Pierwotny las...
Ancient forest...
seen from United States

seen from United States

seen from Maldives
seen from Iraq
seen from Russia
seen from United Kingdom
seen from China
seen from Germany

seen from Russia

seen from Argentina

seen from Netherlands
seen from United States
seen from Philippines
seen from United States
seen from China

seen from United States
seen from Chile

seen from Australia

seen from Netherlands
seen from United States
Pierwotny las...
Ancient forest...
Pierwotny
Magia jest prawdziwa. Całe życie zapewne słyszeliście
o czarach. Było ich pełno w baśniach, które czytali wam rodzice do poduszki, nie brakowało ich w lekturach szkolnych, ani w literaturze, po którą sięgaliście w późniejszych latach. Czarodzieje, magowie, wiedźmy, oraz czarodziejki zadomowiły się w kulturze masowej i świadomości społecznej na dobre. Historia również pełna jest wzmianek o magii, choć nikt nie traktuje ich na poważnie. A czy uwierzycie mi, gdy powiem wam, że to nie są głupie bajki, że widziałem prawdziwą magię na własne oczy?
Magia istnieje. Kiedyś przynajmniej istniała, a jeśli to czytacie, to możecie uznawać się za szczęściary żyjących w świecie wolnym od tego przekleństwa.
Siedział w jaskini, jego długie, czarne niczym oko bestii włosy błyszczały w świetle ognia znajdującego się za jego przygarbionymi plecami. Ciepło było przyjemne, zwłaszcza po porannym polowaniu na ryby w pobliskim strumieniu. Dni stawały się coraz krótsze i zimniejsze, więc pewnie było to jedno z ostatnich takich polowań tego sezonu.
Maczał właśnie palce w krwi zmieszanej z pyłem, po czym trzema pewnymi ruchami dłoni namalował na ścianie jaskini rybę. Jego dzisiejsze malowidło przedstawiało wszelkie rodzaje polowań i nie mógł pominąć łowienia ryb, w którym zawsze był dobry. Gdy po namalowaniu jeszcze trzech ryb zaczął starannie wycierać ręce w starą niepotrzebną skórę, usłyszał swojego brata, który podszedł do niego.
– Mern – powiedział stojący nad artystą brat – jak wstanie dzień idziemy na ostatnie duże polowanie tego lata, bądź gotów. Idź spać, wyruszamy o świcie.
– Dobrze Duro – odpowiedział swemu bratu artysta wracając do malowania.
Gdy odwrócił się, aby spojrzeć bratu w oczy dostrzegł ze zdziwieniem, że Duro właśnie podnosił się ze swojego miejsca przy ogniu.
– Nic do ciebie nie mówiłem, – odrzekł zamierając w bezruchu, a pozostali rzucali przelotne spojrzenia raz jemu raz Mernowi – jeszcze.
– Jesteś pewien? – zapytał zszokowany Mern – Słyszałem jak mówiłeś o polowaniu, stałeś tuż za mną.
– Nie, właśnie zamierzałem podejść do ciebie i ci o tym powiedzieć. Co się z tobą dzieje Mern?
– Nie wiem. – odpowiedział z nutą niepewności w głosie – Może lepiej się położę.
* * *
O świcie czterej bracia, najstarszy Duro, drugi pod względem wieku Mern oraz urodzeni kolejno Tor i T’Kon wyruszyli na polowanie. Planowali upolować dużą zwierzynę, mamuta lub jelenia, aby zapewnić swojemu stadu dużo mięsa na zimne dni, które niedługo miały nadejść. Zabrali ze sobą dzidy, łuki i kamienne noże, wysmarowali twarze, aby bogowie łaskawiej na nich spojrzeli i podążyli wzdłuż strumienia płynącego nieopodal ich jaskini. Skierowali się w stronę puszczy, która od wielu lat ich karmiła, puszczy, która nigdy ich nie zawiodła, gdy potrzebowali pożywienia.
