Frost & Askalon - Split Demos 96
1996
seen from United States

seen from United States
seen from Germany
seen from China
seen from South Korea
seen from United States
seen from United States

seen from China
seen from Malaysia
seen from United States
seen from United States

seen from India

seen from United States
seen from China
seen from Germany
seen from United States
seen from T1
seen from Ukraine

seen from Singapore
seen from China
Frost & Askalon - Split Demos 96
1996
Jacek Kurowski: Ta książka uczy, jak wiele należy poświęcić w dążeniu do celu
– Rolą dziennikarzy jest edukowanie odbiorcy, pokazywanie szerszego kontekstu, a nie tylko wyniku. Sądzę, że wywiązujemy się z tego, podobnie jak czynią to media społecznościowe, które umożliwiają dosłownie bezpośredni kontakt do sportowca – mówi Fundacji Miasta Słów Jacek Kurowski, który ponownie wkroczył do enigmatycznego świata literatury, tym razem dzierżąc w dłoni tytuł Medal będzie mój. Droga na szczyt polskich lekkoatletów.
fot. Bartek Koper
Kamil Piłaszewicz: Tematem przewodnim tej rozmowy jest mówienie o lekturze Medal będzie mój. Droga na szczyt polskich lekkoatletów. Jednak zanim skupimy się na samej książce, to możemy powiedzieć, że tak, jak dla sportowca sięgnięcie po krążek, zwłaszcza olimpijski jest spełnieniem marzeń, zbliżoną wartość ma napisanie książki dla dziennikarza?
Jacek Kurowski: To bardzo ciekawe pytanie. Poniekąd można tak powiedzieć, bo nasza praca jest ulotna, tzn. po nas nie zostaną takie rzeczy, jak np. medale, rekordy po lekkoatletach. Chociaż te najlepsze wyniki bywają bardzo często wymazywane, tak zapisują się w historii. Także może rzeczywiście jest tak, że jeśli uznamy, iż spełnieniem marzeń sportowca jest sięgnięcie po medal, to taką samą miarą możemy nadać napisaniu książki przez dziennikarza. Tym samym w ten sposób zostawia po sobie coś więcej, niż ulotną relację, podczas transmisji.
Kiedy patrzy pan na fizyczną formę swego dzieła, jakie pojawiają się wrażenia, uczucia, emocje?
- Na szczęście ten pierwszy raz mam już za sobą, bo debiutowałem książką o Andrzeju Szarmachu. Wtedy pojawiło się ogromne wzruszenie, które z resztą się teraz powtórzyło. Dotknięcie okładki, powąchanie kartek, przejrzenie tego, co się napisało, a dotychczas widziało tylko w formie pliku tekstowego na komputerze, to jest zupełnie co innego. Analizowanie, czy dokonywanie korekty w pliku to pomaga w poczuciu efektu wytężonej, niełatwej pracy. Natomiast kiedy widzi się i dotyka książki na żywo, to jest to… Ogromne wzruszenie, przeżycie! Pojawia się niesamowity stan, kiedy widzi się w fizycznej formie ile czasu się poświęciło na stworzenie czegoś, co oddaje się zazwyczaj de facto obcym osobom. To uczucie towarzyszy również wtedy, kiedy czeka się i poznaje opisywane wrażenia, emocje czytelników po lekturze.
Można w jakikolwiek sposób porównywać emocje, jakie się pojawiły między debiutem, a tym dziełem?
- Nie, choć przyznaję, że zaskoczyło mnie to, co poczułem przy tym tytule. Byłem przekonany, że emocje, jakie były przy debiucie, nie powtórzą się, a one tymczasem przyszły ze zdwojoną siłą! Być może wzięło się to z niepewności dotyczącej tego, jak zostanie przyjęty drugi tytuł. Oglądając serial The Affair usłyszałem zdanie: „Każdy nosi w sobie temat na jedną książkę, nie każdy na dwie”. Dlatego wracając do pytania, nie można porównywać i nie spodziewałem się, że tak dużo emocji znowu się pojawi.
Jak zrodził się pomysł stworzenia wspomnianego utworu?
- Pojawił się dzięki propozycji, która napłynęła z wydawnictwa Otwartego. Nie chcę mówić o szczegółach, więc powiem tylko, że z początku ten tytuł miał wyglądać inaczej i dotyczyć innych bohaterów. Zmiany pojawiły się po bardzo, ale to naprawdę bardzo konstruktywnych rozmowach i tu chcę podkreślić rolę przede wszystkim pani Eweliny Tondys, która zaproponowała mi napisanie tej książki. Ostatecznie uznaliśmy, że będziemy pisać o lekkoatletach, bo stanowią bardzo ciekawy temat. Potem zastanawialiśmy się nad doborem i liczbą bohaterów. W tym zakresie dostałem pełną dowolność, co niezmiernie również doceniam. Mniejszą jeśli chodzi o formę… (śmiech) W finalnej wersji książka składa się z sześciu rozmów, z czego dwie są tak naprawdę monologami, a pozostałe tzw. wywiadami – rzekami.
