przełomową twórczość nazwać NUDNĄ??? Z mojej perspektywy można, ale wiadomo, że jest to perspektywa pokoleniowa, trudna do zaakceptowania dla kogoś, kto do tego pokolenia nie przynależy. Nie dziwi mnie więc oburzenie, ale swoją drogą, było coś niezwykle znamiennego w tym widoku klubu starszych, skandującym z niesmakiem “nudne, nudne, co to za słowo?!?”. Nie będę już tego komentować, powiem tylko, że Ewa Zarzycka w międzyczasie zdążyła zasnąć.
Nie pozostawało więc nic innego, jak zostawić ich samym sobie i pójść na performans Karoliny Breguły. A ten był naprawdę super, Karolina urządziła w lesie ścieżkę historii performansów pokazywanych na Kontekstach. Każdy musiał ją przebyć samotnie, idąc przez las pogrążony w ciemności i od czasu do czasu spotykając na drodze jakąś postać, np. performerkę rąbiąca drewno (tribute to Bereś). Na końcu zaś czekał poczęstunek i tak można było ten dosyć dziwny dzień ładnie zakończyć.
Marcelo Zammenhoff jako czarodziej i duet VestAndPage
Samolubna dziedzina
Czasami zdarzają się sytuacje, kiedy ja, jako krytyczka, czuję się zobowiązana do usprawiedliwiania sztuki przed oskarżeniami niezadowolonych amatorów (cokolwiek się kryje pod tym hasłem). Wiem, w moim przypadku pewnie to brzmi niewiarygodnie, ale jednak mam już za sobą konfrontacje, które wymagały ode mnie okopania się na pozycji “krytyczki systemowej” i wydaje mi się, że jeśli chce być się krytykiem to jednak trzeba w pewnym momencie zacząć to robić. W przeciwnym razie po prostu nie warto być krytykiem, jeśli samemu nie akceptuje się sztuki współczesnej lepiej od razu zająć się inną aktywnością i mieć spokój, a kto wie, czy i przy okazji nie większe zarobki.
Jednak w przypadku performansu, szczególnie takiego w sokołowskim wydaniu, sprawa wydaje się dużo bardziej skomplikowana. Odbywa się bowiem tutaj coś, co czasami wypadałoby określić jako przyciężkawy pokaz nabrzmiałego ego artystów, bez którego świat mógłby doskonale się obyć.
Zgodnie z obietnicami organizatorów, wczorajszy dzień przyniósł cały wachlarz ekstremalnych wrażeń. Zaczęło się umiarkowanie emocjonująco, od przynudnawych filmów w kinie i wykładu Roba La Frenaisa, który swoich słuchaczy zaprowadził na koniec nad okoliczne bajoro i zachęcał do kąpieli. Niektórzy się na to zdecydowali i śladem artysty zagrzebali po uszy w błocie (miodzio). Pociesznie i babciowato wypadł performans Joanny Krzysztoń i Grzegorza Rogali, którzy rozwieszali na linkach wyprane szmatki z nadrukami fotografii, zrobionymi “ostatnim promieniom jesiennego słońca”. Całkiem niezła była za to instalacja Kuby Bąkowskiego “Czerwony kur”, przedstawiająca orła sikającego wodą. Było to jednak dopiero preludium do hardkoru, który nastąpił wraz z występem duetu VestAndPage (Verena Stenke i Andrea Pagnes). Bez przesady można stwierdzić, że para wykorzystała większość motywów charakterystycznych dla klasycznego performansu: było więc cięcie się, bieganie po szkle, zabawy z ogniem, rytualne palenie książki, przemoc czy konstrukcje z rajstop i woreczków z wodą. Główną rolę odgrywał oczywiście mężczyzna-performer, pochłonięty kolejnymi aktami samookaleczenia i mistycznymi rytuałami. Jego partnerka, zepchnięta trochę na drugi tor, przechadzała się wokół niego w przebraniu epatującym dziwaczną cielesnością, a na koniec troskliwie przemyła mu rany i wlała swoją ślinę do ust.Cały spektakl robił wrażenie, ale jednak czuło się anachroniczność tego wydarzenia, jego zanurzenie w estetykach z lat 90. i właściwie konserwatywność tego wszystkiego. Przyglądając się biegającemu po szkle Pagnesowi pomyślałam także, że takie publiczne udręczanie siebie musi sprawiać mu dużą przyjemność. Niby krew i ból, ale jednak rosnące samozadowolenie, gęstniejący w powietrzu patos, adrenalina napływająca do mózgu i ekstaza. On w centrum, taki uwznioślony i świetny, a publiczność patrzy, podziwia guru. A on, w przypływie dobroci, rozdaje gawiedzi swoje prace, czyli rysunki malowane własną krwią. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy...