Z racji swego wieku Duro pełnił rolę przewodnika. Krocząc między drzewami zdecydował poprowadzić swych braci w kierunku polany z drugiej strony lasu. Ich ojciec, zanim zginął, brał go na polowania w to miejsce jeszcze jak Duro był młodym chłopcem. Polana na skraju była znanym miejscem żerowania jeleni i zawsze można było spodziewać się tam łatwej zdobyczy.
Byli głęboko w gąszczu kiedy Merna ogarnęło dziwne, nieznane mu wcześniej przeczucie, pewnego rodzaju nietypowy niepokój. Początkowe wrażenie lęku przekształciło się w ucisk w żołądku, a następnie wyraziło się, jako stuprocentowe przeświadczenie, że na polanie nie zastaną tym razem jeleni. Intuicja podpowiadała mu, że lepiej znaleźć inne łowisko.
– Duro – półgłosem odezwał się do brata Mern – mam wrażenie, że tam nie będzie zwierzyny. Chodźmy lepiej w drugą stronę, w dolinie na pewno zastaniemy jakieś mięso.
– Idziemy na polanę i koniec. Tam zawsze są jakieś zwierzęta do upolowania.
– Ale ja…
– Ja decyduję! – warknął na niego Duro – Ja jestem przewodnikiem stada, ja jestem teraz najstarszy, a ty masz słuchać.
Mern nie odpowiedział, spuścił tylko głowę i podążył za bratem w pokorze jak nakazywała tradycja stada. Niepokój jednakowoż wrócił i nie chciał go opuścić.
Po przebyciu pozostałego odcinka drogi dotarli do skraju puszczy, miejsca gdzie gęsty las przechodzi w zieloną otwartą polanę. Mając włócznie w gotowości zakradli się w zarośla w celu wybadania terenu. Złe przeczucia Merna sprawdziły się jednak, bowiem na polanie zamiast żerujących rogaczy cztery tygrysy ucztowały na upolowanym wcześniej jeleniu i jego młodym. Ich długie niczym ludzka dłoń kły ociekały krwią, a sierść na łapach i pysku zmieniła kolor z piaskowego na krwisto czerwony.
– Mern miał rację! – wyszeptał do brata Tor – Co teraz?
– Wracamy po cichu. – odrzekł z pozoru spokojnie Duro, cały czas mając koty na oku – Idziemy do doliny.
Wycofując się krok po kroku cały czas kontrolowali pozycje drapieżników. Najpierw szedł Tor, czujnie stąpając i obserwując dokładnie całe swoje otoczenie. Następnym w tej nietypowej procesji był Mern, który skupiał swoją uwagę na ostrożnym ustawianiu stóp, ufając, że jego bracia dadzą znak do ucieczki, jeżeli tygrysy ich zwęszą. Wolał mieć pewność, że nie zdradzi ich nieopatrznie postawionym krokiem. Natomiast T’Kon, najmłodszy z czwórki myśliwych bał się wielkich kotów tak bardzo, że strach zagłuszył wszystko, czego uczyli go o polowaniu bracia i zapomniał o wszelkiej ostrożności chcąc jak najszybciej oddalić się od morderczych bestii.
Nie odrywając wzroku od żerujących tygrysów T’Kon nadepnął na jakieś małe kolczaste zwierzę i razem wydali z siebie wysoki pisk. O ile młodzieniec szybko zareagował i zatkał usta o tyle małe stworzenie z rodziny jeżowatych nie chciało przestać piszczeć zwracając tym samym uwagę drapieżników. Tygrysy podniosły głowy i oczy jednego z nich spotkały się z oczami T’Kona, który po nadepnięciu na jeżowatego stał wyprostowany nad krzewami.
W mgnieniu oka cztery krwiożercze bestie rzuciły się w kierunku czterech braci, którzy wykazując się trzeźwością umysłu zabrali się do ucieczki. Niedoszli łowcy stali się teraz zwierzyną. T’Kon z racji swojej zranionej nogi nie był w stanie oddalić się zbyt daleko i poległ pod potężnym ciosem zaopatrzonej w długie i ostre pazury łapy jednego z tygrysów. Aby upewnić się, że ofiara nie żyje zwierzę rozszarpało mu gardziel, wydzierając również część szczęki, a następnie dołączyło do pościgu.