Podjęliśmy się tego, by bohaterami byli lekkoatleci, bo ten temat, nie mogę powiedzieć nawet, że nie został wyeksploatowany… Odnoszę wrażenie, że nawet nie został zaznaczony w literaturze. Generalnie mówi się dużo o piłkarzach, tenisistach, koszykarzach, a ci lekkoatleci, mimo swoich wielkich sukcesów, zawsze byli gdzieś z boku, jeśli chodzi o swoje biografie. Też chcieliśmy, by większą grupę stanowili olimpijczycy z racji tego, jakie wydarzenie sportowe mieliśmy w ostatnim czasie.
Dlaczego to właśnie te nazwiska zostały wybrane do tzw. wywiadów rzek? Być może następne pojawią się w kolejnych częściach Medal będzie mój, czego serdecznie życzę.
- Może będą, a może nie, trudno mi powiedzieć. Przyznam się panu, że po pierwszej książce, tj. tej o Andrzeju Szarmachu musiałem trochę odreagować, bo nawet nie sądziłem, ile rzeczy w głowie zostawi proces tworzenia. Tak to już jest, że jak ktoś coś robi po raz pierwszy, to nie zdaje sobie sprawy z tego, co przyjdzie później i jak będzie wyeksploatowany. W tym momencie tego nie czuję, więc być może rzeczywiście będzie druga książka poświęcona lekkoatletom. Natomiast dlaczego te konkretne osoby? Dlatego, że każda przeżyła coś innego, zarazem sama w sobie jest inna i z wyjątkiem dwóch tyczkarzy, to każda uprawia inną dyscyplinę sportu. Zależało mi na tym, żeby ci bohaterowie byli różni i odnoszę wrażenie, że właśnie to udało się osiągnąć. Z kolei tym, co ich łączy, to to, że każde z nich coś osiągnęło, ma na koncie jakiś medal i to, że każdy pragnie sięgnąć po olimpijski krążek.
Właśnie jeszcze kilka dni temu oglądaliśmy ich zmagania o olimpijskie zdobycze i tak się zastanawiam, czy mimo, że zarówno one, jak i sam moment zakładania ich na szyje, stania na podium wiąże się z niewyobrażalnym spełnieniem, tak może stanowią wyłącznie dodatek do przekraczania swoich granic wytrzymałości, bicia rekordów życiowych?
- Myślę, że nie. Medal sam w sobie stanowi główny cel dla tych ludzi. Wiąże się on z tym, że zapisują się w historii polskiego sportu. Oczywiste jest, że najcenniejszą zdobyczą jest ten złoty… Jednak myślę, że generalnie zdobycie medalu olimpijskiego, czyli krążka, który można wywalczyć tylko raz na cztery lata, jest wartością samą w sobie. To wiąże się z przekraczaniem granic, z poprawianiem rekordów życiowych, z bycia coraz lepszym i tym, jak wiele muszą poświęcić, by odnosić takie sukcesy.
Kiedy oglądamy film animowany pt. Auta, spotykamy się z rozmową wielokrotnego mistrza będącego już na emeryturze z kimś, kto dąży do zdobycia najważniejszego tytułu już w pierwszym sezonie. Wówczas emerytowany laureat wyścigów samochodowych mówi: „Puchary to tylko kawały złomu”. Zgodzi się pan z moją tezą, że medale, trofea itp. przedmioty choć piękne, to nie mówią za wiele o danym sportowcu?
- Dokładnie, bo tu nie chodzi o tę blaszkę! Nie chodzi o nią jako o przedmiot. Dowodem tego jest gest Marii Andrejczyk, która swój medal przekazała na aukcję charytatywną. Także to nie ten kawałek złota, srebra, czy brązu na tasiemce jest ważny dla sportowców, tylko rywalizacja i miejsce na podium. Krążek stanowi wyłącznie pamiątkę tego, czego dokonali. Oni walczą o to, żeby spełnić swoje marzenia. Dla jednych takim będzie sięganie po złote krążki i wysłuchiwanie Mazurka Dąbrowskiego, a dla innych tego rodzaju spełnieniem będzie zdobycie medalu olimpijskiego. Bez większego znaczenia jakiego koloru, bo znają swoje ograniczenia i możliwości. Medale w wersji fizycznej, to tylko blaszki, jakiś dodatek do wyniku, rekordu, życiówki, ale raz jeszcze podkreślę, tu nie chodzi o kwestie materialne. Wszystko dotyczy tego, że jest się medalistą, wicemistrzem lub mistrzem np. olimpijskim.
