ch0lera: The Provinces & Territories of Canada (in order of entrance into Confederation).

blake kathryn
No title available

No title available
The Stonewall Inn
Cosimo Galluzzi

★
wallacepolsom

ellievsbear
Today's Document
noise dept.
Claire Keane

gracie abrams

❣ Chile in a Photography ❣
TVSTRANGERTHINGS
Game of Thrones Daily
Stranger Things
almost home
NASA
he wasn't even looking at me and he found me

#extradirty
seen from United States
seen from United States

seen from Singapore

seen from Malaysia

seen from China

seen from South Africa

seen from United Kingdom

seen from South Korea

seen from Sweden

seen from Singapore
seen from Malaysia

seen from Ecuador

seen from Malaysia
seen from United States

seen from Germany

seen from Sweden

seen from United States

seen from Canada

seen from Spain
seen from United Kingdom
@drpgowo
ch0lera: The Provinces & Territories of Canada (in order of entrance into Confederation).
No day but today
I. Light my candle Largo skończył już dziesięć lat. Jak na psa w tym wieku, trzymał się bardzo dobrze. Spuściła go ze smyczy. Może nie powinna w tym miejscu, może nie wypadało, ale gdyby to ona tam leżała, nie przeszkadzałoby jej to zupełnie. Popatrzyła za rottweilerem i zajęła się sprawą, dla której tu przyszła. - Cześć, Lauren.- powiedziała cicho i zapaliła świeczkę na grobie przyjaciółki. Minęło tyle lat, a tęsknota w sercu nie ustępowała. - Wiem, że powinnam być wcześniej, w kolejną rocznicę, ale nie mieszkam już w Toronto... Wróciłam do Londynu. Tylko, wiesz, boli, że na tarczy... Przetarła dłonie, zmarzły od tego zimna. Nic dziwnego, nie ubrała rękawiczek. Gdyby Lauren żyła, wydziergałaby jej takie ciepłe, wełniane, idealne.... Ale Lauren nie żyła, a zabiła ją... - Sam?- Roxy zdziwiła się, widząc dawną przyjaciółkę na cmentarzu. Mostek nad ulicami, chwila nieuwagi, koniec. Nie było podstaw, by próbować ją ratować w szpitalu. - Odwiedzam ją, jak mi źle. - A co się dzieje? - Kłócimy się z Alyson... Nadal były razem. To pocieszające, że niektóre pary mogły wytrzymać wszystko. Przyjechała tu, bo dostała zaproszenie od superpary stulecia. Ze wszystkiego udawało im się wydostać. Razem. Trwali przy sobie. Mimo wszystko. Dlaczego ona nie mogła tego mieć? Bo jedyny facet, jakiego prawdziwie kochała, nie wyjechał za nią. Sam zapaliła świeczkę. Położyła ją obok pozostałych. - Przepraszam. - Przecież to nie była twoja wina- skłamała Roxy. - Znam cię, Roksboks. Pewnie zobaczymy się w święta. Dobrze, że jesteś w domu. Sam oddaliła się, zostawiając młodą prawniczkę z własnymi myślami. Dom, dom, dom... Odnalazła biegającego wśród nagrobków psa, przywołała go do siebie. Co dalej? Wrócić do pustego pokoju hotelowego? Nie chciała czuć się samotna, poszła do najbardziej rodzinnego miejsca, jakie znała. Wypadało się przywitać. Zdziwiła się, gdy otworzył jej... On. *** Wujek Nick był świetny, bo miał bar. Do innych barów w Toronto nie wpuszczali pary jedenastolatków, Lucasa i Kate. Miał z siostrą ciężkie życie, zawsze po lekcjach chciał usiąść w domu, by w spokoju malować wiśnie z różnych perspektyw, a ta ciągała go po knajpach. Jednej knajpie. - Bo będzie tam Aaron, a sama nie mogę się z nim spotkać, bo to będzie głupie. Głupi to był Aaron, mógłby się zająć czymś pożytecznym. Siedzieli więc w trójkę przy barze, a wujek ich obsługiwał. Ze względu na wczesną porę, byli jedynymi klientami. Dla tych prawdziwych Nick otwierał znacznie później. - Wujku, a ty dlaczego się nie ożeniłeś? - Nawet Shelby ma męża. - Znów robisz ranking chrzestnych? - Tylko mówię... - To kiedy się ożenisz? Nick zaśmiał się. Te dzieciaki... Dobrze, że nie ma własnych. Dobrze? Malutka Lauren, nazwana na cześć przyjaciółki, biegałaby między stolikami. Jej śmiech wypełniłby tą pustkę w sercu. Potrząsnął głową, tak się nie stanie... Nigdy. - Powinieneś się ożenić. - Dlaczego, Lucek? - Żebyś nie był taki smutny. Skąd te dzieci widzą takie rzeczy? - To co chcecie, żeby zrobił? Znajdziecie mi dziewczynę? Tu wtrącił się Aaron. Wyciągnął z plecaka babeczkę, którą upiekł jego tata. Kate włożyła w nią świeczkę, a Lucas podsunął swojemu chrzestnemu. - Zdmuchnij. Ktoś na pewno ma dzisiaj urodziny, wykorzystaj jego życzenie. Dobrze wiedzieli, kto miał dzisiaj urodziny. - Słuchajcie, wiele lat temu pewna księżniczka ode mnie uciekła. Zamieszkała daleko w pięknym pałacu. Nie wróci. A ja nie chcę innych księżniczek. - Pomyśl życzenie. - Nie ma sensu, Aaron. - Nawet moja mama wierzy w szczęśliwe zakończenia. Nick przewrócił oczami, ustąpił. Uparci ludzie nie powinni mieć dzieci, bo ta upartość wzrasta z każdym pokoleniem. Zapalił świeczkę, pomyślał życzenie, zdmuchnął. Jego księżniczka i tak nie wróci. - Mamo, a dałoby się ściągnąć ciocię Roxy z Londynu? Dzwonek. - Nick, otworzysz? Lepię uszka, a Alex pojechał po Gabrysia. Podszedł do drzwi spełnić prośbę gospodyni. Otworzył. Zdziwienie to słowo niewystarczające. - Roxy? - Nick?
