O tęsknocie
Czy wszyscy czują tę ogromną pustkę?
Kiedy kładziesz się do łóżka po swoim zwyczajnym dniu, takim nieszczególnie męczącym, ale też nieszczególnie spełniającym, czy też czujesz to ssące pragnienie? Tę przemożną potrzebę? Tę niewysłowioną tęsknotę za czymś?
Moja potrzeba ma twarz, choć ostatecznie jest równie niezrozumiała i oderwana z kontekstu, jak każda inna pustka. Ma uszy, przydługawy, mocno osadzony nos i szeroki uśmiech. Twarz tej potrzeby jest blada i niepewna; rozmywa się nieco przed oczami, a jej kontury wypalają się w słońcu. Nie jest jednoznacznie zdefiniowana mimo mocnych rysów. Ta twarz jest wynaturzona – niewiele ma wspólnego z osobą, którą reprezentuje. Jest wyjęta z kontekstu, wyrwana z wydarzeń, ze znaczeń, z realności. Jest maską, którą przywdziała sobie moja tęsknota, a kiedy uda mi się na chwilę ją odchylić – spojrzeć za zasłonę – spoglądam w czerń, w dół, w bezkresne, zasysające miejsce w okolicach splotu słonecznego i niżej, aż do trzewi. Moja potrzeba ma swój pomnik – statuetkę z imieniem, zbiór liter, który wymawiam z dreszczem na lędźwiach i ściskiem w podołku.
Ale ten pomnik jest nieledwie personifikacją pustki.
Żeby mówić o swojej intymności, trzeba umieć stanąć autentycznie w swojej prawdzie; potrafić odsłonić się przed drugim człowiekiem. Ale czy to nie tak, że ludzie widzą w nas więcej niż my sami? Każda chwila to kolejny okruch, miękkie wskazówki, półsłowa, wypowiedziane niemrawo zdania, kiedy potrzeba jest tak przemożna, że wymyka się rozsądkowi. Pozbieraj te okruchy, a ułożą się w całość – w prawdę o sobie, którą oznajmiasz światu. Świat przyjmuje cię bardziej niż przyjmujesz siebie sam; świat wie już o tobie rzeczy, których ty jeszcze nie dopuszczasz. Skoro tak, to czy ostatecznie nie chowamy się wyłącznie sami przed sobą? Te gry, które stosujemy; te mechanizmy obronne, którymi się paramy, bezwiednie przyswoiwszy je w pierwszych latach życia, które ostatecznie ukrywają nas jedynie przed nami samymi. Świat już wie; czekamy tylko na ciebie.
Zatem patrzę w swoją tęsknotę. Zaglądam jej w twarz, a czasem wypowiadam jej imię. Ale to nie o osobę chodzi. Moja tęsknota nie jest o kimś; nigdy nie jest o kimś, niezależnie od tego, jaką twarz w danym momencie przyjmuje. Wspomnienia i wyobrażenia zawsze prowadzą mnie do tego samego punktu. Na końcu drogi zawsze staję w obliczu ziejącego pustką otworu. Jest jak przeszkoda, której nie potrafię ominąć. Bardzo wiele rzeczy sprowadza się tylko do niej – do tej przeszkody, do tego braku, nad którym nie mogę przejść do porządku dziennego. Zadaję mu pytania – o czym ty jesteś? Czego potrzebujesz? Gorączkuję się, chodzę w kółko, dociskam, napieram, grożę, czasem się złoszczę. Zaspokojenie tej tęsknoty to moje najskrytsze marzenie; fantazja rozmiarów rozwiązania problemu głodu na świecie.
Czasem, kiedy przysiadam się do tej pustki i spuszczam głowę na kolana, zmęczona walką i zmianą, nie mam siły na nic innego niż słuchanie. Wtedy uchyla się rąbek kurtyny. Pustka wyciąga do mnie rękę i pozwala przyjrzeć się swoim kształtom. Zaczynam rozumieć o jedną cegiełkę więcej.
Mam w głowie początek i koniec – spotkanie z terapeutką i newsletter Ewy Kalety, oba te wydarzenia jak klamra spinająca przedziwne wydarzenia tego tygodnia w całość. Tą klamrą jest zmęczenie. Smutne, puste oczy patrzące w dal i twarz, która rozświetla się w miarę opowieści z dawnych lat. Zmęczenie, które nie mówi o stanie fizycznym – zmęczenie, które mówi o braku. Jest taki cytat:
You often feel tired not because you’ve done too much, but because you’ve done too little of what sparks a light in you.
Moją cegiełką z tego tygodnia jest wielka tajemnica – perpetuum mobile człowieka. Ta tęsknota, ta pustka, wszystkie twarze przemykające mi przed oczami – to wysysanie staje się największym napędem do życia. W przedziwny sposób doświadczenie braku i pustki, tego ziejącego otworu, staje się motorem, kierunkowskazem, machiną uruchamiającą drgania każdej komórki całego ciała. Jest powodem wydarzeń świadomych i nieświadomych. Jest odżywczą energią; sposobem, w który mówisz „tak, żyję”. Jest dla mnie definicją zdania – czuję, że żyję. Żyję, kiedy napędza mnie ta energia; ta wszechogarniająca ekscytacja związana z obcowaniem ze swoją tęsknotą.
Obcuję zatem. Czasem spalam się po drodze – nie czerpię oddechu wystarczająco głębokiego, żeby nie utonąć w tej feerii przeżyć wewnętrznych. Lęk i brak to największe drogowskazy – nie ma większego napędu do życia niż świadome przekraczanie ustanowionych przez siebie niegdyś granic. Granic rozsądku, granic możliwości, granic moralności.