Wracając jeszcze na chwilę do zmagań olimpijskich w Tokio, pojawiło się mnóstwo emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Przyglądając się reakcjom kibiców, wpisom w Internecie, atmosferze panującej w sieci…
- Wie pan co, mnie te komentarze ominęły, bo nie zaglądam do sieci, by takich szukać. Nie wchodzę w nie pod artykułami, bo… Bo nie! (śmiech) Nie chcę sobie na siłę psuć nastroju. Natomiast zauważmy, że nastroje kibiców skrajnie się zmieniają, czyli od nienawiści do uwielbienia. Albo ktoś jest świetny, bo zdobył medal olimpijski, albo beznadziejny, bo po niego nie sięgnął, czy w ogóle nie zakwalifikował się do finału, czy w nim przepadł. Dla większości kibiców nie ma nic po środku, i to jest przykre. Nie zgadzam się na takie podejście do sportu. Swoją drogą, to przypomnę, że Bohdan Tomaszewski, z którym miałem okazję współpracować, zwracał uwagę, żeby nie skupiać się tylko na mistrzach. Mówił, że taka sama uwaga należy się temu, który był drugi, trzeci, czwarty itd. Chciałbym żebyśmy tak kibicowali, tzn. żebyśmy doceniali miejsca w finałach, jak np. pływaków, czy heroiczny bieg Michała Rozmysa w jednym bucie. Chciałbym byśmy umieli pozwolić sportowcom czasem przegrać…
Kto jak nie oni najsilniej odczuwają ból? Kto jak nie oni czują najmocniej niespełnienie? Nie trzeba im tego uświadamiać. W sportach indywidualnych jest to chyba najbardziej bolesne, bo tam nie zależy to w głównej mierze od drużyny. Wszystko zależy przede wszystkim od jednego człowieka. I ten człowiek wtedy wie, co i dlaczego nie poszło i jak się z tym czuje.
Czyli co nam powiedziały igrzyska w Tokio o polskich kibicach i naszemu stylowi dopingowania?
- Chyba nic nowego. Zostało tak, jak było, czyli jak ktoś nam daje dużo radości, to chcemy żeby był patronem naszej szkoły albo miał pomnik w centralnym miejscu naszego miasta. Jeśli zawiódł, to niech emigruje. Nie zgadzam się na taki sposób kibicowania w całej rozciągłości!
Odnoszę wrażenie, że poza małym, lecz głośnym gronem „internetowych znawców”, tak polscy kibice z roku na rok stają się coraz bardziej świadomi tego, jak wygląda droga na szczyt, zarówno kiedy mówimy o tej pokonywanej przez sportowców, jak i trenerów. Ile prawdy kryje się w mych słowach?
- Sporo, bo my się edukujemy. Tak jak wiele lat temu nie rozumieliśmy skoków narciarskich, tak teraz znamy się na nich doskonale. Oczywiste jest, że wiąże się to z sukcesami, najpierw Adama Małysza, później Kamila Stocha i innych skoczków. Jednak chodzi mi o sam proces edukowania się przez kibiców na temat jakiejś dyscypliny. Dawniej nie wiedzieliśmy za dużo o Formule 1, a kiedy do niej dołączył Robert Kubica, nagle wiedzieliśmy wszystko o taktyce, oponach, mocy silników etc. W przypadku piłki nożnej to każdy jest ekspertem z natury… (śmiech) Mówiąc poważniej, to kiedy mówimy o sportach indywidualnych, takich jak chociażby zmagania lekkoatletów, to my się edukujemy i to całe szczęście. Zaczynamy rozumieć, ile wysiłku, emocji, decyzji kosztuje start na igrzyskach olimpijskich. Z resztą, taka jest też nasza, czyli dziennikarzy rola. Temu też służyła ta książka, tzn. żeby pokazać, co jest po drugiej stronie. Akurat Michał Haratyk w czasie naszej rozmowy powiedział interesujące zdanie, że zacytuję: „Ty jako dziennikarz widzisz tylko wynik. Myślisz sobie: „On s………”. Natomiast nie wiesz tego, że np. koło było śliskie, że konkurs został zatrzymany, przez co wypada się z rytmu. Nic nie wiesz. Podajesz tylko wynik”.
Dlatego uważam, że rolą dziennikarzy jest edukowanie widza, pokazywanie szerszego kontekstu, a nie tylko samego wyniku. Sądzę, że z tego zobowiązania się wywiązujemy w podobny sposób, jak czynią to media społecznościowe, które umożliwiają dosłownie bezpośredni kontakt do sportowca. Dzięki sieci odbiorca może też sprawdzić więcej, przez co tak uogólniając, wie więcej.
Właśnie, aby w większym stopniu zrozumieć pokonywane trudności przez np. lekkoatletów, powinniśmy nabyć lekturę Medal będzie mój?
