Greg about Alex
Leżę nad brzegiem morza, popijając wino. Nie. To zdecydowanie jest niedopowiedzenie. Leżę na klifie, jakieś trzysta metrów pode mną fale rozbijają się o skały. Piję coś, co producent nazwał winem. Czegoś tak obrzydliwego nie piłem nawet na studiach. Choć kiedyś pijałem spirytus. W encyklopediach piszą, że to trucizna, ale koledzy z Polski powtarzali, że wystarczy umieć pić. Na niebie nie ma ani jednej gwiazdy. Wieje marcowy, zimny wiatr jednak nie czuję tego przez skórzaną kurtkę. Zawsze byłem odporny na zimno. Może tylko trochę zmarzły mi dłonie. Nie ma w tej nocy nic wyjątkowego. Drugi marca. Urodził się Bon Jovi, ale nie wiem, czy warto o tym wspominać. On przecież jeszcze żyje. Tak, jestem z siebie dumny. Wybrałem absolutnie nie wyjątkową noc na samobójstwo. Problem polega na tym, że chyba się nie zabiję. Z dwóch powodów. Pierwszym jest to, co wypiłem. Naprawdę nie podoba mi się wizja, że ostatnią wypitą przeze mnie rzeczą będą pomyje, a nie dobry Bourbon. Drugi jest nieco większy. Ma 176 centymetrów i waży 64 kilogramy. Alex. To niesamowity człowiek. Nigdy nie spotkałem większej pierdoły. Tak, pierdoły . Nie ciapy, niezdary, czy co wam jeszcze przychodzi do głowy. Alex był totalną, życiową pierdołą. Wiedziałem o tym już od pierwszego spotkania, gdy najpierw podstawiłem mu nogę, a potem potknął się o sznurówki, próbując mi przyłożyć. Miał może z osiemnaście lat, ale wyglądał na młodszego. To były jego pierwsze dni w Toronto. Zaciekawił mnie. Jak to mówią: „Świeża krew”. Zaprosiłem go do Piwnicy. Wspomnienie pierwszego wypadu jest dla Alexa dość zawstydzające. Znaliśmy się dopiero dwa dni, a ja ściągnąłem go do miejsca, gdzie woda ciekła po ścianach i szczury były wielkie jak koty. Jego mina wprost wyrażała: „Ciągnie mnie do ćpuńskiej meliny!” Gdy Leo, typowy got, otworzył nam drzwi , oblizując nóż z czegoś bardzo czerwonego, Alex zemdlał. Pierwsze wrażenie szybko się zatarło i chłopak zakochał się w tym miejscu, jak my wszyscy. Zostawił tam nawet kawałek swojej cennej kolekcji książek fantasy. Piwnica (oficjalna nazwa wymalowana nad drzwiami) była specyficzna. Jak sama nazwa wskazuje, tak jak w winnicy jest wino, tak tam było piwo. Dużo piwa. Zbudowaliśmy ją od podstaw, gdy mieliśmy po piętnaście lat. Należała właściwie do Ann, która mieszkała w tym samym bloku, ale gdy tam przyszliśmy przypominała ruinę. Jedynym plusem, poza jej wielkością, był piec w kącie, który sprawiał, że w środku było sucho i ciepło. Pomalowaliśmy ściany, położyliśmy dywany, podłączyliśmy prąd, wstawiliśmy lodówkę, potężne drzwi z kłódką i dwie kanapy. Zalegało tam też wiele naszych rzeczy. Ekspres do kawy, który rok budowałem sam; także szkice Ann, stanik Kate, służący jako zasłona na miniaturowe okno, wspominany już nóż i wiele innych drobiazgów. Niby nic, ale to miejsce było magiczne. Tam odbywały się najlepsze imprezy, tam przeżyłem swój pierwszy raz, tam mieszkałem podczas moich ucieczek z domu. Nie tylko Alex pokochał Piwnicę, ale i ona pokochała Alexa. Radosny, beztroski, dusza towarzystwa. Tańczył idąc przez miasto i pisał piękne powieści. Zawsze taki normalny i w dobrym humorze. Równowaga