Alfons Mazurkiewicz, autor monochromatycznych, teksturowych obrazów, miał twierdzić, że dobrze spędzić lato, to obserwować codziennie jedno źdźbło trawy. Wydaje się to być decyzją szaloną, wymagającą wysiłku percepcyjnego ponad miarę. "Skroń" Marleny NIemiec to książka, która decyduje się na podobny gest. Jest jak mikroskop, za pomocą którego podmiot bada tkankę własnego języka. Pełno w niej pozorów leksyki i czułości, zdrobnień, powitań i pożegnań. Jest to więc praktyka językowego field recordingu; świadoma każdego zarejestrowanego przez siebie dźwięku, splątanego w homonimach. To też konsekwentna archeologia umysłu pozbawionego początku, zbudowanego z konstelacji drżących nitek doświadczenia i wielu rodzajów pamięci. Bo jak może istnieć początek historii partykularnego podmiotu, gdy ostatecznie znika w głębinie stylizacji? Gdy "ja" się rozmywa, roztapia w kruchości. Lecz podmiot zdaje się odnajduje coś, co go pociesza... Otóż tam, na dnie, w mroku, może wciąż wymacać własne żebro. Czytajcie, bo to poezja, która ma naprawdę swój idiom, zupełnie niepowtarzalny.