- Ta książka pokazuje, ile trzeba dokonać, by stanąć na podium i to niezależnie, czy na mistrzostwach Europy, świata, czy igrzyskach olimpijskich. Mówi ile dni trzeba spędzić poza domem, ile kilometrów pokonać, ile kontuzji wyleczyć, z jaką presją się mierzyć, jakie wyzwania przed sobą stawiać. Uświadamia, że widzimy tylko efekt końcowy, tj. że ktoś staje na bieżni, czy w kole i biegnie lub czymś rzuca. Widząc te zmagania uznajemy jako kibice, że mamy prawo oceniać, czy ktoś jest cienki, czy wspaniały. Ta książka pokazuje i wiem, że to banał, ale ludzi z krwi i kości. Osoby, które mają swoje kryzysy, lęki, problemy. Pokazuję ich tu nie jako herosów, tylko jako „zwykłych zjadaczy chleba”, którzy mają raty kredytu do spłacenia, problemy w domu, rodzinne, a nawet, że czasami nie są w stanie czegoś zrobić lub zwyczajnie im się nie chce, bo mają lenia. Sportowcy są zwyczajni, tacy jak my, tylko że nie wykonują pracy fizycznej np. ośmiogodzinnej w biurze, czy pełniąc rolę maklerów na giełdzie. Sprawdzają, czy ich nic nie boli i idą trenować, poprawiać swoje wyniki, bo chcą coś osiągnąć w przyszłości.
Niejednokrotnie sportowcy stawali się głównymi bohaterami, czy to biografii, autobiografii, czy reportaży. Dlatego chętnie się dowiem, czym wyróżnia się pana dzieło względem większości dostępnych na rynku?
- Nie wiem, czym… Naprawdę. Doceniam książki, które są szczere, tj. takie, w których bohaterowie się otwierają. Wiadome jest, że nigdy nie powiedzą wszystkiego. To zrozumiałe i szanuję, że nie zdradzą się z każdym szczegółem swego życia, jednak potrafię dostrzec, która lektura jest laurką, która jest grzecznie napisana, a która pozostawia bohatera chropowatym. Nie do końca też chciałbym sądzić, czy moją coś wyróżnia na tle innych, bo ona jest po prostu o ludziach, którzy chcieli powiedzieć otwarcie, na tyle ile mogą, swoje historie.
Patrząc na pierwsze dni sprzedaży lektury pt. Medal będzie mój, nie poruszając kwestii ekonomicznych, w jakim stopniu wynagradzają one poświęcony czas, próby zrozumienia, emocje pojawiające się w czasie wspomnianych dialogów z lekkoatletami?
- Oddźwięk jest bardzo miły, co potwierdzę cytatem z jednego z lekkoatletów, który po przeczytaniu, napisał mi tak w SMS-ie: „Napisał pan świetną książkę. Szkoda, że taka krótka”. Przyznaję, że te słowa są dla mnie największą nagrodą. Jeśli mówi to lekkoatleta, którego nie pytałem o zdanie, czyli mam potwierdzenie, że ta opinia wyszła sama z siebie, to było i jest to bardzo miłe.
Mógłbym sformułować właśnie podobny zarzut, co do długości… (śmiech)
- Hah! (śmiech) Myślę, że lepszy jest niedosyt. Sądzę, że lepiej jest, kiedy ktoś, kto kończy czytać, stwierdza: „O matko, jak szybko poszło”, niż „Boże, ile stron jeszcze do końca…”. Wracając do tego, co mówiłem w poprzedniej odpowiedzi, kluczowe jest sprzężenie zwrotne. Jestem dumny i szczęśliwy zarazem z tego, że w komentarzach słyszę, że jest ona szczera, że pokazuje ludzi prawdziwych, bo na tym mi najbardziej zależało. Chciałem osiągnąć również to, by to lekkoatleci mówili w tej książce, i uważam, że to również udało się osiągnąć.
Pytam, gdyż w książce częściej czytelnik spotyka się z mówieniem o trudnych tematach i o ile on może po prostu odłożyć dzieło na jakiś czas, by ochłonąć, tak jak wyglądało prowadzenie rozmów ze sportowcami?
- Mówimy o kwestii uważnego słuchania. Mam na myśli słuchanie, a nie słyszenie. Czasami też trzeba umieć wyczuć do jakiego stopnia można się posunąć z zadawaniem pytań. Nie bałem się dociekać, ale jednocześnie liczyłem się z tym, że w pewnym momencie mogę usłyszeć: „Nie, o tym nie powiem, bo np. nie jestem gotowa/y, czy po prostu nie chcę”. Zdarzało się, że przekonywałem, prosiłem, by o czymś powiedzieli, bo przyznaję, że spotykałem tych ludzi pierwszy raz w życiu. Dlatego jednocześnie prosząc, zapewniałem, że odeślę im plik do autoryzacji i to, co im nie będzie pasowało, wyrzucimy. Przyznaję, że niewiele było rzeczy, które skasowaliśmy. Bardzo niewiele. Stało się tak dlatego, że na tych dwu-, trzy-, a z Asią Fiodorow czterogodzinnych rozmowach udało się zbudować takie niezwykłe więzi. Doszło do tego, że to nie były wywiady, czy inne „odpytywanki”. Po prostu rozmawialiśmy sobie. Z resztą nie za bardzo miałem opcje powrotu, z wyjątkiem Asi Fiodorow, Piotrka Liska i Ani Kiełbasińskiej. Z każdym widziałem się na dwóch spotkaniach, poza Ewą Swobodą, z którą spotkałem się tylko raz.