Biegnąc między drzewami ratowali swe życia. Mern i Duro byli zdecydowanie szybsi od Tora, który po chwili również został złapany przez dwa wielkie koty. Te jednak nie rzuciły się do dalszej pogoni, ale zaczęły spierać się o martwego Tora głośno warcząc jeden na drugiego i machając łapami. Trzeci z tygrysów, minął walczących i pognał za pozostałymi ludźmi, aczkolwiek, gdy Mern obrócił się, żeby zobaczyć stan pościgu, a jego oczy spotkały się z oczyma kota, wielka bestia zaryła łapami hamując, po czym uciekła w bok znikając w głębi lasu.
Śmierć dwóch najmłodszych braci zwiększała szansę na przeżycie zarówno artysty jak i przewodnika stada, lecz czwarty tygrys, ten, który zabił T’Kora nie dawał jednak za wygraną i skutecznie zmniejszał odległość między nim, a uciekającymi ofiarami. Mern powoli zaczynał tracić siły a wraz z nimi nadzieje, natomiast lepiej przystosowany do biegu Duro wciąż był w stanie uciekać i począł wyprzedzać brata.
Młodszy z braci patrzył na plecy przeganiającego go brata i powoli godził się ze swoim losem, gdy nagle Duro zniknął. Mern błyskawicznie zrozumiał co się stało i przygotował się do skoku. Gdy dostrzegł krawędź dawnego koryta rzeczki wybił się z całych sił i pokonał dystans przelatując na drugi brzeg nad leżącym i trzymającym się za nogę Duro. Mern zatrzymał się i sięgnął do brata, ale gdy zobaczył, że ten nie jest w stanie się podnieść i podciągnąć, zeskoczył do niego na niegdysiejsze dno rzeki i starał się mu pomóc.
– Wstawaj, musimy iść! – krzyknął przerażony Mern, a jego głos przepełniony był pośpiechem
– Nie mogę! Noga! – przewodnik odpowiedział, a jego głos przepełniony był bólem.
Wtem pędzący za nimi tygrys wyłonił się na brzegu uskoku zatrzymując się tuż przed krawędzią. Przez kilka sekund patrzył na swoje uziemione ofiary z gniewem i zwierzęcą żądzą w oczach, po czym skoczył na nich.
– NIE! – wrzasnął z zamkniętymi oczyma Mern, odruchowo wyrzucając przed siebie dłoń, aby zasłonić się przed atakiem.
Gdy przez chwilę nic się nie wydarzyło, żaden dźwięk nie dobiegał uszu Merna, ani nie czuł on żadnego bólu, młodzieniec postanowił powoli otworzyć oczy. Tuż przed jego ręką wisiała w powietrzu otwarta, gotowa na mord paszcza wielkiego tygrysa, a jego szeroko rozłożone łapy z rozpostartymi ostrymi pazurami gotowe były rozszarpać obu braci. Otrzeźwiały już lekko Mern opuścił rękę i wciąż z lękiem w sercu odsunął się w bok gdzie ukazała mu się cała niezwykłość tej sytuacji. Mordercza kreatura zawisła w trakcie skoku i wydawało się, że całkowicie zamarła, bowiem nie ruszała się ani jej klatka piersiowa ani oczy. Nic nie podtrzymywało cielska tygrysa, aczkolwiek ten wydawał się być jakby uwiązany na niewidocznych linach.
Artysta dopiero teraz poczuł ogromne zmęczenie jakie ogarnęło jego ciało, zatoczył się, złapał za skroń i oparł o pionowy brzeg tuż obok swojego brata. Usiadł i trzymając się czoła zastanawiał się, co się właśnie wydarzyło, zaś, gdy rozejrzał się dookoła, dostrzegł, że owady żyjące w trawie też przestały się poruszać. Wydawało się, że tylko on i jego brat byli w stanie ruszyć się z miejsca, a cała okoliczna fauna zastygła w bezruchu. Duro patrzył wystraszony na Merna, a gdy ich oczy się spotkały lekko się odsunął.