II. Take me out tonight - O czym myślisz? - Za cztery miesiące przekroczę trzydziestkę- jęknęła, chowając głowę w książce. - Nawet wiem, jak będziemy je świętować. - Jak?- popatrzyła na niego podejrzliwie, przekrzywiła głowę, uśmiechnęła się. - Być może ktoś wykupił miesięczną wycieczkę po Stanach. Być może na tej wycieczce każdego dnia zwiedza się inny stan. Być może będzie to bardzo miła wycieczka. Fran przygryzła wargi. Popatrzyła na męża, robiąc słodką minę. - A czy dostanę jakąś prewizualizację? Alex podszedł do żony i przeniósł ją na łóżko. Położył się na niej, chwycił jej ręce do góry i całował taką obezwładnioną. Przymknęła oczy. - A może ze mną na górze?- udał, że jej nie słyszy. Całą energię włożył w całowanie, maskowanie, rozpięcie guzika, wsunięcie ręki i.... Tup!Tup!Tup! Trzask otwieranych drzwi. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. - Mamo! Bo Kate zabrała moje farby! - Powiedział, że PSS jest beznadziejne! Debil! - Nie chciała zagrać na moich urodzinach, młoda. - Shelby jest zajęta, baranie. - Tato, a Greg powiedział w szkole, że nie jest moim bratem i się ze mnie śmieją. - To chodzisz z idiotami, bo jesteśmy tacy sami, czubie napaćkany. - Dostałem jedynkę z biologii, ale za to ta Diana ze starszej klasy się ze mną spotka w sobotę. Korki. Żółwik? - Mamo, niech ona odda mi te farby! - A w ogóle, co na obiad? Alex zastygł w miejscu. Wpatrywali się sobie w oczy, słuchając narzekań ich gromadki. Jedna, druga, trzecia sekunda. Równocześnie wybuchnęli śmiechem. *** -Powinniśmy gdzieś wyjść. - Teraz? Zbliża się północ. - Może spotkamy coś niebezpiecznego na naszej drodze? Ubrałabym kusą spódniczkę, poflirtowała z nieznajomym. - Z nieznajomym? - Casting na jego rolę jest otwarty. - Szkodzą ci musicale- powiedział, mając świadomość, że żona parafrazuję piosenkę z jednego z nich. Pokręcił głową. - Gabryś!- krzyknęli równocześnie, nie odrywając od siebie wzroku. Chłopak zszedł do salonu, grając na przenośnej konsoli. - Musimy z mamą wyjść. Coś załatwić. - Coś się stało?- spytał, patrząc ciągle w ekran. - Nie, nic. Nie rozwalcie domu po prostu. Gabryś spojrzał jednak na rodziców. Przewrócił oczami. Oni znowu to? Rodzice jego kolegów z klasy ciągle się kłócili i nikt nigdy nie wpadł na nich uprawiających seks. Wzdrygnął się. To było obrzydliwe. Popatrzył jeszcze raz na zakochanych rodziców, westchnął i wyszedł. A może tak było lepiej? *** - Franiu, nie mogę dzisiaj. Dzwonili właśnie z wydawnictwa. - O tej porze? - To przez te święta. - Właśnie przez święta powinieneś siedzieć z nami, w domu. - Znasz słowo deadline? - Nie, nie znam, jestem głupia. - Najwidoczniej. Zrozum, to moja praca. - Spierdalaj- niemal warknęła. Alex wyszedł, z trudem powstrzymując się od trzaśnięcia drzwiami. Musiał odreagować. Okłamał ją. Okłamał. Dlaczego? Sam nie wiedział, przecież od tylu lat wszystko było idealne. Może w tym był problem? Może nie nadawał się do sielanki? Rozejrzał się po ulicy, dookoła świąteczne dekoracje, z jednego głośnika dobiegała wesoła piosenka o Mikołaju. Prychnął. Było tylko jedno miejsce w całym Toronto, gdzie był pewien, że nie zobaczy choinki i durnych światełek. Piwnica. Tak, tam odreaguje. Wszedł do zadymionego klubu, nic się tutaj nie zmieniało. Jedynie sympatycy narkotyków wydali się młodsi, ale to przecież on się postarzał. Usiadł przy barze, zamówił piwo z wódką. Nie pił tego od ostatniego pobytu w Niemczech. Jednym duszkiem, tak jak lubił. Zamówił kolejnego shota, ale zanim zdążył go wypić, pojawiła się nad nim damska ręka, zabrała kieliszek i jednym haustem pozbyła się jego zawartości. Spojrzał na nią. Prostytutka? Ubrana jak taka. Długie, czarne kozaki, krótka spódniczka, duży, bardzo duży dekolt. Co za cycki. Gwiazdka przyszła w tym roku wcześniej. - Zamierzasz się tak gapić czy w końcu mi coś postawisz?- spytała bezczelnie. - Postawić to ty mi możesz. - odpowiedział równie miło. Przyłożyła palec do swoich intensywnie czerwonych ust, zaczęła przyglądać się mężczyźnie, by go ocenić. Nadawał się. - Jak jesteś w stanie mi zapłacić. Alex sięgnął do kieszeni, wyciągnął portfel, otworzył go, nie zerkając na zdjęcie dzieci. Wyciągnął banknot stu-dolarowy, po czym zmierzył dziwkę wzrokiem jeszcze raz. Potrzebował jej. Wyciągnął kolejne banknoty i podał jej. Ona wsunęła mu do kieszeni opakowanie z prezerwatywą. - Interesy z panem to przyjemność.