Recenzja z biegu "10tka po ziemi Biłgorajskiej"
Dnia 05.10.14 wybrałem się na kolejne zawody uliczne, tym razem 10km w 90% po nawierzchni asfaltowej. Lecz nie pojechałem tam sam. Umówiłem się na te zawody z osobą posiadającą nieprzeciętną wiedzę jak i doświadczenie w biegach długodystansowych- Pawłem Wysockim. Osoba ta pracuje w lubelskim sklepie Perfect Runner i prowadzi również treningi dla grupy biegowej o tej samej nazwie. Miałem zatem okazję by porozmawiać z kimś mojego "pokroju". Razem świetnie się dogadujemy odnośnie kwestii treningowych i uzupełniamy wiedzą. Rozmowa taka daje wiele korzyści w postaci cennych uwag od kogoś, kto jest w stanie ocenić "chłodnym" okiem nasze poczynania i mówi nam jak to wygląda z boku. Należy też wspomnieć iż również Paweł prowadzi własnego bloga na stronie http://www.lubelskibiegacz.pl/
Przejdźmy teraz do kwestii związanych z organizacją. Na miejsce dotarliśmy odpowiednio wcześniej by uniknąć stresu. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się po pakiety startowe. W tym miejscu należy wspomnieć iż organizacja raczej stała na średnim poziomie. Nie raz zdarzały się pomyłki i niedopatrzenia, a nawet zgubienia zgłoszeń czy pakietów dla poszczególnych zawodników. To ostatnie nie powinno mieć wql miejsca... No ale idźmy dalej. Po odbiorze pakietów ruszyliśmy na rozgrzewkę, a następnie na linię startu. Tłumów nie było, bo startowało zaledwie ok. 130 osób, co również może świadczyć o nieprzychylnej opinii organizacyjnej poprzednich uczestników. A skoro o tym mowa dopełnijmy formalności. Trasa biegu nie była oznaczona wql znakami pionowymi, a te poziome pojawiały się raptem kilka razy (ponoć każdy km miał być dobrze oznaczony) oraz nie posiada atestu, więc jak się pewnie domyślacie odcinek 10km jest pokonywany niemalże w linii prostej z punktu a do b. Jest to zatem spore utrudnienie dla osób towarzyszących, które muszą przywieźć wszystko na metę. Na samej zaś trasie był ponoć jeden punkt z wodą, która bezpańsko stała i czekał aż ktoś ją weźmie (nie było osób podających tą wodę)- ja osobiście niczego nie widziałem ale tak czy siak nawet jeśli ta woda tam była- katastrofa organizacyjna. Ten sam wątek dotyczy wody na mecie, której nie było ponieważ zgrzewki stały w oddalonym o ok. 100m miejscu z poczęstunkiem. No i tu w końcu miła niespodzianka, poczęstunek był w sporej ilości i niejednolity (ciasta/ kaszaki/ grochówka) więc nie zabrakło nikomu. To samo tyczy się kawy i herbaty. Wracając jeszcze do trasy była ona dobrze zabezpieczona służbami porządkowymi, denerwowały tylko komunikaty pilotów rowerzystów aby biec jedynie prawą stroną mimo iż ruch był odizolowany. Następną rzeczą jest wynagrodzenie, które wbrew niskiej wysokości wpisowego było dość sowite jak na bieg o charakterze raczej lokalnym. To tyle odnośnie "otoczki", czas na danie główne.
Posiłek zjadłem na 3,5h przed startem, były to 3 kanapki z nutellą. Rozgrzewka przeprowadzona dość dobrze choć o jakieś 5-10 minut zbyt wcześnie rozpoczęta. Przyszła pora na start. Tutaj należy nadmienić iż na kilka dni wcześniej pojawił się problem z kolanem i start ten był ryzykowny lecz nie chciałem odpuścić go ze względu na dystans 10km, który potrzebny jest mi jako "obiegany" do startów na bieżni, moje przygotowanie, a tym samym chęć sprawdzenia swoich możliwości przy nowym systemie treningów, o których napiszę wkrótce. Wręcz przeciwnie chciałem pójść mocno od samego początku i zobaczyć na co mnie stać. A gdybyście znali moją osobę wiedzielibyście, że jak już coś sobie postanowię to trudno mnie odwlec od spełnienia zamiarów :P. Potencjalnemu wynikowi sprzyjał fakt iż trasa nie posiada zbyt dużych przewyższeń co również przyczyniło się do decyzji wystartowania właśnie tutaj. Jedynie w 1 miejscu należy pokonać "wał" by wbiec na otaczającą zalew kostkę brukową. A więc wystartowaliśmy. Początek był w porządku choć na świeżości to normalka. Jednak już po 1 km czułem, że nie jest to to czego oczekiwałem, a mianowicie nie mogłem znaleźć "swojego" rytmu biegowego. Generalnie podczas zawodów na dłuższych dystansach ulicznych pierwszy