dziwnego Grega i ponurego Patricka. A pierdołowatość? Jedną wadę zawsze można wybaczyć. Przynajmniej nauczyliśmy się wywabiać wszelkiego rodzaju plamy i perfekcyjnie sklejać stłuczone rzeczy. Jednak nie był ideałem i miał nieźle skrzywioną psychikę. Skąd wiem? Bo to ja pierwszy raz stanąłem w jego obronie przed ojcem. Nie przed moim oczywiście. Muszę przyznać, że go śledziłem. Zrobiłem to, bo pomimo rocznej znajomości nie miałem pojęcia, gdzie mieszka. Gdy wszedł do domu, nie wiedziałem, co mam ze sobą począć. Pokręciłem się po okolicy i miałem wracać, gdy coś mnie tknęło. Gdybym wierzył w Boga, powiedziałbym, że to on kazał mi tam iść. Jednak nie wierzę, ani w Boga, ani w intuicję, więc po prostu nie zastanawiałem się nad tym. Otworzyłem drzwi bez pukania i zacząłem się skradać wzdłuż korytarza. Odgłosy tłuczonego szkła zaprowadziły mnie do kuchni. Gdy skupię się trochę, potrafię odtworzyć tą scenę z najdrobniejszymi szczegółami. Ojciec Alexa, czerwony na twarzy rozbijał właśnie talerz z kolorowym wzorkiem. Wrzasnął coś o spraszaniu znajomych i ruszył w kierunku stołu, pod którym Alex zwinął się w kłębek i ocierał krew z wargi. Rzuciłem się miedzy nich i oberwałem całkiem nieźle. Muszę przyznać, że facet miał niezły prawy sierpowy. Jednak nie po to trenowałem sztuki walki, żeby mnie jakiś staruszek rozwalił jednym ciosem. Gdy z nim skończyłem, wycofał się chyłkiem do pokoju. Usłyszałem, jak opada na krzesło. Zabrałem Alexa z podłogi i odtransportowałem do Piwnicy. Doprowadzenie chłopaka do stanu używalności, mi, studentowi medycyny, nie zajęło za dużo czasu. Dużo gorzej było z wytłumaczeniem, że nie powinien na to pozwalać. To była nasza pierwsza naprawdę poważna rozmowa. Doszło nawet do tego, że uczyłem go w parku, jak się bić. Na początku szło tak opornie, że Sylvia i Larry przychodzili się pośmiać. Później jednak było coraz lepiej, aż któregoś dnia mnie pokonał. Nadal uważam, że dałem mu wtedy fory. Traktowałem go trochę jak syna. Wyciągałem mu papierosy z ust i wrzucałem do kałuży, tłumacząc, że ja nie chcę się truć. Krytycznym okiem oglądałem jego dziewczyny i kumpli. Wrzeszczałem gdy robił się nieodpowiedzialny. Może dlatego, że w myśli „Małego Księcia” czułem się odpowiedzialny za to, co oswoiłem? Ale były chwile, gdy zastanawiałem się dlaczego ja w ogóle się z nim zadaję. Nawet zabić się nie potrafił. A próbował. Cztery razy. Za pierwszym razem był totalnie pijany i chciał się powiesić. Byliśmy wszyscy na biwaku w jakiejś wsi. Wziął sznur i ruszył do stodoły, która znajdowała się tuż obok sklepu, czyli tak jakby w centrum. Nie miałem pojęcia, że poważnie chce sobie coś zrobić. Szczególnie, że rozebrał się przed wejściem. Zabrałem ubrania i ruszyłem spokojnie w stronę ogniska. Hałas poinformował mnie, że stodoła się zawaliła. Wydaje mi się, że próbował na tej samej belce, do której rzucałem siekierą wcześniej. Niczym Portos i Aramis z „Czterech Muszkieterów”. Nie zrobił sobie za dużej krzywdy. Przynajmniej nie fizycznie, bo bieg nago ze sznurem na szyi do przyjemnych nie należy. Za drugim razem rzucił się z wieżowca. I pewnie została by z niego mokra plama, gdyby nie wylądował w wielkim