- powiedziała i pocałowała go namiętnie w usta. Oderwali się od siebie po kilku minutach. Na barze stały nowe kieliszki dla nich. Kobieta napiła się i udała w stronę toalety. Alex też wypił, dla odwagi. Zerknął na jej tyłek. Musiał, nie miał wyboru, alkohol za niego wybrał. Wszedł do toalety, dziwka opierała się figlarnie o umywalkę. Nie czekał. Podszedł do niej, zaczął całować, podsadził na swoich biodrach. W końcu! W końcu było to coś innego. Ktoś inny... Nie rozbierał jej całej. Wysunął tylko jej piersi, żeby je possać, a potem zsunął jej majtki. Zadrżała, kiedy w nią wchodził. Co za nieprofesjonalizm. Zamknął oczy. Przestał się przejmować. Intensywnymi ruchami sprawił, że była warta tych trzystu dolarów. - A co twoja żonka na to?- spytała, widząc obrączkę, kiedy skończyli. - Myślę, że żonce się również podobało. Francesca zaśmiała się. Z nim zawsze się jej podobało. Pocałowała męża raz jeszcze. - Wracamy do domu czy decydujemy się na hotel i powtórkę z rozrywki?- zaproponowała. - Fran!- oburzył się Alex. Tak, wybrali hotel. Jej komórka nie dawała jej spokoju, sięgnęła po nią. Zdziwiła się, widząc imię wyświetlone na ekranie. Odebrała. Słuchała. Nie potrafiła nic odpowiedzieć. Alex wyszedł nagi spod prysznica. W zamkniętym hotelowym pokoju nie musiał bać się dzieci. Zauważył minę żony, zaniepokoił się. Rozłączyła się. - Alex? - Tak, Fran? - Jake... - Znowu się pobił w szkole? - Nie ten Jake- powiedziała, mając już w oczach łzy.
III. Without you. Summer Thomas rozłączyła się i usiadła na kanapie obok męża. Wziął jej stopy i zaczął masować, wiedział, jak bardzo się przejmuje. Kto by pomyślał, jeszcze w liceum, że Summer Harrison będzie się przejmować kimkolwiek poza sobą. Tych osób było coraz więcej, dwójka jej dzieci, jej mąż, z którym miała syna, oraz ojciec jej córeczki. - Nie rozumiem, jak ona chce to zrobić. - Może nie ma wyboru?- zasugerował Ryan. - Jak to nie ma? Takich rzeczy się nie robi. To jej brat. - Szwagier. - Wiesz, co mam na myśli. Jak mogą go chcieć odłączyć? - A co mówią lekarze? - To albo cud. - Może zdarzy się cud. W końcu za parę dni święta. - Ty i ten twój Bóg. - Parę razy mi uratował skórę. - Muszę z nim pogadać. - Z Bogiem? - Ryan... Muszę pójść do szpitala. - Iść z tobą? Uśmiechnęła się rozczulająco. Nie przypuszczała nigdy, że tak ułoży się jej życie. Myślała, że będzie musiała radzić sobie sama z Aaronem i Rory. Było kilku mężczyzn, nie zainteresowali się rolą tatusia. I potem Ryan wrócił. Niby tylko na święta, a został na zawsze. - Cześć, Tucker. Może byś się obudził? Boże, przecież proszę o to od dziesięciu lat, a ty nic. Leżysz sobie, masz nas gdzieś. Świetnie. Jesteś egoistą. Może zawsze byłeś, a ja byłam tylko zaślepiona. Oni nie chcą dłużej czekać, a ja nie mogę ich do tego zmusić. To pewnie będzie nasza ostatnia rozmowa. Raczej mój monolog, bo ty przecież tego nawet nie słyszysz. Mówili, że słyszysz, że możesz się obudzić, że jest nadzieja. Teraz nawet tego nam nie dają. Jake, ogarnij się. Jake, ty musisz się obudzić. Musisz, rozumiesz? Tu nie chodzi o to, że bez ciebie umieram. Nie tęsknię za tobą każdego dnia. Jestem szczęśliwa. Naprawdę. Chodzi o to, że twoja córka zasługuje na to, żeby cię poznać. Twój brat i Cindy opowiadają jej o tobie, Brian ciągle ciebie chwali, a ona... zna tylko faceta, który leży i śpi. Nie zna ciebie, Jake. Chodzi o to, że ty zasługujesz, żeby ją poznać. Jest wspaniała, nie wiem, jak może wyrastać na tak mądrą dziewczynę przy tak popapranej matce. Wiesz, że jeździ na łyżwach? Na pewno ci mówiła, kocha to. Ma talent, może kiedyś wystąpi na olimpiadzie. Powinieneś to zobaczyć. Chodzi o to, że gdy patrzę na Alexa, wiem, że ty też mógłbyś być tak szczęśliwy. Pamiętasz, jaki był z niego matołek? Dojrzał. Twoja nieobecność go do tego zmusiła. Chodzi o to, że jak umrzesz, to ta pieprzona Blair będzie mi zawracała głowę. Ma takie momenty, że przychodzi do mnie i płacze, że leżysz tu z jej winy. Zaręczyła się, wiesz? To powinno być jej priorytetem, to i suknia, którą dla niej szyję. Będzie wyglądać wspaniale i na pewno gazety o tym napiszą, ale jak ma wyjść za kogoś, jak ciągle o tobie myśli. Nie schlebiaj sobie. Myśli o tobie z wyrzutami sumienia. Nie psuj jej karmy. Chodzi o to, że nauczyłam się w końcu gotować. Już nie musiałbyś ze mnie kpić. Nauczyłam się gotować dla męża. Widzisz, niewiele mi było trzeba. A Rory? Ma dziewięć lat, a czasami pobija w kuchni nawet Franię. Chodzi o to, że twój chrzestny wcale nie jest twoim chrześniakiem. Walnął cię samochód, zanim zdążyłeś oficjalnie nim zostać. Podobny jest do ciebie. Nie wiem, jakim cudem. Szkoła podstawowa, a on podrywa dziewczyny. Chodzi o to, że nasza policja daje bez ciebie dupy. Chodzi o to, że Cindy poprosiła mnie, żebym to ja cię odłączyła. A ja nie potrafię. Mam za mało siły. Tucker, obudź się. Proszę. Blondynka wytarła łzy, podniosła się z krzesła i skierowała w stronę wyjścia. - Summer?- usłyszała za sobą niewyraźny głos. Odwróciła się. Jej życzenie świąteczne spełniło się. Dostała swój bożonarodzeniowy cud.