Ile razy usłyszał pan słowa typu: „Proszę, wyłącz mikrofon”?
- Takich nie, ale były momenty, że padały stwierdzenia: „Tego nie nagrywamy” i „Tego nie napiszesz”. Sumując, to takie komunikaty pojawiały się trzy razy.
Nawiązując do słów z początku rozmowy, ile prawdy kryje się w słowach, że kiedy dziennikarz siada do pracy nad książką, spełnia jedno z najważniejszych zawodowych marzeń?
- Zależy od tego, co dla kogoś jest marzeniem. Jeżeli ktoś zostaje dziennikarzem sportowym po to, by skomentować jakiś finał mistrzostw w rugby, koszykówce, czy piłce nożnej, to napisanie książki nie jest i nie będzie kuszące… (śmiech) Dla mnie to było jedno z tych wyzwań, których chciałem się podjąć w czasie pracy i cieszę się, że się udało tego dokonać.
Być może to nie książka, program, studio, czy relacja z danych zawodów, a bycie przy sportowcach w dobrych i złych momentach definiuje to, kim powinien być dziennikarz sportowy?
- Ma pan rację. W tym zawodzie nie chodzi o to, by z czegoś zdać relację, tylko by lepiej zrozumieć siebie, a także sportowca. Cały urok jest zawarty w poznawaniu siebie, tej drugiej osoby, a także danej dyscypliny. Mnie te rozmowy bardzo wyedukowały, jeśli chodzi o lekkoatletów, a nawet sportowców w ogóle. Każdemu z nich opowiadałem tę samą historię, czyli że uprawiam triathlon i do momentu, kiedy nie wystartowałem w zawodach, nie wiedziałem, czym jest rywalizacja. Nie wiedziałem z jakimi nerwami, stresem wiąże się udział w danym starcie, a przecież od tego nie zależy moje życie. Od tego, który będę na mecie nie zależy ani wysokość mojej wypłaty, przyznanego stypendium, ani to, czy mam co robić w życiu. Moje starty są jednym z hobby, a takie wewnętrzne spełnienie po dotarciu do mety jest stanem nie do opisania. Mimo, że prawda jest taka, że zdarzały się starty, gdzie zajmowałem lokaty w trzeciej setce… (śmiech)
Oj, nie ma sensu się, aż tak krygować zajmowaną lokatą… (śmiech)
- Tak, ale chodzi mi o to, że dziennikarz startujący z innymi, tj. równymi sobie, może poczuć czym jest stres i jak go okiełznać. Uświadamia się wtedy sobie, że on istnieje, że jak dopadnie to naprawdę potrafi gnieść, a czasami nie tylko bardzo mocno ogranicza, ale wręcz uniemożliwia podjęcia się jakiegoś działania. Dzięki startom w triathlonie uświadomiłem sobie w czasie tych spotkań z lekkoatletami, że to wszystko wcale nie jest takie proste. W książce jest taki fragment, który w sposób szczególny wywiera na mnie wrażenie. Mówię o tym, kiedy Michał Haratyk opowiadał, jak bardzo mocno biło mu serce przed mistrzostwami Europy w Glasgow. Jak silnie? W takim stopniu, że musiał się położyć na bieżni. Tak mocno, że nie był w stanie się dogrzać odpowiednio. Nie rozumiał reakcji swojego organizmu. Po prostu. Przez cały czas serce waliło mu, jakby ktoś uderzał młotem. Przecież my tego nie widzieliśmy. Oglądając przekaz telewizyjny nie otrzymywaliśmy informacji, że coś takiego miało miejsce. Nie dowiedzieliśmy się również o tym, że tuż przed startem w eliminacjach Asia Fiodorow dowiedziała się o śmierci swojego taty. Widzieliśmy, że wystartowała. Jedyne, z czym dane nam było się zapoznać, to ich wyniki. Rozmowy z tymi ludźmi pomogły mi zrozumieć nie tylko ich sukcesy, ale również sens zmagań, porażek, kryzysów, zwątpień. Temu też służyła ta książka, tzn. by uświadomić sobie, że należy z nieco innej perspektywy patrzeć na to, kim są i czego dokonują.
Również sądzę, że dziennikarz sportowy, by móc wiernie oddawać rzeczywistość w trakcie komentarza, powinien choć amatorsko spróbować uprawiania dyscypliny, której opisywania się podejmuje.
