Prolog - Three silent words.
2090 ROK
- Um, dziękuje, ale raczej nie... - szepnęłam, odkładając słuchawkę telefonu.
- Znowu to robisz? Pozwól sobie zapomnieć. Austin nie żyje od trzech lat! Nie możesz w nieskończoność się tym zadręczać! Spróbuj czegoś nowego! - krzyknęła moja matka, po tym jak po raz kolejny w tym miesiącu dałam kosza Michael'owi.
-Nie, rozumiesz? Nie! Nigdy więcej nie wspominaj jego imienia. Nigdy! Nienawidzę Cię! - wrzasnęłam jak szalona i wybiegłam z pokoju.
Ona mnie nie rozumiała. Nikt mnie nie rozumiał. Czasem miewałam wrażenie, że Austin zginął wczoraj, że to wczoraj doszło do tego cholernego wypadku, a nie jakieś pieprzone trzy lata temu. Zwyczajnie nie potrafiłam się pogodzić z jego odejściem. Był niesamowicie wyjątkowy. I każdą choćby słabą próbę zastąpienia go przez innego mężczyznę niszczyłam na starcie.
Chwilę później znalazłam się przed ogromnymi sosnowymi drzwiami. Przeprowadziliśmy się tutaj raptem kilka dni temu i szczerze mówiąc nie zdążyłam jeszcze zbadać wszystkich pokoi. Dom przypominał raczej stary, opuszczony dworek. Wszystkie meble były nakryte białymi płótnami, a ściany obwieszone fotografiami jakichś młodych, wiecznie śmiejących się chłopaków. Zaintrygowało mnie to już na samym początku. Wiecie dlaczego się tu zamieszkaliśmy? Bo moja kochana mama uznała, że zmiana środowiska pomoże mi w terapii. Próbowałam się sprzeciwiać, ale była nieugięta. Co z tego! Austin nadal był w moim sercu.
Nacisnęłam mosiężną klamkę i z trudem pchnęłam ciężkie drzwi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przypominało raczej jakiś strych lub co najmniej komnatę tajemnic. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo mogę mieć rację. Przysiadłam na pierwszym z brzegu, dosyć zakurzonym fotelu. Rozmyślałam o tym, co powiedziała matka, o tym jak bardzo boli mnie, gdy jego imię dotyka codzienności. Tęsknię, kurwa. Za jego uśmiechem, spojrzeniem. Za wszystkim. Alfabet to zbyt słaba opcja, by wyrazić wszystko to, co czuję. Zagłębiam się w tym coraz silniej, a ona myśli, że wracam do normalności. Fakt, że zaczęłam rozmawiać z ludźmi wcale nie znaczy, że jest lepiej. Bez niego jestem nikim. Podniosłam się i podchodząc do okna zaniemówiłam z wrażenia. Przede mną roztaczał się piękny widok. Ogromny staw o spokojnej tafli, odbijający promiennie letniego słońca. Postanowiłam, czym prędzej zejść na dół i skosztować tej rozkoszy, ale wychodząc potrąciłam stojącą obok półkę. Ku mojemu przerażeniu jej zawartość zaczęła gwałtownie spadać. Tylko tego mi brakowało. Jak najszybciej chwytałam w dłonie książki i starannie odstawiałam je na miejsce tak, by huk nie rozszedł się po całym budynku. Ostatnia z nich przykuła moją uwagę. Skórzana oprawa, a na niej wyryte słowa:
Chociaż niebo zmęczone jest błękitem, nie trać z oczu iskierki nadziei...
Uśmiechnęłam się sama do siebie, otwierając ją na pierwszej stronie. Kartki zalatywały zapachem starości. Moim oczom ukazało się wypłowiałe już, ale za to bardzo staranne pismo. Miejscami litery wyblakły do tego stopnia, że nie dało się ich odczytać. Przejechałam dłonią po jednej ze stron. Papier był pożółkły, miejscami sfalowany. Nie bez powodu go znalazłam, prawda? To pamiętnik. Usiadłam po turecku i rozpoczęłam podróż w przeszłość..
9 października 1990 rok Drogi pamiętniku!
Cisza. Cisza. Cisza. Zaczynam kolejny rozdział mojego życia. I wcale nie taki jaki bym sobie wymarzył. Brzmi to może trochę dziwnie, ale właśnie siedzę w pociągu. Przedział jest prawie pusty, jedynie z drugiego końca dobiega do moich uszu cichy szloch dziecka. To moja pierwsza podróż tym środkiem transportu. Po śmierci rodziców zamieszkałem z dziadkiem, ale kiedy i on umarł zostałem odesłany do jakiegoś wujka na południe Anglii. Szczerze? Wcale mi się to nie uśmiecha. W Doncaster zostawiłem przyjaciół, ale i wszystkie wspomnienia. Najwspanialsze chwile utrwalone w pamięci. No bo czym bez nich byłby człowiek? To okrutne, ale chyba pora pogodzić się ze swym losem. Mam rację? Nie jestem w stanie naprawić całego świata.. Zasypiam. Dopiszę coś jak już będę na miejscu.