IV. One song glory
Napisałam dla Ciebie piosenkę. Jest zupełnie inna niż poprzednie. Nie dostanę za nią Grammy. Nie zagram jej na koncercie. Będzie orzechowa. Czekolada i chili To zawsze trudna mieszanka.
Warknęła. Pomięła kartkę papieru. Kosz. Dookoła kilkanaście takich śmieci. Pokręciła się na obrotowym krześle. Zatrzymała wzrok na jednej ścianie. Ozdabiały ją platynowe płyty, wyróżnienia. W kącie leżały statuetki, dla których jeszcze nie było czasu zrobić półki. O wiele łatwiej wziąć gwoździe, młotek i krzywo przybić oprawiony dyplom niż poświęcić czas i kupić ładną gablotę. Wzdrygnęła się. Po cholerę? Ważne, że na koncercie fani potrafili zaśpiewać refren jej piosenki. Ważne, że dostała list od dziewczyny, która zmagała się z trudnościami i której pomogła muzyka. Jej muzyka. Ważne, że On obserwował ją z backstage'u. Nagrody? Muzyka była wystarczającą nagrodą. Aż do teraz. Obróciła się znów na krześle. Ściana naprzeciwko. Ta była zadbana, jeśli kolorową mozaikę bez ładu można tak nazwać. Tej ściany kształt się ciągle zmieniał. Wypisała nazwiska tych wielkich. Przyjaciółka namalowała jej portret. Przykleiła swoje życie na jednej wielkiej ścianie. Większość to były zdjęcia. Nie były to zdjęcia z pierwszych stron gazet. Nie były to zdjęcia, kiedy stała na szczycie świata. Były za to takie, na których stała na stole w Kropeczce, śpiewała piosenkę. Na których paliła trawę na dachu szkoły. Na których ukradli wielkie liczydło i urządzali na nim wyścigi. Na których w ich maleńkim mieszkanku była impreza na kilkadziesiąt osób. Było wiele takich imprez, było wiele takich wspomnień. Było wiele zdjęć, na których była młoda, piękna i szalona. Wszyscy byli. Pocztówki z każdego zakątka świata, z podróży poślubnej przyjaciółki do Hiszpanii, z Brazylii, z Nowego Jorku. Dostała nawet kartkę od dawnej współlokatorki z Australii. Bilety z najważniejszych koncertów, pierwszy plakat z klubu pana D. Mapa skarbów dzieciństwa, narysowana przez jej najwierniejszego towarzysza. Zdjęcia, na których bawiła się, uczyła, dorastała. Zdjęcia, na których objaśniała sens muzyki. Bo muzyka miała największy sens. Aż do teraz.
Napisałam dla Ciebie piosenkę. Nie wiem, jak zareagujesz. Ja się boję. Tak szczerze. Bo to nieznane. Będzie czekoladowa. Czekolada i chilli. To najlepsza mieszanka.
- Idziemy jutro na ten świąteczny obiad do de Vriesów? - Oczywiście, święta bez tego to nie święta. - Mówi Shelby Madison. - Chcesz się znowu pokłócić? - Wolałbym porozmawiać. - Nie umiemy ze sobą rozmawiać. - Ty nie umiesz. Zacietrzewiasz się. - Nie używaj słów, których nie rozumiesz. - Ja już dobrze wiem, co rozumiem. - Tak i potem to wyrapujesz. - Nie patrzysz na to, czego ja chcę. - Może mam ważniejsze sprawy na głowie? - Może po prostu jesteś egoistką? - A wiesz, że przyszłam, żeby ci powiedzieć, że mam dla ciebie prezent. - A masz? - Mam. - To daj. - Wypchaj się. - Shelby. - Wesołych świąt. - Shelby! - Zobaczymy się u nich jutro. - Madison, nie wychodź, jak do ciebie mówię!
Napisałam dla Ciebie piosenkę. Najpiękniejszą piosenkę o miłości.
Zapukała w drzwi jego pokoju. Rzadko to robiła, a teraz wypadało. Popatrzył na nią z nadzieją. - Nadal chcesz mieć dziecko?- zadała krótkie pytanie. Pokiwał głową. - Zrobiłam dziś test.
V. Take me or leave me Gdy taksówka podjechała pod wielki dom kuzynki, Nicky wysiadała tak podekscytowana, że niemal zapomniała zapłacić. Wróciła z Australii kilka dni wcześniej i zaproszenie na święta było wszystkim, o czym mogła marzyć. Miała bowiem nadzieję, że Francesca zaprosiła jeszcze kogoś. Nie pomyliła się. - Co ty tu robisz?- spytała oburzona zaraz, gdy zobaczyła swojego byłego chłopaka. Neville popatrzył na nią, nie ukrywał niewielkiego uśmiechu. - Pomagam w przygotowaniach do świąt. - Ciebie też zaprosili? - Zaprosili wszystkich. - Idioci, myślą, że można nas zeswatać! - Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Nicky. Wskazał kieliszkiem na brunetkę, siedzącą w salonie przy kominku. Na palcu kobiety połyskiwał złoty pierścionek z brylantem. - Zaręczyłeś się z Blair?! - Tak. Jesteśmy szczęśliwi. - Jak mogłeś mi to zrobić?! - O co ci chodzi? Nicky uderzyła kilka razy w klatkę piersiową mężczyzny. Uciekła zalana łzami. Neville popatrzył na nią zakłopotany, zawsze cenił jej żywiołość, ale czasami... chyba przesadzała. Poszedł w przeciwnym kierunku. Fran zauważyła ich, gdy wychodziła z jednego z pokoi jakaś taka potargana. Zerknęła porozumiewawczo na męża, on tylko kiwnął