Na klatce piersiowej Pagnesa zauważyłam, poza nowymi nacięciami, siatkę starych blizn po poprzednich akcji. Założę się, że jest to jego ulubiony trik i niewykluczone, że jest od niego uzależniony. Robi tu głównie dla siebie, publiczność traktując przedmiotowo, jako kolejny element pobudzający.
W tym kontekście znakomitym podsumowaniem wieczoru był karkołomny performans Marcelo Zammenhoffa, który też wcielił się w postać zbawiciela-szamana. W tiarze czarodzieja, otoczony zielonymi laserami i rozrzucający z wieży sanatorium fajerwerki, próbował odegnać złe duchy z Sokołowska. Przy okazji prawie podpalił budynek i dostał porządny opiernicz od organizatorów, którzy czego jak czego, ale ponownego pożaru sanatorium pewnie by nie przeżyli. Ja jednak czuję cień sympatii dla tego projektu, choćby z tego względu, że był zrobiony głównie dla beki, i taki rodzaj kreacjonizmu potrafię jeszcze przełknąć.
A później wieczorem były jeszcze tańce, hulanki, bębny i skrzypeczki (nie, ja nie tańczyłam, hipisowskie klimaty zawsze budzą moją nieufność), oraz zespół “Psie kłaki” z Wrocławia, których nikt tutaj nie zaprosił, a nawet sugerowano im rezygnację z podróży, ale oni jednak bardzo chcieli wystąpić i to zrobili, bez względu na wszystko.
Sokołowsko, początek Kontekstów. Chłopcy prezentują ręcznikowe prace Magdaleny Kity
W oczekiwaniu na ekstremum
Jeśli zastanawiacie się co, jak i czemu, już wyjaśniam - stojąc przed wyzwaniem ponownego zmierzenia się ze sztuką performans, stwierdziłam, że nie ma sensu tworzyć sążnistych analiz na temat, ani tym bardziej starać się odczytać intencje artystów pogrążającego się w metafizycznych doznaniach (tym bardziej że te nigdy nie były moją specjalnością). Jestem w końcu w Sokołowsku, na festiwalu Sztuki Efemerycznej Konteksty, grono zaproszonych gości jest, powiedzmy delikatnie, specyficzne, panuje wakacyjna atmosfera - pora więc na wakacyjną krytykę, a właściwie kronikę sokołowskich wypadków efemerycznych.
Do Sokołowska przyjechałam wczoraj, a podroż tutaj była jak wycieczka ze świata rzeczywistego na plan typowego filmu poświęconego polskiej degrengoladzie. W Wałbrzychu zresztą kręcono słynne “Sztuczki”. Samo Sokołowsko to skansen, zapomniana przez współczesność enklawa architektury uzdrowiskowej z XIX wieku upiększona PRLowskimi mozaikami, malowidłami ludowymi i archaicznymi szyldami. Są tu dwa sklepy spożywcze, jedna kawiarenka i sklep ze starociami, a także dużo zapuszczonych willi. Główne senatorium spłonęło w 2005 roku, są za to inne przybytki lecznicze, więc kręcą się tu nieliczni kuracjusze. Jedni żwawi, z kijkami do nordic walking, inni już mocno przymuleni, na wózkach, tępo wpatrujący się w leśną gęstwinę. Dodatkową atrakcją są tablice upamiętniające Krzysztofa Kieślowskiego, który miał być częstym gościem w Sokołowsku, ponieważ jego ojciec był suchotnikiem. No więc co krok można się dowiedzieć: “Tu był...”, “Tu siedział...”, “Tu wynajmował...”, “Tutaj kawę pił...”, “Tu nogi mył...” i tak dalej. Jest też rondo Kieślowskiego z dokładnym opisem jego zmagań z ojcowską gruźlicą.