– Jak to zrobiłeś? – powiedział z wyraźnym strachem w głosie Duro
– Ja to zrobiłem? Jesteś pewien?
– Tak. Wrzasnąłeś i jakieś dziwne światło wyszło z twojej ręki. Kiedy dotknęło kota, ten zatrzymał się, tak samo jak reszta zwierząt.
– Jak to możliwe?
– A skąd ja mam to wiedzieć? Pomóż mi wstać i uciekajmy stąd zanim się przebudzą.
Mern wziął swojego brata pod ramię i pomógł mu się podnieść, po czym wspólnymi siłami wydostali się z koryta rzeczki. Na górze dostrzegli pozostałe tygrysy zatrzymane w trakcie pożerania Tora. Artysta zamknął oczy gdy jego serce zalała fala rozpaczy i bezsilności.
– Nie – wyszeptał, po czym opadł na ziemię bez sił.
Ostatnim co zobaczył zanim zemdlał był blask bijący od nogi Duro.
* * *
Mern przebudził się w jaskini na posłaniu z grubych futer. Było mu gorąco, gdyż przykryty był kilkoma kolejnymi skórami, a rozpalony nieopodal ogień dodatkowo go ogrzewał. W pewnej odległości od niego w półkręgu siedziało całe jego stado, ich oczy skierowane na budzącego się młodzieńca.
– Masz, napij się. – powiedziała jego siostra Joa podając mu miskę z wodą.
– Jak… – wyszeptał Mern, którego gardło było wciąż szorstkie.
– Śpisz trzeci dzień. Martwiliśmy się o ciebie.
– Duro?
– Jestem tutaj bracie.
– Co z twoją nogą?
– Cała, uleczyłeś ją.
– Ale jak… – odrzekł Mern zmartwiony – Ja nic nie…
– Posłaliśmy po szamana jak spałeś. Twierdzi, że to, co cię spotkało to dar od boga. Poszedł nazbierać ziół, zaraz tu będzie sam z nim porozmawiasz.
– Stara babka też tak mówi – dodała Joa – Wielkie oko w niebie musiało cię ocalić. Jesteś wybrany.
– Tak, wybrany. – Mern usłyszał niski znajomy głos.
– Witaj znachorze.
– Nie kłaniaj mi się o wybrany. To ja, Asbak, powinienem kłaniać się tobie. Wielkie oko boga, co świeci w niebie i daje nam ciepło i życie upodobało sobie ciebie. Zostałeś obdarzony jego mocą żebyś mógł chronić i prowadzić nas wszystkich.
– Chronić i prowadzić? – odrzekł Mern dając upust swojemu zaskoczeniu – Przecież nie jestem najstarszy, nie ja jestem przewodnikiem stada.
– Jesteś. – powiedział krótko Duro – Jak tylko wyzdrowiejesz zostaniesz naszym wodzem.
– Ale to tobie przypada ta rola, ty jesteś najstarszy.
– Wiek nie ma znaczenia teraz, – Duro mówił z pokorą i pewnością siebie jednocześnie – zostałeś wybrany przez boga, tylko to się liczy.
Po tych słowach, wszyscy zgromadzeni, łącznie z Asbakiem, który nie był członkiem stada uklękli i oddali pokłon swojemu nowemu wodzowi.
* * *
Gdy minął księżyc Mern okiełznał swój dar w znacznym stopniu i nauczył się używać go świadomie. Poznał tajniki swojej nowej mocy i znalazł dla niej wiele nowych zastosowań. Usprawniał życie swojego stada w każdy z możliwych sposobów. Zdobywał dla nich pożywienie z ogromną łatwością, gromadząc zapasy na zimne dni. Ogrzewanie jaskini stało się o wiele łatwiejsze, a jego nowe zdolności pozwoliły mu nawet uszczelnić wejście do jamy tak, że zimno nie wkradało się do wnętrza, a mieszkańcy czuli się bezpiecznie odgrodzeni od drapieżnych zwierząt.