- Absolutnie się z panem zgadzam! Jak mówiłem, dzięki startom w triathlonie, zupełnie inaczej patrzę na świat i sens rywalizacji. Dzięki temu można więcej i dokładniej zrozumieć wiele rzeczy np. co to jest presja. W moim przypadku nic nie zależy od wyniku sportowego uzyskanego, czy to w Warszawie, czy Gdyni, Bełchatowie, Mrągowie, czy gdziekolwiek indziej. W ich przypadku to jest walka o życie! Rywalizują o pensje, o premie, o to, żeby ich zapraszać na Mityngi, a nawet o to, by organizatorzy opłacali ich startowe. Dlatego tak, uważam, że każdy dziennikarz sportowy powinien spróbować uprawiać dyscyplinę, którą komentuje. Nie dla zabawy, czy na potrzeby reportażu, materiału newsowego, by pokazać jak się rzuca oszczepem, tudzież dyskiem, czy bawiąc się skacząc w dal lub kopiąc piłkę. Chciałbym, by potrafił się tego podjąć na tyle wyczynowo, na ile pozwalają mu jego umiejętności i organizm.
Wrócę znowu do Michała Haratyka, który mi kiedyś powiedział: „Wyobraź sobie, że jedyną rzeczą, jaką musisz zrobić w życiu jest trening”. Moja odpowiedź brzmiała, że to świetna robota, a on odparł, że to nie jest jedna jednostka w ciągu tygodnia, a nawet dnia. Po pewnym czasie zwyczajnie ci się to już nudzi. Ci ludzie też się z tym mierzą. Oni też chodzą do pracy i też łapią się na tym, że pojawia się leń, bo ile razy można robić to samo.
Jedną z bohaterek pana książki jest Anna Kiełbasińska, która pobiegła w półfinale sztafety 4x400 metrów i znacząco pomogła awansować do finału, w którym dziewczyny sięgnęły po srebrne medale. Nawiązuję do niej, gdyż zastanawiam się, jakie to uczucie, kiedy pierw rozmawia się ze sportowcem o trudnych tematach, jak chociażby pojawianie się agonalnych stanów po biegach; a później widzi się, jak rozmówczyni sięga po tak rewelacyjne wyniki?
- Proszę pana, jest pan potworem! Potworem, bo dotyka w tej chwili szalenie emocjonalnej części mojej pracy i mnie samego. Przyznaję, że się niesamowicie wzruszyłem widząc, że Ania stoi na starcie do tego biegu w sztafecie. To były potężne emocje, bo wiedziałem z czym się mierzyła na drodze do startu na igrzyskach. Mam na myśli to, ile poświęciła, jak ciężko pracowała, a nawet fakt, że jeszcze w lutym miała niewielkie szanse, by ten cel zrealizować. Okazało się, że nie tylko się pojawiła na bieżni w Tokio, ale razem ze sztafetą sięgnęła po srebrny medal! Razem, bo chcę podkreślić, że w sztafecie nie biegają tylko te cztery dziewczyny, które rywalizowały w wielkim finale.
Natomiast już po biegu wiedziałem, że pracujący na stadionie Alek Dzięciołowski będzie musiał w ekspresowym tempie przeprowadzić wywiad z dziewczynami, bo one długo nie wytrzymają stojąc przed mikrofonem. Wszystkiemu winne było tempo, w jakim rywalizowały oraz warunki atmosferyczne. Wiedziałem, że za kilka chwil będą potężnie cierpiały. To też uświadomiła mi rozmowa z Anią. Myślę, że przyzna mi pan rację, kiedy powiem, że odkrywanie tego typu rzeczy dla laika, który nigdy o czymś takim nie słyszał, a nawet nie pomyślał, jest czymś niezwykłym!
Dokładnie, choć czasami zastanawiam się, czy media nie zaczynają przekraczać etycznej granicy w tym przypadku. Mam na myśli to, co pokazał realizator po biegu na dziesięć tysięcy metrów kobiet tuż za linią mety…
- Myślę, że operator, tak z technicznego punktu widzenia, nie spodziewał się, co za chwilę ujrzy oko kamery. Podejrzewam, że chciał pokazać totalne zmęczenie, jakie im towarzyszyło. Nie sądzę, by chciał pokazać, to co się pojawiło na ekranie. Jednak pokazywanie trudów i wysiłków tych ludzi jest czymś naturalnym, bo to też na tym polega, tj. by pokazać ludziom z czym się to wiąże.
Przechodząc do mniej drastycznych historii, to drugą z bohaterek pana książki jest Joanna Fiodorow. Patrząc na to z jakimi wyzwaniami się zmaga, i nie mam tu na myśli tylko tych związanych ze światem sportu, spodziewał się, przeczuwał pan, że po igrzyskach w Tokio zdecyduje się zakończyć karierę?