No i jestem. Podróż totalnie mnie wymęczyła. To zaledwie kilka godzin, a dało tak piorunujący efekt. Na stacji odczytałem nazwę miejscowości: Winchester. Brzmi świetnie. Ciekaw byłem dalszego rozwoju wydarzeń. Usiadłem na peronie na jednej z walizek oczekując, aż ktoś mnie odbierze. Nie miałem pojęcia nawet na kogo czekam. Wszystko jedno. Nie dość, że jestem sierotą to jeszcze przejechałem pół Anglii po to, by zamieszkać na dworcu? Cudownie. Miałem ochotę z kimś porozmawiać. Ta cisza mnie przytłaczała. Chwilę później poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu.
- Louis? - padło z ust, wysokiego mężczyzny ubranego w czarny garnitur.
-Uhm, tak - wyszeptałem zdezorientowany i podniosłem się, aby podać mu rękę.
Przedstawił się jako Filip Tomlinson. Oświadczył, że jest dalszym kuzynem mojego ojca. Och, jak miło. To jednak mam rodzinę? Na samą myśl o tym zrobiło się cieplej na serduszku. Może przesadzam, ale wiesz.. kiedy zostajesz na świecie zupełnie sam, czujesz się bezużyteczny, zupełnie niepotrzebny, a takie chwile jak ta uświadamiają, że jednak jest ktoś dla kogo istniejesz. Może ta przeprowadzka niekoniecznie oznacza coś złego? Może nie potrzebnie panikuje i nastawiam się na najgorsze? Muszę spróbować jakoś spokojniej do tego podejść. Mężczyzna poprosił abym zwracał się do niego po imieniu. Wsiedliśmy do auta i wyruszyliśmy jak sądzę do jego posiadłości. Uznałem, że musi być bardzo bogaty, bowiem ten ubiór, drogi samochód. Wszystko o tym świadczyło. Gdy dotarliśmy na miejsce upewniłem się w tym przekonaniu. Moim oczom ukazał się piękny dworek z mnóstwem okien. W okół niego rosły drzewa, których liście mieniły się w blasku słońca. Ujrzałem też duży staw. Za domem znajdował się las. Krajobraz był wręcz magiczny. Brak słów, aby wyrazić moje odczucia.
- Witaj w domu! - powiedział wujek, klepiąc mnie po ramieniu.
Uśmiechnąłem się na jego słowa. Kierowca samochodu wyjął moje bagaże i postawił przed schodami. Stałem jeszcze chwilę, rozkoszując się sielankowym widokiem, który od dziś miał się stać moją codziennością. Filip coś jeszcze mówił na temat szkoły czy pracy... nie wiem, bo za bardzo go nie słuchałem. Moją uwagę przykuła postać, która pojawiła się na werandzie. Wysoki, szczupły chłopak z kręconymi włosami. Miał na sobie białą koszulkę i ciemne wąskie spodnie. Zanim zrobił jakikolwiek krok spojrzał w niebo. Miałem wrażenie, że z kimś rozmawia. Nie dosłownie, ale tak telepatycznie. Dobra, może znów ponosi mnie wyobraźnia. Podchodził bliżej, coraz bliżej.. śledziłem każdy jego ruch. W końcu stanął przed nami. Nie patrzył się przed siebie. Wzrok wbijał w podłogę. Jednak zanim się tu zjawił zdążyłem dostrzec jego zielone tęczówki, przepełnione smutkiem. Nawet usta przybrały martwy kolor, nie możliwe aby tak młody chłopak utracił radość życia. Zaintrygował mnie już od pierwszej chwili.
- Weź walizki, Harry. - powiedział Filip zwracając się do stojącego przede mną chłopca. Miałem wrażenie, że celowo podniósł głos. Tylko dlaczego?
Już miałem wyszeptać, że nie potrzebuje pomocy. Przecież te walizki wcale dużo nie ważyły. Sięgnąłem rękoma po nie i poczułem jak nasze dłonie się o siebie ocierają. Jego były zimne, wręcz lodowate. Moje gorące i rozpalone. Być może to z tych emocji. Przynajmniej w tym momencie tak sobie to tłumaczyłem. Harry natychmiast odskoczył czując mój dotyk na swojej skórze. Podniósł wzrok i spojrzał mi głęboko w oczy. Jakby chciał odczytać całą prawdę o mnie, o moim pochodzeniu, dawnym życiu. Poczułem ukłucie w sercu. Jego źrenice gwałtownie zwiększały i zmniejszały swoją powierzchnię. Minęła chwila, a on spuścił wzrok i odszedł.. z moimi walizkami, tak jak kazał mu Filip.