kontenerze na śmieci. Złamał sobie tylko nadgarstek. Po tym drugim razie przyjrzałem mu się uważniej Nie wiedziałem, dlaczego to zrobił. Nie do końca. Trzeci raz? Połknął wszystkie tabletki z szafki. Niestety, włącznie z tymi na przeczyszczenie. Podobno poszło szybko, choć nie do końca bezboleśnie. Nie wiem, nie chciałem znać szczegółów, ale dla pewności zrobiłem mu płukanie żołądka. Do tego pobranie krwi, kolonoskopia, lewatywa i cały szereg kompletnie niepotrzebnych i dość nieprzyjemnych badań. Przynajmniej wiem, że jest okazem zdrowia. Najgorszy był ten czwarty raz, gdyż wtedy prawie mu się udało. Nie pamiętam, co pozwoliło mi przewidzieć, że to zrobi, ale gnałem nad to jezioro jak szalony. Zeskok z motoru, zrzucenie kurtki i butów, bieg po pomoście oraz skok do wody. Tyle pamiętam. Nie wiem, jak go znalazłem w tej mętnej wodzie, jak wyciągnąłem go na brzeg i jak wdrapałem się z nim na pomost. Pamiętam jeszcze, jak robiłem sztuczne oddychanie, przez bite dwie minuty, zanim wypluł wodę i odzyskał oddech. To były najdłuższe dwie minuty mojego życia. Gdy się ocknął dałem mu w pysk. Oczywiście, najpierw go podniosłem. Nigdy nie biję leżących. Wróciłem do domu motorem. Trzy dni później przyniósł mi kurtkę. I znów było normalnie. I jak ja po tym wszystkim mogę zrobić mu to samo? Skoro wiem, jakie to paskudne uczucie? Z drugiej strony, to przez niego nigdy nie byłem szczęśliwy z żadną kobietą. Pierdolony homofob. Czasem wydaje mi się, że pod tym strachem ukrywa swoją prawdziwą orientację. Jest bardzo zdeterminowany, żeby w niczym nie przypominać swojego ojca. Żałuję tylko, że moi rodzice mnie nie widzą. Proszę, tak właśnie skończyło ich cudowne dziecko. Pijący nad przepaścią ćpun, niedoszły samobójca. I do tego gej. Nie no, czy można sobie wyobrazić lepszą konfigurację porażek? Skończyłem liceum nim uzyskałem pełnoletniość, a potem było jeszcze lepiej. Tak. Genialny chłopak, wirtuoz pianina i dziedzic fortuny. Tak mnie widzieli. A ja widziałem tresowaną małpę. I właśnie ta małpa wyszła z domu i nie wróciła. I nie wróci. Matka wypisała mnie z testamentu, ojciec zablokował mi konto. Jakby kasa była wyrazem miłości, którą utraciłem. A może nigdy jej nie miałem. Teraz ciągle podróżuję. Jakoś nie mogę znaleźć sobie miejsca. Zostawiłem Lenę, Katie, Victorię. O Blair nawet nie warto wspominać. Victoria zniosła to najlepiej, nie wiem dlaczego. Może dlatego, ze to małżeństwo było ukartowane? Alexa też zostawię. Jest już duży, poradzi sobie. Świta. Dziwnym trafem słońce przebija się przez chmury, tworząc odcieniami różu i żółci malowniczy wschód. W słuchawkach zabrzmiał „Requiem dla snu”. Nie, teraz na pewno nie skoczę. To by było takie dramatyczne. Nie mogło lecieć coś wesołego? Kaczuchy? Wstaję pomału. Nie jestem pijany, jednak wizja, że się zatoczę i spadnę sprawia, że potykam się o własne nogi. Śmieję się głośno, bo, jak widać, gdy człowiek bardzo nie chce żyć, to los przeszkadza mu się zabić. Wsiadam na motor i jadę do New Jersey. Lily zaproponowała mi całkiem niezłe stanowisko w tamtejszym szpitalu. Będę miał nawet podwładnych i bajerancki gabinet. Tam mnie na pewno nie znajdą.
06-03-2010
