głową. Rozdzielili się. Ona za nią, on za nim. - O co poszło? - Idiota. Palant. Debil. Gnojek. Buc. - Chcesz o tym pogadać? - Gdybym chciała, to bym gadała. - Możemy też przemilczeć. - Kochaliśmy się, uprawialiśmy seks, Boże, to coś kiedyś znaczyło! - Nicky, to było dawno. - Tak, zaraz przed Australią. - O. - O. Sro. - Wiesz, że on wtedy już kogoś miał? - Spierdalaj. - Napijesz się? - Wariatka. - To może chcesz pogadać. - Gdybym chciał, to bym gadał. - Nie naciskam, ale napij się. Przejdzie. - Boże, przecież byliśmy pijani wtedy. Niepotrzebnie wracaliśmy do przeszłości. Dupa, kuźwa, blada. - Dawno? - Zaraz przed jej wyjazdem na staż. - O. - O. Sro. - Byłeś już wtedy z Blair... - Spieprzaj. Tego roku na obiad świąteczny do de Vriesów przyjechali wszyscy. Niewiarygodne. Gdy Fran zapraszała przyjaciół, sądziła, że większość z nich odmówi, ale ją zaskoczyli. Jak zwykle. Było głośno. Dzieciaki biegały wokół stołów, a jak tylko ktoś otworzył drzwi, uciekały na świeże powietrze i rozpoczynały bitwy na śnieżki. Dorośli usiłowali przez moment zachować pozory i pokazywać dojrzałą twarz. Nie wyszło. Ryan wylał wino na Blair. Podskoczyła zirytowana, jej mężczyzna nawet nie zareagował. Jake wykłócał się z Summer o nowe metody wychowawcze. Roxy nie przejmowała się nikim, poza swoim chłopakiem. Całowali się na kanapie, zapominając, że są w towarzystwie. Nicky wskoczyła na stół, zaczęła śpiewać. Shelby zaraz do niej dołączyła. Jimmy ukradł jej ruch i przewrócił oczami. Fran i Alex znowu gdzieś zniknęli. Neville próbował podrygiwać w takt muzyki. Rachel zrobiła pierwszy krok i wyciągnęła rękę. Ktoś zobaczył Dobcia, ktoś wypełnił wannę pianą, ktoś przewrócił choinkę. Był śmiech. Były wspomnienia. Były ukradkowe spojrzenia. A bomba wybuchła w kuluarach. - Wciąż ją kochasz! - Blair! - Nawet nie potrafisz zaprzeczyć! - … Bo nie mogę. - Życzę wam szczęścia. Aaron uśmiechnął się do Kate, zanim poszedł grać z ojcem w kosza. Kiwnęła głową i wróciła do salonu, żeby znaleźć wujka. Na boisku czekał już Gabryś, Ryan rzucał do niego piłkę. Dołączyła do nich Nicky. Wszystko zgodnie z planem. Podzielili się, Aaron z tatą, a Nixon z Gabrysiem. Byli dobrzy, ale z Thomasami nie mieli żadnych szans. Pojawili się kibice, Kate, mama, ciocia i wujek Neville. W przeciwną drużynę wskoczył nowy duch walki. To Nicky oddała zwycięski rzut. - Niezłe trafienie- powiedział do niej Azzopardi. - Niezłe to ja mam nogi- odpowiedziała z uśmiechem. Musiała się pogodzić z jego utratą. - Trochę jak kurczak. - Spadaj! Aaron popatrzył na ciocię Franię, zrozumiała. Kibice zniknęli szybciej niż się pojawili, niektórzy zawodnicy też poszli. Zostali tylko we dwoje. - Dobra, muszę to powiedzieć. Przepraszam za to, jak się wcześniej zachowywałam. Tworzycie naprawdę słodką parę. Blair jest szczęściarą. - Tworzyliśmy. - Proszę? - Dekorowałem ten dom dzisiaj, znalazłem trochę jemioły. - Ale... Nie pozwolił jej dokończyć.
VI. Seasons of love - Możecie przestać tak biegać?! - Shell, musisz się zacząć przyzwyczajać. - Zamknij się, Lopez. - Nie wiem, jak Brooks z tobą wytrzymuje. - Nie narzekam, jeszcze... Craig dostarcza mi dobre dragi. - Bardzo mądrze, przy mnie o narkotykach. - Sorry, Rachel... - Za długo przebywasz ze Spinnerem, Brooks. - Jake, może chcesz się położyć? - Serio? Mam dość leżenia, Alex. - To musi być dziwne. - Dziwne to jest, że masz piątkę dzieciaków. - Mógłbym mieć kolejne. - Kurwa, jaka ona jest piękna... - Summer? - Czy Sum uratowałem spod tych kół? - Rybko, co powiedziałabyś na kolejne dziecko? - Aaron i Rory ci nie wystarczają? - Chrześnica mi powiedziała, że Aaron chciałby brata. - Ryan, ta twoja Kate... Ale... Możemy się zacząć starać. - Kocham cię, Summer. - I tak ci nie wierzę. - To jakie macie teraz plany? - Najpierw Malta. - Później Australia. - A potem rozmnażanie. - Chcesz tego, Nev? - Chciałbym spróbować, Nicky. - Nie będę wam przeszkadzać. - To kogo teraz swatamy? - Wujek Jake wydaje się być trochę niepozbierany. - Trzeba mu pomóc. - A kto by z nim chciał być? - Ja wiem, z kim on chciałby. Może to wystarczy. - Ty, Kate, jesteś genialna. - Dziękuję, Aaron. - O czym myślisz, Franiu? - Kocham to życie, Alex.
Gwiazdka 2012
briteliteto: NE view from Richrmond St. & Spadina Ave. - Toronto, ON
#ThrowbackThursday to the guys of season 4… Cannot believe this was 9 years ago! #boysOfDegrassi
Canadians.
I thought this was exaggerating until I wore a t-shirt outside today and realized it was -23.
Thankfully we’re not that bad, but I did get excited about a warm day before realizing it was -7.
… y’all need jesus.
I was so confused until I remembered Canadians use Celsius.
meanwhile…Australia
Greg about Alex