kilometr, a nawet 2 są dla mnie jakby niewygodne. Dopiero po tym 1-2 kilometrach odnajduję swój rytm i wtedy mogę już lecieć do końca równym tempem. Tutaj było zupełnie na odwrót. Przyczynił się do tego zapewne fakt iż obecnie nie wykonuję żadnych treningów tempowych, a zatem nie byłem zwyczajnie przyzwyczajony na tempo rzędu 3,10 min/km. Ale po końcowej ocenie nie przejmuję się, gdyż tak właśnie być powinno. Teoretycznie już dawno powinienem zacząć całkowite roztrenowanie, więc nie mogę wykonywać w tym czasookresie mocnych akcentów, tym bardziej iż w tym sezonie startowałem w większej ilości na dystansach długich, a zatem zmęczenie organizmu startami jest z pewnością spore. Wróćmy do biegu. Warunki pogodowe były od strony temperatury sprzyjające lecz 80% trasy należało pokonać pod dość silny wiatr i w mojej ocenie było to spore utrudnienie wymagające momentami silnej pracy rąk. Od ok. 16 minuty zacząłem mieć też o dziwo problem z prawidłowym oddechem i sapałem niczym parowóz :D. Rozum zaczął podpowiadać z tamtą chwilą, że wynik nie będzie tak cudowny jak przypuszczałem po ubiegłych w zeszłym tygodniu zawodach w Lubartowie :P I choć w prawdzie miałem sporą stratę już wtedy do następnego zawodnika (Kamila Jastrzębskiego) bo ok. 150-200m to wiedziałem, że on powinien biec równo dobrym tempem i muszę utrzymywać choćby kontakt wzrokowy by dobiec z przyzwoitym czasem. Żeby było ciekawiej zaraz po spojrzeniu na zegarek, a więc myślę że gdzieś koło 17 minuty pojawił się skurcz mięśni brzucha tym razem dla odmiany po lewej stronie (pewnie spowodowany nietypowym cyklem oddechowym). A wiedziałem przecież iż jeszcze czeka mnie tykająca bomba zegarowa- kolka :D, która łapie mnie zawsze po stronie prawej. Zaczęła się więc walka z myślami. Nie było już mowy o gonieniu czy ruszeniu mocnym za przeciwnikami lecz wytrzymaniu tempa i niepoddawaniu się choćby nie wiem co :P Przecież to miał być start ku pokazaniu niedowiarkom iż mimo słabej 2 części sezonu na bieżni nie powiedziałem ostatniego słowa w tym roku i zawsze jestem groźnym zawodnikiem, z którym należy się liczyć. Tak więc przysłowiowo zacisnąłem zęby i biegłem dalej aż do 24 minuty gdzie zaczął się ból przyczepu mięśnia 4-głowego (prawdopodobnie związany z przeciążeniem kolana). Leciałem dalej nie zwalniając tempa. W tym dniu nic nie było w stanie złamać mnie psychicznie co okazało się połową sukcesu niedoszłego rezultatu. Nastąpiła 30 minuta gdzie złapała mnie tradycyjna kolka. Szczęście w nieszczęściu że tak późno, bo ból tym razem był duży i nie wiem czy dobiegłbym gdyby złapał wcześniej. Jednak gdy już miałem wykonywać czynności uciskające miejsce bólu zaczęły dochodzić mnie słuchy spikera z głośników. Wiedziałem że meta jest niedaleko i chwilę później oczom ukazał się typowy balon. Zacząłem resztkami sił przyśpieszać, również mój problem brzuszny chcąc dotrzymać mi towarzystwa nasilał się coraz bardziej :P. " Jest !!! Ukończyłem wreszcie tą mękę :P Ooo i czas wbrew pozorom dobry, kurczę... całkiem dobry. Stary dałeś radę wykręcić 32 minuty wbrew przeciwnościom, pomyśl co by było bez nich... " Takie właśnie myśli pojawiły się tuż po przekroczeniu mety. Wynik jaki uzyskałem to 31:59 gorszy od rekordowego biegania z początku sezonu o zaledwie 22 sekundy. No i właśnie co by było gdyby...? Gdyby nie było zbyt dużego wiatru, nie doskwierały problemy z brzuchem, a przede wszystkim gdybym był w treningu tempowym??? Myślę że spokojnie pobiegłbym 31:40 co na bieżni, w kolcach dałoby wynik rzędu 31:20. Oczywiście są to tylko spekulacje i należy brać pod uwagę również fakt, że ponoć trasa była o jakieś 50-100m krótsza według różnych uczestników. Jednakże liczy się tutaj sama świadomość potencjału. A jak wiadomo im bardziej o czymś myślimy, tym bardziej staje się to dla naszego mózgu realne mimo iż może odbiegać od prawdy :P Lecz właśnie to jest w moim obecnym przypadku kluczem do sukcesu. Gdy uwierzę w siebie oraz swoje możliwości w końcu się przełamię jak na Akademickich Mistrzostwach Polski, a wtedy... wtedy to już nie będzie dla mojej mózgownicy rzeczy nierealnych :P