Duro stał się prawą ręką wodza, pomagając mu jak tylko był w stanie. Wdzięczność za uratowane życie nie pozwalała mu zachować się inaczej, nawet, jeżeli utracił władzę na rzecz młodszego brata. Wraz z Mernem snuł plany na nadchodzącą zimę oraz dyskutował na temat postępowania stada w lecie. Pomimo, że to nie on posiadał boską moc, zdawał się dostrzegać jej potencjał równie dobrze jak Mern.
Asbak nie musiał zajmować się już leczeniem chorych, gdyż Mern radził sobie doskonale ze wszelkimi dolegliwościami. Dlatego tez znachor postanowił powrócić do swojej chaty, gdzie mógł udzielać pomocy innym stadom. Poważniejsze dolegliwości odsyłał do Merna, natomiast pozostałych potrzebujących leczył jak dotychczas. Gdy został wezwany do chorych w innych stadach, upewniał się, że każdy wysłuchał jego opowieści o artyście obdarzonym magiczną mocą. Dzięki jego gawędom wieść o potężnym wybrańcu bogów rozeszła się szybko po okolicy, a zauroczeni ludzie rozważali migrację.
Tuż przed rozpoczęciem zimy, gdy wiatr nieprzyjemnie szczypał skórę swoimi maleńkimi kleszczykami mrozu, ale śnieg jeszcze nie zdążył spaść, w pobliżu jaskini pojawili się pierwsi pielgrzymi. Ludzie z wielu okolicznych stad przybywali licząc na pomoc i uzdrowienie, którego nie mógł zapewnić im Asbak. Ci, których Mern wyleczył zostawali razem z jego stadem, wdzięczni za wsparcie i bezpieczeństwo.
Magia, jaką został obdarzony sprawiła, że zanim nadeszły pierwsze śniegi, stado, którego był wodzem rozrosło się dwukrotnie. Jaskinia, w której dotychczas żyli bez problemów, nagle stała się zbyt ciasna, ale Mern, Duro i przybyły kilka dni wcześniej Asbak postanowili przeczekać w tym stanie zimę i zająć się problemem dopiero, gdy nadejdzie pora ciepła.
Wśród nowo przybyłych było wiele różnych osób. Były samotne kobiety, rodzice z dziećmi oraz samotny mężczyzna z blizną na lewej dłoni. Znalazł się również mężczyzna w średnim wieku, którego przyprowadziła jego córka. Kles, bo tak rzekomo miał na imię, był wodzem innego stada, a jego dolegliwością była rozszarpana przez tygrysa ręka. Mężczyzna został zaatakowany dwa dni wcześniej na ostatnim polowaniu, którego podjął się w akcie desperacji, pragnąc zapewnić swoim bliskim, chociaż odrobinę jedzenia na zimę. Udało mu się uciec z życiem, ale gdy jego rywal zobaczył ranę Klesa, zagroził mu kamiennym nożem i wygnał go, samemu przejmując władze w stadzie. Jego córka Besla, nie mogąc patrzeć na los, jaki spotkał ojca ruszyła razem z nim, prowadząc go w kierunku, o którym mówił Asbak, gdy był przy porodzie jej siostry.
– To powinno pomóc. – powiedział do Besli Mern, po tym jak za pomocą magii wyleczył rękę jej ojca – Teraz będzie spał kilka dni, ale jak wstanie będzie już zdrowy.
– Dziękuję ci o wybrany. – powiedziała dziewczyna kłaniając się Mernowi.
Magik uchwycił ją za ramiona i pociągnął do góry. Patrząc jej głęboko w oczy rzekł:
– Zostańcie z nami, przeczekamy wspólnie zimę w jaskini, będziecie bezpieczni.
– Jeszcze raz dziękuję Mernie. – odpowiedziała cicho.
Mern odszedł zająć się innymi obowiązkami zostawiając Beslę przy ojcu. Gdy wieczorem położył się spać dziewczyna wciąż czuwała nad chorym ojcem. W nocy, kiedy ostatni członkowie stada poszli już spać, Besla opuściła ojca, rozłożyła wolną skórę obok Merna i skulona położyła się przy nim. Jej ruch rozbudził wodza, ale ten postanowił nie zareagować i czuwał dopóki oddech Besli nie uspokoił się.