Leżę nad brzegiem morza, popijając wino. Nie. To zdecydowanie jest niedopowiedzenie. Leżę na klifie, jakieś trzysta metrów pode mną fale rozbijają się o skały. Piję coś, co producent nazwał winem. Czegoś tak obrzydliwego nie piłem nawet na studiach. Choć kiedyś pijałem spirytus. W encyklopediach piszą, że to trucizna, ale koledzy z Polski powtarzali, że wystarczy umieć pić. Na niebie nie ma ani jednej gwiazdy. Wieje marcowy, zimny wiatr jednak nie czuję tego przez skórzaną kurtkę. Zawsze byłem odporny na zimno. Może tylko trochę zmarzły mi dłonie. Nie ma w tej nocy nic wyjątkowego. Drugi marca. Urodził się Bon Jovi, ale nie wiem, czy warto o tym wspominać. On przecież jeszcze żyje. Tak, jestem z siebie dumny. Wybrałem absolutnie nie wyjątkową noc na samobójstwo. Problem polega na tym, że chyba się nie zabiję. Z dwóch powodów. Pierwszym jest to, co wypiłem. Naprawdę nie podoba mi się wizja, że ostatnią wypitą przeze mnie rzeczą będą pomyje, a nie dobry Bourbon. Drugi jest nieco większy. Ma 176 centymetrów i waży 64 kilogramy. Alex. To niesamowity człowiek. Nigdy nie spotkałem większej pierdoły. Tak, pierdoły . Nie ciapy, niezdary, czy co wam jeszcze przychodzi do głowy. Alex był totalną, życiową pierdołą. Wiedziałem o tym już od pierwszego spotkania, gdy najpierw podstawiłem mu nogę, a potem potknął się o sznurówki, próbując mi przyłożyć. Miał może z osiemnaście lat, ale wyglądał na młodszego. To były jego pierwsze dni w Toronto. Zaciekawił mnie. Jak to mówią: „Świeża krew”. Zaprosiłem go do Piwnicy. Wspomnienie pierwszego wypadu jest dla Alexa dość zawstydzające. Znaliśmy się dopiero dwa dni, a ja ściągnąłem go do miejsca, gdzie woda ciekła po ścianach i szczury były wielkie jak koty. Jego mina wprost wyrażała: „Ciągnie mnie do ćpuńskiej meliny!” Gdy Leo, typowy got, otworzył nam drzwi , oblizując nóż z czegoś bardzo czerwonego, Alex zemdlał. Pierwsze wrażenie szybko się zatarło i chłopak zakochał się w tym miejscu, jak my wszyscy. Zostawił tam nawet kawałek swojej cennej kolekcji książek fantasy. Piwnica (oficjalna nazwa wymalowana nad drzwiami) była specyficzna. Jak sama nazwa wskazuje, tak jak w winnicy jest wino, tak tam było piwo. Dużo piwa. Zbudowaliśmy ją od podstaw, gdy mieliśmy po piętnaście lat. Należała właściwie do Ann, która mieszkała w tym samym bloku, ale gdy tam przyszliśmy przypominała ruinę. Jedynym plusem, poza jej wielkością, był piec w kącie, który sprawiał, że w środku było sucho i ciepło. Pomalowaliśmy ściany, położyliśmy dywany, podłączyliśmy prąd, wstawiliśmy lodówkę, potężne drzwi z kłódką i dwie kanapy. Zalegało tam też wiele naszych rzeczy. Ekspres do kawy, który rok budowałem sam; także szkice Ann, stanik Kate, służący jako zasłona na miniaturowe okno, wspominany już nóż i wiele innych drobiazgów. Niby nic, ale to miejsce było magiczne. Tam odbywały się najlepsze imprezy, tam przeżyłem swój pierwszy raz, tam mieszkałem podczas moich ucieczek z domu. Nie tylko Alex pokochał Piwnicę, ale i ona pokochała Alexa. Radosny, beztroski, dusza towarzystwa. Tańczył idąc przez miasto i pisał piękne powieści. Zawsze taki normalny i w dobrym humorze. Równowaga dziwnego Grega i ponurego Patricka. A pierdołowatość? Jedną wadę zawsze można wybaczyć. Przynajmniej nauczyliśmy się wywabiać wszelkiego rodzaju plamy i perfekcyjnie sklejać stłuczone rzeczy. Jednak nie był ideałem i miał nieźle skrzywioną psychikę. Skąd wiem? Bo to ja pierwszy raz stanąłem w jego obronie przed ojcem. Nie przed moim oczywiście. Muszę przyznać, że go śledziłem. Zrobiłem to, bo pomimo rocznej znajomości nie miałem pojęcia, gdzie mieszka. Gdy wszedł do domu, nie wiedziałem, co mam ze sobą począć. Pokręciłem się po okolicy i miałem wracać, gdy coś mnie tknęło. Gdybym wierzył w Boga, powiedziałbym, że to on kazał mi tam iść. Jednak nie wierzę, ani w Boga, ani w intuicję, więc po prostu nie zastanawiałem się nad tym. Otworzyłem drzwi bez pukania i zacząłem się skradać wzdłuż korytarza. Odgłosy tłuczonego szkła zaprowadziły mnie do kuchni. Gdy skupię się trochę, potrafię odtworzyć tą scenę z najdrobniejszymi szczegółami. Ojciec Alexa, czerwony na twarzy rozbijał właśnie talerz z kolorowym wzorkiem. Wrzasnął coś o spraszaniu znajomych i ruszył w kierunku stołu, pod którym Alex zwinął się w kłębek i ocierał krew z wargi. Rzuciłem się miedzy nich i oberwałem całkiem nieźle. Muszę przyznać, że facet miał niezły prawy sierpowy. Jednak nie po to trenowałem sztuki walki, żeby mnie jakiś staruszek rozwalił jednym ciosem. Gdy z nim skończyłem, wycofał się chyłkiem do pokoju. Usłyszałem, jak opada na krzesło. Zabrałem Alexa z podłogi i odtransportowałem do Piwnicy. Doprowadzenie chłopaka do stanu używalności, mi, studentowi medycyny, nie zajęło za dużo czasu. Dużo