Resztę dnia spędziłem spokojnie, błąkając się po terenie gospodarstwa. Wujka Filipa nigdzie nie było, ten cały Harry również zniknął bez śladu. Chciałem go wypytać, dlaczego tak wtedy na mnie spojrzał, no ale nie miałem nawet jak. Dobrze, że Cię mam pamiętniczku. W innym wypadku zanudziłbym się tu na śmierć. Tęsknie już trochę za Niallem. Ach tak! Nic jeszcze o nim nie pisałem. To mój najlepszy przyjaciel od czasów dzieciństwa. Jest totalnym kretynem, ale za to go uwielbiam. Szkoda, że go tu teraz nie ma...
Koniec tego rozczulania się. W końcu dzisiaj są moje dwudzieste urodziny*. Nie powiedziałem o tym nikomu. Bo po co? Nie potrzebuje nieszczerych życzeń. Nie mam im za złe, że nie wiedzą. W końcu jestem tutaj obcy. To dopiero pierwszy dzień w posiadłości Filipa. Mam tu zostać na zawsze? Boli mnie głowa, idę na jakiś spacer.
Wyszedłem przed dom zastanawiając się gdzie mógłbym się udać. Staw - to jest to. Kilkaset metrów i byłem na miejscu. Pod rosnącym drzewem ujrzałem ławeczkę, a na niej kogo? Tak! Tego samego chłopaka, który rano wnosił moje walizki. Jego bujne loki opadały na czoło, a słońce rozgrzewało jak sądziłem zmarznięte ręce. Czy to znaczy, że on spędził tu cały dzień? Z werandy nie widać tego miejsca tak dobrze, więc to całkiem możliwe.
-Mogę? - spytałem wskazując na ławkę, ale niestety nie dostałem odpowiedzi. Jedynie mój głos rozszedł się po tafli wody.
Postanowiłem zaryzykować, brak odpowiedzi znaczyło dla mnie tyle samo, co pozwolenie. Wpatrywałem się teraz w latające nad naszymi głowami ptaki. Kącikami oczu obserwowałem chłopaka. Siedział bez ruchu intensywnie o czymś rozmyślając. Jego usta nadal miały bladoróżową barwę. Sprawiał wrażenie odciętego od realnego świata. Jakby ciągle tkwił w sferze marzeń, a może to mi się tak wydawało? Siedzieliśmy tam dobre dwie godziny, ale żaden z nas nie powiedział słowa. Między mną, a Harrym panowała cisza, przerywana jedynie przez śpiew ptaków lub dźwięk odpalanego papierosa. Tak... palił. Niesamowicie drażnił mnie ten zapach, ale postawiłem sobie za cel rozgryźć tego chłopaka i musiałem przetrwać wszystko. Ponadto był chyba moim rówieśnikiem, no, a tu na odludziu jakiś przyjaciel zawsze się przyda. Wcale nie chciałem go wykorzystać. Ale czułem, że znajomość z nim może być na prawdę ekscytującym przeżyciem.
- Zawsze tak milczysz? - spytałem, a on odwrócił głowę w moją stronę, spojrzał na ruch moich warg i ponownie wbił swoje źrenice w krajobraz zachodzącego słońca.
Oczywiste jest, że nie dostałem odpowiedzi. On jest co najmniej dziwny. Ale może to ja się narzucam? Może on zwyczajnie nie chce ze mną gadać, a ja męczę go swoim towarzystwem. Tomlinson, idioto! Ach, dobra, postanowiłem zrobić ostatnią próbę.
- Jestem Louis. - wyszeptałem tak aby mnie usłyszał.
I co? Zero reakcji. Boże zaczyna mnie to powoli denerwować. Czy ja powiedziałem coś nie tak? A może on po prostu bał się, że zastąpię go wujkowi? Aj, nawet nie wiem kim on tu jest. Muszę pilnie porozmawiać z Filipem.
- Tak, wiem, Ty jesteś Harry. - wymamrotałem, odpowiadając sobie na zadane wcześniej pytanie, po czym wstałem i ruszyłem w kierunku domu. Kilka razy odwróciłem się i widziałem, że lokaty również patrzył. Poczułem satysfakcję. Czy to aż tak fascynujące? Zanim totalnie zniknął mi z pola widzenia wbiłem wzrok w jego przeszywające tęczówki. Tym razem to nie on się speszył, tylko ja. Mój spokój i cisza zostały właśnie zaburzone. I to z własnego wyboru. Nie byłem jeszcze daleko, wiec zdołałem usłyszeć, ze podnosi się z ławki. Jego kroki były szybkie i zdecydowane. Czyżby zmierzał do mnie?
_____
* Louis w moim opowiadaniu ma urodziny nie 24 grudnia, ale w moje własne urodziny :D
NEXT >