Nazajutrz, gdy Mern się obudził, dziewczyny nie było przy jego boku, ale zobaczył ją siedzącą przy ojcu. Odwróciła głowę, aby spojrzeć na Merna i ich oczy się spotkały. Patrzyli na siebie chwilę, a magik dopiero teraz dostrzegł jej piękno. Łagodne linie subtelnie zaznaczały jej pociągłą, lekko spiczastą twarz, tak różną od tych, które widywał dotychczas. Proste, starannie rozczesane, brązowe włosy harmonizowały z jej ciemnymi oczami, a delikatny nos nie odwracał uwagi od ich głębi. Zmysłowe usta wygięły się w niewielkim uśmiechu, który całkowicie odzwierciedlony był w jej oczach. Mern odpowiedział jej uśmiechem.
Nie mógł na to nic poradzić, to było jak choroba, jego myśli wciąż uciekały do pięknej obcej. Nie był w stanie skupić się na niczym, a jego wzrok wciąż uciekał w jej stronę. Może i był najpotężniejszym człowiekiem w okolicy, może i był wybrańcem boga, ale nie był w stanie poradzić sobie z obecnością Besli. Szybko wpadł na pomysł wykonywania czasochłonnych prac z dala od jaskini, ale nawet dzieląca go od niej odległość nie pomagała.
Po trzech dniach Kles doszedł do siebie. Mern nie mógł już więcej unikać kontaktu z Beslą, ale tym razem będąc przy niej miał kogoś innego do rozmowy, bo myśl o zamienianiu kolejnego zdania z nią przerażała go dogłębnie. Gdy uporał się z porannymi obowiązkami takimi jak odpieczętowanie wejścia, czy zagrzanie jaskini i rozpalenie ognia, podszedł do Klesa i Besli.
– Jak się czujesz Klesie?
– Dobrze, dziękuję za pomoc. –wyleczony odpowiedział chłodno – Więc to, co mówią to prawda, jesteś wybrany.
– Jak widać.
– Besla mówiła mi, że zaproponowałeś nam schronienie. Bardzo szczodrze z twojej strony. Dziękujemy. – Kles rzekł skinąwszy głowę w uznaniu.
– Nie dziękuj. Przyjmujemy wszystkich, w końcu w jakimś celu zostałem wybrany. Razem z Asbakiem i Duro uznaliśmy, że najlepiej będzie pomagać innym. Duro ma pomysł jak pomóc większej liczbie ludzi, ale to możemy zrobić dopiero jak się ociepli.
– Chętnie zostaniemy żeby zobaczyć te wasze plany.
– Jesteście tutaj mile widziani.
– Jak tylko moja ręka wróci do normy pomogę wam w obowiązkach.
– Nie przejmuj się tym przyjacielu, teraz tylko odpoczywaj. – powiedział magik, po czym wstał – Obowiązki mnie wzywają. Zaglądnę do was później.
Mern oddalał się od wyleczonego wodza, gdy nagle poczuł dotyk na ramieniu. Zatrzymał się, odwrócił i dostrzegł stojącą przed nim Beslę. W kącikach oczu dziewczyny dostrzegł łzy, ale jej wzrok nie ukazywał smutku.
– Dziękuję ci jeszcze raz za pomoc Mernie – powiedziała młoda kobieta – Jak ci się odwdzięczę?
– Nie musisz.
– Może pomogę ci w obowiązkach? – zaproponowała uśmiechając się delikatnie.
– Jeżeli chcesz.
Przez kolejne kilka dni Besla naprzemiennie pomagała swojemu ojcu oraz Mernowi. Wraz z biegiem czasu magik przyzwyczajał się do obecności dziewczyny. Coraz częściej prosił ją o pomoc, nawet, jeżeli nie do końca jej potrzebował. Wspólnie jedli, spali blisko siebie oraz długo rozmawiali.