gorzej było z wytłumaczeniem, że nie powinien na to pozwalać. To była nasza pierwsza naprawdę poważna rozmowa. Doszło nawet do tego, że uczyłem go w parku, jak się bić. Na początku szło tak opornie, że Sylvia i Larry przychodzili się pośmiać. Później jednak było coraz lepiej, aż któregoś dnia mnie pokonał. Nadal uważam, że dałem mu wtedy fory. Traktowałem go trochę jak syna. Wyciągałem mu papierosy z ust i wrzucałem do kałuży, tłumacząc, że ja nie chcę się truć. Krytycznym okiem oglądałem jego dziewczyny i kumpli. Wrzeszczałem gdy robił się nieodpowiedzialny. Może dlatego, że w myśli „Małego Księcia” czułem się odpowiedzialny za to, co oswoiłem? Ale były chwile, gdy zastanawiałem się dlaczego ja w ogóle się z nim zadaję. Nawet zabić się nie potrafił. A próbował. Cztery razy. Za pierwszym razem był totalnie pijany i chciał się powiesić. Byliśmy wszyscy na biwaku w jakiejś wsi. Wziął sznur i ruszył do stodoły, która znajdowała się tuż obok sklepu, czyli tak jakby w centrum. Nie miałem pojęcia, że poważnie chce sobie coś zrobić. Szczególnie, że rozebrał się przed wejściem. Zabrałem ubrania i ruszyłem spokojnie w stronę ogniska. Hałas poinformował mnie, że stodoła się zawaliła. Wydaje mi się, że próbował na tej samej belce, do której rzucałem siekierą wcześniej. Niczym Portos i Aramis z „Czterech Muszkieterów”. Nie zrobił sobie za dużej krzywdy. Przynajmniej nie fizycznie, bo bieg nago ze sznurem na szyi do przyjemnych nie należy. Za drugim razem rzucił się z wieżowca. I pewnie została by z niego mokra plama, gdyby nie wylądował w wielkim kontenerze na śmieci. Złamał sobie tylko nadgarstek. Po tym drugim razie przyjrzałem mu się uważniej Nie wiedziałem, dlaczego to zrobił. Nie do końca. Trzeci raz? Połknął wszystkie tabletki z szafki. Niestety, włącznie z tymi na przeczyszczenie. Podobno poszło szybko, choć nie do końca bezboleśnie. Nie wiem, nie chciałem znać szczegółów, ale dla pewności zrobiłem mu płukanie żołądka. Do tego pobranie krwi, kolonoskopia, lewatywa i cały szereg kompletnie niepotrzebnych i dość nieprzyjemnych badań. Przynajmniej wiem, że jest okazem zdrowia. Najgorszy był ten czwarty raz, gdyż wtedy prawie mu się udało. Nie pamiętam, co pozwoliło mi przewidzieć, że to zrobi, ale gnałem nad to jezioro jak szalony. Zeskok z motoru, zrzucenie kurtki i butów, bieg po pomoście oraz skok do wody. Tyle pamiętam. Nie wiem, jak go znalazłem w tej mętnej wodzie, jak wyciągnąłem go na brzeg i jak wdrapałem się z nim na pomost. Pamiętam jeszcze, jak robiłem sztuczne oddychanie, przez bite dwie minuty, zanim wypluł wodę i odzyskał oddech. To były najdłuższe dwie minuty mojego życia. Gdy się ocknął dałem mu w pysk. Oczywiście, najpierw go podniosłem. Nigdy nie biję leżących. Wróciłem do domu motorem. Trzy dni później przyniósł mi kurtkę. I znów było normalnie. I jak ja po tym wszystkim mogę zrobić mu to samo? Skoro wiem, jakie to paskudne uczucie? Z drugiej strony, to przez niego nigdy nie byłem szczęśliwy z żadną kobietą. Pierdolony homofob. Czasem wydaje mi się, że pod tym strachem ukrywa swoją prawdziwą orientację. Jest bardzo zdeterminowany, żeby w niczym nie przypominać swojego ojca. Żałuję tylko, że moi rodzice mnie nie widzą. Proszę, tak właśnie skończyło ich cudowne dziecko. Pijący nad przepaścią ćpun, niedoszły samobójca. I do tego gej. Nie no, czy można sobie wyobrazić lepszą konfigurację porażek? Skończyłem liceum nim uzyskałem pełnoletniość, a potem było jeszcze lepiej. Tak. Genialny chłopak, wirtuoz pianina i dziedzic fortuny. Tak mnie widzieli. A ja widziałem tresowaną małpę. I właśnie ta małpa wyszła z domu i nie wróciła. I nie wróci. Matka wypisała mnie z testamentu, ojciec zablokował mi konto. Jakby kasa była wyrazem miłości, którą utraciłem. A może nigdy jej nie miałem. Teraz ciągle podróżuję. Jakoś nie mogę znaleźć sobie miejsca. Zostawiłem Lenę, Katie, Victorię. O Blair nawet nie warto wspominać. Victoria zniosła to najlepiej, nie wiem dlaczego. Może dlatego, ze to małżeństwo było ukartowane? Alexa też zostawię. Jest już duży, poradzi sobie. Świta. Dziwnym trafem słońce przebija się przez chmury, tworząc odcieniami różu i żółci malowniczy wschód. W słuchawkach zabrzmiał „Requiem dla snu”. Nie, teraz na pewno nie skoczę. To by było takie dramatyczne. Nie mogło lecieć coś wesołego? Kaczuchy? Wstaję pomału. Nie jestem pijany, jednak wizja, że się zatoczę i spadnę sprawia, że potykam się o własne nogi. Śmieję się głośno, bo, jak widać, gdy człowiek bardzo nie chce żyć, to los przeszkadza mu się zabić. Wsiadam na motor i jadę do New Jersey. Lily zaproponowała mi całkiem niezłe stanowisko w tamtejszym szpitalu. Będę miał nawet podwładnych i bajerancki gabinet. Tam mnie na pewno nie znajdą.