- Mogłem się domyślać, że Asia taką decyzję podejmie, ale według mnie zrobiła to na gorąco, za szybko. Myślę, że jeszcze jest za bardzo rozemocjonowana po starcie w Tokio, po którym oczekiwała więcej. Spodziewała się, liczyła na więcej. Bardzo mocno ją nakręciło zdobycie srebrnego medalu w Doha na mistrzostwach świata, o czym też mówiła. Tam się okazało, że jest w stanie, że tak po prostu potrafi rzucać daleko, że znajduje się w światowej czołówce w swojej dyscyplinie. Jednak też podejrzewam, że chciałaby spróbować się spełniać w innej roli, tj. kobiety, mamy. Prędzej, czy później moment na podjęcie takiej decyzji musiał nadejść, więc jestem przekonany, że sama zdecyduje o swoim losie najlepiej, jak potrafi. Ze swej strony mogę tylko ją podziwiać i podkreślać to, jak wiele, naprawdę wiele przeszła i gratulować jej tego, że się nie załamała, tylko dalej dąży do tego, co sobie postanowi.
Myślę, że w jej przypadku jest trochę tak, jak z Mamedem Khalidovem. Zmierzam do tego, że sportowo nie musi niczego udowadniać, a w życiu prywatnym przeszła potwornie dużo i po nieudanym starcie, który w jej opinii był jednym z najważniejszych w życiu, głowa była za gorąco i za szybko pojawiła się decyzja o zakończeniu kariery. Chciałbym, by wróciła, jak Mamed, który po ponad roku „ot tak” zdobył ponownie pas swojej dywizji i pokazał, że wiek to tylko liczba.
- Tak, ale też rozumiem rozgoryczenie wynikiem. O tym też mówiła Joanna Jóźwik po swoim biegu, kiedy również wspominała, że to mógł być jej ostatni występ na igrzyskach. Naprawdę rozumiem ten ból, złość, ale pamiętajmy, że później przychodzi chwila refleksji, tzw. ostudzenia głowy i wniosek, że może jednak warto spróbować raz jeszcze. Sportowcy tacy po prostu są. Mimo, że są poobijani, mają pozdzierane kolana, łokcie, mnóstwo siniaków, złamań i skręceń, tak zaciskają stale zęby i walczą dalej.
Nawiązuję do takich sytuacji, ponieważ kiedy padają tego typu słowa, większość kibiców jest zaskoczona, by nie powiedzieć zszokowana. Wówczas pojawiają się słowa typu: „Ale jak kto… Przecież jest w czołówce, ma tyle imprez przed sobą, taka młoda dziewczyna” itp. Być może dziennikarstwo sportowe uczy tego, że to nie wiek, możliwości fizyczne, a trudności z jakimi zmaga się umysł, decydują o tym, ile może osiągnąć dany sportowiec?
- Dokładnie, a dzieje się tak dlatego, że my tych ludzi nie znamy. Kiedyś Łukasz Piszczek mi powiedział, że kibice uważają sportowców za herosów, a oni są tylko w mitologii. Choć mówimy dziś o lekkoatletach, tak chciałbym w tę wypowiedź odnieść do wszystkich sportowców, bo oni wiedzą ile wysiłku kosztuje każdy start. Tylko oni mogą wiedzieć, czy dali z siebie wszystko, osiągnęli szczytową formę, czy mogą coś jeszcze poprawić. Jeśli okazuje się, że dali z siebie maksimum i fizycznie nie są w stanie niczego więcej zrobić, a to nie przynosi efektów, to nie dziwię się, że mają dosyć. Czasami sam organizm powie: „nie, dosyć”. To przyznał Paweł Wojciechowski na potrzeby tej książki, że czasami przyjmował zastrzyki i inne środki przeciwbólowe tuż przed finałowymi startami. Pamiętamy, co i jak mówił Marcin Lewandowski o przygotowaniach do swoich biegów na igrzyskach w Tokio. Naprawdę szanuję i rozumiem decyzje, kiedy mówią, że kończą, że to był ostatni start, ale wiem też, że po pewnym czasie przychodzi refleksja, chwila zadumy i wtedy czasami zmieniają decyzje.
Po latach spędzonych w świecie sportu w roli dziennikarza sportowego, można jakkolwiek przyzwyczaić się do emocji, jakie dostarczane są przez sportowców na arenach międzynarodowych?
- Można, zwłaszcza wtedy, kiedy umie się włączać mechanizmy obronne. Takie oswojenie się z tymi emocjami jest możliwe, a umiejętność korzystania z tego, co wymieniłem powyżej jest przydatne, by nie przeżywać każdej porażki sportowca dosłownie do trzewi. Przyznam się panu, że często korzystam z tej umiejętności, zwłaszcza jeśli mówimy o widzeniu występów polskich piłkarzy.
O jakich mechanizmach obronnych mówimy?
- Ktoś może pomyśleć, że takiego podejście jest równoznaczne z brakiem wiary albo optymizmu czy nawet początkami pesymizmu. A tak wcale nie jest. Przez lata pasjonowałem się występami polskich sportowców wierząc, chwilami dość naiwnie, że mogą osiągać lepszy wynik, niż ten, który pojawiał się w rzeczywistości. Bardzo wszystko przeżywałem, może nawet mocniej i dłużej, niż sami sportowcy. To było niezmiernie wyczerpujące i wykańczające. Dziś do rywalizacji podchodzę chłodniej. Nie to, że nie wierzę, że nie trzymam kciuków, że nie liczę na sukces, że nie wspieram słowem, ale… Za każdym razem myślę, że trzeba również dopuścić możliwość porażki, że coś się może zwyczajnie nie udać. Nie można być zaślepionym spodziewanym sukcesem. Należy oceniać szanse racjonalnie.
