Nic nas nie rozłączy. Ewentualnie słabnąca bateria lub lipny zasięg w timobajlu.
Dzień dobry.
Proszę zamienić się we wzrok lub słuch, jeśli pojawi się odpowiednia komenda. Tylko ostrożnie - nie na zawsze. Warto zapamiętać drogę powrotną. Otóż pragnę nikogo nie przepraszać za to, że nie zamieściłem tu żadnego wpisu od ponad dwóch miesięcy. Mam nadzieję, że w tej kwestii mamy już jasność.
Błagalny skowyt pokutny zastąpię chronologicznym podsumowaniem różnych cyrkumnstancji, których osoba autora była częścią, a nie wstyd osobie autora o nich wspominać. Prezentację autor pozwolił sobie wzmocnić bodźcami wizualnymi i/lub słuchowymi.
END OF THE LINE
Nie pamiętam dokładnie, ale obstawiam z pewną dozą ostrożności, że zdjęcia do teledysku, mającego stanowić ilustrację z lekka filmową do utworu End Of The Line João de Sousy, miały miejsce pod koniec maja A.D. 2012. Uznałem, że warto o tym wspomnieć, ponieważ przy produkcji teledysku pracował Monsieur Bartosz Maz, z którym później (właściwie całkiem niedawno) taplaliśmy się w błocie na poczet stworzenia fotografii promujących LOV, ale o tym później. Proszę teraz dokonać transformacji audytywno-wizualnej i obejrzeć sobie tzw. making of, stanowiący jednocześnie zwiastun klipu. O tutaj.
A na poniższym obrazku Pan Adam Lach, współtwórca teledysku, wprowadza element zagrożenia, stymulując tym samym komunikację między układem limbicznym mojego mózgu a mięśniami twarzy, które pozwalają sobie na zupełnie szczerą ekspresję czegoś na kształt zaniepokojenia.
Efekty tej nierównej walki z materią całkiem niedługo będzie można ujrzeć na własne oczy.
KOSOWO
Byliście kiedyś w Kosowie? Ja byłem. No właśnie...W związku z tym, że film Bartosza Kruhlika zatytułowany Vanishing (ubrudzony przeze mnie kilkoma dźwiękami półtora roku temu) miał być zaprezentowany na festiwalu filmów krótkometrażowych SHQIP Film Fest, zostałem zaproszony przez jego organizatorów do Prisztiny, więc miałem okazję wyrwać się na chwilę z Wrocławia. Nic nie stało na przeszkodzie, więc dałem się porwać liniom lotniczym na Bałkany. Był to inspirujący tydzień w oparach tego i owego (cholernie tanie fajki, niestety), pod szyldem ciekawych znajomości, obejrzanych nieco ponad czterdziestu filmów i spotkań zdecydowanie bardziej o charakterze rozrywkowym niż służbowym. Co warto zapamiętać? Mieszkańcy Kosowa kochają Bila Klintona, choć Klinton bez saksofonu to żaden Klinton.
NIC NAS NIE ROZŁĄCZY
Po powrocie musiałem nadrobić poważne zaległości na różnych polach. Właściwie wciąż się z nimi borykam. Nic nowego.
W lipcu akurat goniłem termin czerwcowy - soundtrack do filmu Martina Ratha pod roboczym tytułem Nic nas nie rozłączy. Chyba dobiegłem do mety. A przynajmniej dotykam jej jednym palcem. Finał prac w zasięgu wzroku. Żadnych szczegółów na razie nie chcę zdradzać. No może poza fragmentem muzycznym, nieco zremiksowanym, pełniącym funkcję tizera. Proszę:
nothing will tear us apart (except ourselves) by Andrzej Strzemzalski
PRZEZ PEKIN DO MONACHIUM
Najsłodsza nowina sierpnia - miesiąca żniw, porozumień, olimpiady i imienin Januarego: udało się rozwiać tajemnicę utworu Beijing Munich. Okazało się, że istnieje i chyba nawet robi wrażenie. Wszyscy w ekipie LOV odetchnęliśmy z ulgą. W końcu mogliśmy zamknąć ten rozdział i zacząć rysować po kolejnych kartkach naszych memuarów. W mojej prywatnej stajni wrze od nowych pomysłów - złości mnie tylko myśl, że zanim nabiorą one kształtów gotowych nagrań, minie kolejny eon, Sithowie znowu przejmą władzę nad Imperium, a Szanowny Pan Diabeł ponownie wespnie się do Raju, by sprzedać trochę jabłek naiwnym niewiastom i zarobić na kolejny obraz od Pana Hieronima Boscha, który to podobno jest jego ulubionym portrecistą...Niestety. Jesteśmy potwornie zepsuci w naszej gonitwie za perfekcją...A ZWŁASZCZA BARTEK!;) (pozdrawiam serdecznie Studio im. Stefana Kapłona) Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i może zagrać w końcu kilka koncertów w tzw. międzyczasie...Już niedługo wyplujemy kilka njusów na ten temat. A Beijing Munich? Zapraszam na LOV Cloud.
Kolejną wspaniałą nowiną sierpnia jest fakt, że Monsieur Maz nie stracił zapału i z pomocą Madame Lewickiej zrealizował z nami przekładaną od ubiegłego roku (sic!) sesję zdjęciową. Efekty można podziwiać m.in. na oficjalnej stronie LOV. Ponieważ (chyba) nie zamieszczaliśmy na fejsie żadnych zdjęć typu "making of", poniżej prezentuję miejsce, w którym udało nam się zmieścić z naszymi pomysłami (w tle oczywiście Bula).
ZAMKNIJ SIĘ, PALANCIE
Moja tożsamość nagłówkowa dość wulgarnie okazuje swoją dezaprobatę spowodowaną faktem, że moje bold-text self najwyraźniej postanowiło stworzyć blogowe opus magnum, natomiast gdzieś w najgłębszym pomrokach mojej jaźni siedzi zapłakane social self i drze mordę, że przecież lepiej byłoby to rozbić na kilka postów... Zatem aby nie wywołać niepotrzebnej szarpaniny, powiem jeszcze tylko, że pod moją batutą powstaje zupełnie świeży projekt muzyczny. Dość niecodzienny i bardzo wymagający - na kanwie marzenia, które pielęgnuję w sobie od wielu lat i chyba nadszedł czas, aby się ziściło. Niedługo opowiem (albo i udostępnię) nieco więcej. Jako teaser - zdjęcie mojego stanowiska pracy podczas działań wykonywanych pod banderą nowej wizji. Adieu!