06-03-2010
I love Canada. From the brightly painted houses on the coast of Newfoundland to the endless skyline of the prairies, I love it all. I love that we don't wear shoes in the house (I don't think I'll ever understand why people do this). In case you didnât catch on, I'm Canadian. Putting all of the political reasons aside there are so many reasons I love my country. Here are 10 reasons why I LOVE Canada.
Panorama view of the city taken this morning from The Grand Hotel rooftop terrace. (Aug/29th/2013)
Postać miesiąca: październik 2009
Postać miesiąca: listopad 2009
Bajka o Wiśniowłosej
Za górami, za lasami, za cmentarzem i warzywniakiem na rogu, stał zamek, w którym żyła okropna wiedźma. Była najokropniejszą ze wszystkich znanych mi wiedźm, a musicie moi drodzy wiedzieć, że w swoim życiu poznałem ich wiele. Ta wiedźma była gorsza od wulkanów, Misia Uszatka czy piwa bezalkoholowego. Ale wiedźma ta miała jednak coś dobrego- syna, Księcia, który był jej całkowitym przeciwieństwem. Zdolny, przystojny, miał dobre serce. Był cudowny i z wyglądu i z charakteru. Był tak cudowny, że przyciągał nie tylko kobiety . Przyciągał też służąca wiedźmy, wiśniowłosą Franię, która imię swoje odziedziczyła najprawdopodobniej po pralce. Pewnego dnia książę odwiedził ją w stajni, gdy ta myła jego rumaka. Nigdy wcześniej z nią nie rozmawiał- matka zabroniła mu zbliżać się do służby, twierdząc, że to podludzie. Chwila rozmowy z Wiśniowłosą oczarowała zupełnie księcia. Nie mógł od niej oderwać oczu, miała w sobie jakiś urok, magię. Przychodził więc coraz częściej,. przez wiele godzin rozmawiali, a te rozmowy nigdy ich nie nudziły. Po jakimś czasie książę zrozumiał, co czuje do Wiśniowłosej Frani. Odkrył, że to Ta Jedyna. Jeszcze tego samego dnia opowiedział swojej matce, że właśnie z Franią zamierza spędzić resztę życia. Gdy wiedźma to usłyszała, wpadła w furię, zaczęła miotać przekleństwami i zaklęciami. Z tego, co pamiętam, spaliła pół miasteczka w południowej części królestwa. Wiedźma postanowiła podjąć drastyczne kroki- wysłała księcia do Japonii, a służącą skazała na śmierć. Ale książę głupi nie był. W tym część jego uroku. W drodze na samolot pozbył się ochroniarzy, którzy mieli dopilnować jego wyjazdu i ruszył na ratunek. Gdy dobiegł do szubienicy, właśnie zakładano Jej sznur na głowę. Książę rozejrzał się, sięgnął po miecz i z całej siły rzucił tuż pod szubienicę tak, że ten wbił się ostrzem w drewno. Gdy spuścili Wiśniowłosą, ta wylądowała bezpiecznie ma mieczu. Książę natychmiast wyjął drugi i pokonał wszystkich ratując dziewczynę. Wrócili do zamku, by powiedzieć wiedźmie, że nie powstrzyma ich uczucia. Dopiero wtedy, gdy obserwowała syna i ukochaną, doszło do niej, jak bardzo Ci dwoje się kochają. Uśmiechnęła się. Chciała tylko, żeby jej syn znalazł kobietę, która uczyni go jeszcze lepszym. Zauważyła, że przy Wiśniowłosej taki się staje. Niedługo później Książę poślubił Wiśniowłosą, a w królestwie zapanowało szczęście i miłość.
Właściwie, to mógłby już być koniec bajki, ale… może chcecie poznać dalszy ciąg?
Minęło parę, Książę i Wiśniowłosa tworzyli wraz z gromadką uroczych dzieciaczków szczęśliwą rodzinę. Pewnego dnia do zamku zaczęli zbliżać się rabusie. Tkwili w tym fachu całe życie i nawet rycerze księcia nie zdołali ich powstrzymać.
Ukradli złoto i porwali jedno z czwórki dzieci książęcej rodziny-najmłodszego.
Książę idąc w nocy na herbatkę zauważył brak syna i ruszył w pogoń za złoczyńcami nie mówiąc nic Wiśniowłosej. Gdy rano wstała nie było jej męża ani syna. Szukała ich po okolicy, ale nie znalazła. Wróciła zmartwiona do zamku. Jedna ze służących podała jej tabletkę na uspokojenie. Ta połknęła ją, popiła wodą, po czym zemdlała. Okazało się, że tabletka była trutką. Służąca zazdrościła Wiśniowłosej jej pozycji, jej męża, jej nowej, szczęśliwej rodziny, więc postanowiła jej się pozbyć. W milczeniu czekała, aż ta wyzionie ducha. W tym samym czasie książę dogonił złoczyńców. Było ich jednak zbyt wielu nawet jak dla niego. Widząc, że nie ma szans, gwizdnął. Na niebie pojawił się smok, który przybył, by pomóc księciu. Jednym uderzeniem ogona zmiótł wszystkich przeciwników z powierzchni ziemi i uratował księcia i jego syna. Ojciec wziął malucha na ręce i razem weszli na smoka, który zawiózł ich z powrotem do zamku. Tam, książę, zauważył swoją ledwo żyjącą żonę. Podszedł do niej, nie wiedząc, jak ją uratować. Służąca stojąca obok tylko się śmiała. Książę w gniewie zabił ją. Wrócił do małżonki szukając wyjścia. Zrozumiał, że jest tylko jeden sposób, jak ją uratować. Musiał poświęcić siebie w zamian. Pocałował ją wysysając trutkę do swojego organizmu. To był ich ostatni pocałunek...
Sierpień 2007