Na sam początek przyjazdu zawał serca, bo internet w smartfonie nie działa, podobnie z resztą jak internet mobilny na laptopie. Jak żyć? Szamotanina, bieganie w ukropie i w końcu zrobienie kilku pierdół zajęło mi trzy godziny, wyrobiłam się w sam raz na początek festiwalu. Przed kinem “Zdrój” spory tłumek gości, wszyscy smażymy się na słońcu i czekamy. W końcu wpuszczają do środka i zaczyna się seans filmowy. Festiwal otwiera uwertura Zygmunta Rytki, artysty i współzałożyciela fundacji InSitu. Film jest melancholijny, o przemijaniu i wodzie (temat przewodni tego festiwalu), estetycznie kojący. Niezbyt długi, więc można go jeszcze przełknąć. Gdyby na tym się skończyło to byłoby nieźle, jednak zaraz po nim następuje długa przemowa Małgorzaty Sady, urozmaicana dość osobliwym performansem Magdaleny Kity, która kazała kilku młodym chłopakom paradować po sali w ręcznikach z malunkami jej projektu. Po przemowie zaczyna się godzinny film Alastaira MacLennana i Sandry Johnson. Bardzo medytacyjny i nieruchomy, więc po kilku minutach buddyjskich buczeń oczy samoczynnie zaczynają mi się zamykać. Staram się jakoś trzymać fason i jednak nie zasnąć, ale szybko dostrzegam że mój sąsiad już śpi, podobnie jak kilka innych osób. Budzą nas dopiero oklaski i artysta pojawiający się na scenie. Wszyscy chyba mają już dosyć, ale prowadząca spotkanie Małgorzata Sady nie daje za wygraną i przepytuje MacLennana z różności. Ja jednak nie wytrzymuję i idę za głosem żołądka, do spożywczego kupić sobie ostatniego pączka w ofercie tego przybytku.
Miałam nadzieję na chwilę samotności, glukozy i spokoju, ale w Sokołowsku chyba trudno osiągnąć te trzy luksusy na raz. Jest to w końcu miejsce spotkań i z tego głównie ten festiwal słynie. Szybko więc słyszę “Cześć Karolina” i przede mną pojawia się Artur T., znajomy z fejsbuka, którego osobiście nie kojarzę ale za to on mnie tak. Nie wiem dlaczego, ale Artur błyskawicznie skręca w stronę dyskusji o egzystencji, przemijaniu, oraz rzeczach ważnych i nieważnych w życiu. “Koniec końców okazuje się, że najważniejsza nie jest jakaś tam sztuka, tylko być kochanym, dobrze się najeść i popatrzeć w gwiazdy. Mam dom w Lanckoronie i to jest idealne miejsce na tego typu aktywność, zapraszam”.
Refleksję nad zaproszeniem postanawiam zostawić sobie na później, już wkrótce bowiem wdaję się w dyskusję z Magdaleną Kitą. Jak okazuje się, artystka zna mnie z YouTuba i jest wyraźnie zdeterminowana by wytłumaczyć mi ideę przyświecającą sztuce ręcznikowej. Doceniam oczywiście ten pomysł i polecam rozpoczęcie produkcji masowej obrazów z frotte.
Wieczór przynosi wernisaż wystawy sztuki interaktywnej Grzegorza Rogali, a więc machanie rączkami, muzyczka, widzowie stają się kompozytorami etc. W siedzibie głównej Fundacji InSitu, Vill Rosa, zaczyna się za to wystawa “Katalog Entropii Sztuki”, połączona z bankietem. Wszyscy są wygłodniali, więc rzucamy się na żarcie, przemowy Małgorzaty Sady słucha niewielka grupka najwytrwalszych (nie ja). Po zapełnieniu żołądka przyglądam się wystawie, wygląda całkiem nieźle i już zaczyna mnie opanowywać entuzjazm pt. “Nareszcie coś dobrego”, gdy nagle dowiaduję się, że właściwie ta sama wystawa była rok temu, tylko w trochę inne konfiguracji. Auć...
Ogólnie rzecz biorąc, pierwszy dzień festiwalu nie obfitował w emocje, jakie oczekiwałabym od sztuki performans. Nikt jeszcze się nie podpalił, nie uszkodził sobie ciała, nie wykonał niczego co mogło by go kosztować zdrowie bądź życie. Organizatorzy jednak obiecują, ze to już dzisiaj nastąpi. Już wczoraj grupa zagranicznych artystów pracowicie ładowała do nieczynnej fontanny odłamki szkła, mieli tego cały kontener, więc może być ostro. Pozostaje więc cierpliwie czekać, a ewentualna relacja na blogu już jutro.
Kończąc na dziś, chciałam podziękować jeszcze Tomkowi Pawłowskiemu, który podrzucił mi pomysł na tytuł bloga. Pierwotnie chciałam nazwać go “Soko premium”, ale deluxe brzmi dużo brzmi bardziej wyraziście. Thnx Tomek.
Karolina Plinta