To są właśnie moje mechanizmy obronne i przyznaję, że nie nakręcam się już tą atmosferą sportowego święta, jak przed laty. Jedyne, czego oczekuję od sportowców, jak i od siebie, to to, by dawali z siebie tyle, ile mogą. Żeby nie myśleli o robieniu sobie jakiegoś zapasu sił „na później”. Tego nie akceptuję. Jeśli nie wyjdzie, trudno, ktoś po prostu był lepszy i koniec.
Na zakończenie wywiadu dopytam jeszcze, czy jest jakaś dyscyplina, być może osoba, której szczególnie mocno pan kibicuje?
- Nie, nie mam kogoś takiego, wybranego, szczególnego. Ta wąska grupa olimpijczyków, która pojechała do Tokio była trochę, jak moja rodzina. Co dzień sprawdzałem ich profile w mediach społecznościowych, wyniki, przygotowania, słuchałem rozmów z nimi. Przeżywam starty tych, których znam i tych, z którymi choć chwilę porozmawiałem poza kamerą, komputerem, czy dyktafonem. Jeżeli ktoś mi zaufał, zwierzył się, czyli w pewnym stopniu opowiedział swoją historię, to jego porażkami, jak i sukcesami wzruszałem się szczególnie. Ale wspieram wszystkich sportowców, bez wyjątku.
Czyli możemy powiedzieć, że dzięki lekturze Medal będzie mój intensywniej pan przeżywał starty bohaterów swojej książki, niż pozostałych osób znajdujących się w reprezentacji Polski na igrzyskach olimpijskich w Tokio?
- Nie ma sensu ukrywać, że oni byli mi najbliżsi na tych igrzyskach. Natomiast, nie mam czegoś takiego, że kibicuję jednym bardziej, a drugim mniej. Samo dopingowanie było na pewno porównywalne. Bardzo mocno poruszył Michał Rozmys, a dokonał tego swoją walecznością. Nie wiem, czy byłbym w stanie przebiec okrążenie w jednym bucie, a nawet jeśli, to po przekroczeniu linii mety wszyscy wokół by się dowiedzieli, jak bardzo jestem wkurzony, zagotowany. Tymczasem on w ogóle się tym nie przejął, nie zwrócił na siebie uwagi, po prostu przeszedł obojętnie obok kamery po biegu. Zaimponował mi tym bardziej, że później przyznawał w wywiadach, że był rozgoryczony, ale uważał, że nie wypadało tego okazywać. Takich sportowców naprawdę mega mocno szanuję. Kolejnym przykładem jest Kamila Lićwinko, która wróciła do uprawiania profesjonalnie sportu po urodzeniu dziecka. Następna osoba? Marcin Lewandowski i to, z jaką kontuzją biegł, jak awansował do finału, jak reagował na wszelakie wieści ze stadionu w sprawach związanych z jego osobą. Kolejno Anita Włodarczyk i jej kontuzje. Maria Andrejczyk, z którą miałem przyjemność rozmawiać przed igrzyskami olimpijskimi. Pamiętam, jak ze łzami w oczach opowiadała o tym, z czym się zmagała, by móc wystąpić na zawodach w Tokio. Wymienię jeszcze Olę Mirosław, która szalała na ściance wspinaczkowej. Nie jestem w stanie podać tu nazwisk wszystkich, a też nie chcę nikogo urazić. Dlatego powiem, że z tymi, z którymi spędziłem choć chwilę na rozmowie, to może nie tyle bardziej kibicowałem, co w większym stopniu przeżywałem ich starty.
Kończąc rozmowę, chciałbym by powiedział pan, czego nauczył się Jacek Kurowski po stworzeniu tej lektury?
- Praca nad tą książką otworzyła mnie na sportowców, ich historie w jeszcze większym stopniu, względem przeszłości. Nauczyła mnie jeszcze większej wrażliwości, empatii, uważniejszego słuchania, a nie słyszenia i zrozumienia. Tego wszystkiego dowiedziałem się bardziej jako człowiek, aniżeli dziennikarz. Warsztatem, jakim dysponuję, posłużyłem się wyłącznie przy spisywaniu tych historii. Te rozmowy pozwoliły mi wzbogacić się nie tylko o nowe doświadczenia, ale również o nieco inne patrzenie na świat jako osoba, a nie dziennikarz sportowy.
Korekta: Magda Tadzik
Omg. Monica Kurowski has the most hilarious laugh I've ever heard!! Her laugh makes me laugh even if it's not funny :p
Monica kurowski is fucking hilarious