Długie zimowe wieczory pozwoliły Mernowi powrócić do swojego dawnego zajęcia i ponownie zaczął malować ściany jaskini. Besla przysiadała się do niego za każdym razem i bez słowa patrzyła jak magik maluje. Malowidła wodza przedstawiały teraz ich obecną sytuację, znajdowała się na nich jaskinia, tłumy ludzi oraz słońce. Jednego dnia namalował moment, gdy Duro oddał mu władzę nad stadem, a pozostali bili mu pokłony.
– Co teraz malujesz, Mernie? – zapytała jednego wieczoru Besla.
– Nasze plany – odpowiedział artysta, gdy dokończył jeden z elementów malunku – Zastanawiam się jak to będzie wyglądało jak skończymy.
– A ten na środku to kto?
– Ja. – odparł wybraniec.
– W takim razie czegoś mi tu brakuje – rzekła Besla schylając się aby zamoczyć palec we krwi, której Mern używał do malowania.
– Czego? – Mern zapytał z wyrazem zdziwienia na twarzy.
– Nie czego, tylko kogo. Wódz musi mieć kobietę. – to powiedziawszy spojrzała mu głęboko w oczy, a po upływie zaledwie chwilki, która dla Merna i tak trwała zbyt długo, pocałowała go.
* * *
Mijały tygodnie, zima srożyła się, a ludzie Merna niecierpliwili się. Dnie mijały na prostych czynnościach jak szycie, zaplatanie koszy, czy robienie kamiennych narzędzi, wieczory zaś spędzali przy ogniu. Nowoprzybyli chętnie dzielili się opowieściami ze swoich stron i równie chętnie słuchali jak Duro przedstawiał dzieje swego stada.
Mern zbliżył się do Besli całkowicie. Byli teraz nierozłączni, a całe stado uznawało ją za jego kobietę i okazywało jej odpowiedni szacunek. Dziewczyna miała zwinne palce i lubiła przyrządzać posiłki, dlatego też często wyrywała się do pomocy przy codziennych zajęciach. Pomimo, że większość kobiet nie chciała pozwolić jej pomagać, Besla dzięki swojemu uporowi potrafiła jednak znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Kles niestety wciąż nie odzyskał pełni władzy w ręce i ani Mern ze swoją magią ani Asbak ze swoimi metodami nie byli w stanie całkowicie mu pomóc. Wygnany wódz siedział więc na swoim posłaniu w odległej części jaskini i unikał spojrzenia innych. Jedyną osobą, z którą chętnie nawiązywał kontakt była jego córka, jednak Mern dostrzegł, że za każdym razem, gdy zbliżał się do wygnańca wraz z Beslą, mężczyzna stawał się opryskliwy. Zaniepokojony zachowaniem teścia, wódz postanowił porozmawiać o tym ze swoja ukochaną.
– Twój ojciec chyba mnie nie lubi. – powiedział do niej pewnego wieczoru, gdy malował na ścianach.
– Wydaje ci się. – odparła beztrosko Besla.
– Wątpię. Zawsze, gdy przy nim jesteśmy razem jest gniewny i niemiły.
– Może boi się o mnie.
– Czemu miałby się bać?
– Bo jestem jego córką, a ty jesteś potężnym wodzem. – odrzekła – Gdybyś chciał mógłbyś mnie zabić i wziąć sobie inną. Tak jak robili w naszym dawnym stadzie.
– Nigdy bym tak nie zrobił, przecież wiesz.
– Wiem, ale on nie przestanie się o mnie bać, jest uparty i będzie się na ciebie już zawsze boczył.
– To co możemy zrobić w takim razie? – zapytał mag.
– Może na początek postarajmy się żeby widywał nas najrzadziej jak to możliwe.
– Mam sobie wziąć inną kobietę? Tego chcesz?
– Nie! Po prostu postarajmy się schodzić mu z oczu. Pójdźmy może na spacer zamiast spędzać czas w jaskini.
– Dobrze, tak zrobimy. – zgodził się wybraniec.
Nazajutrz Mern i Besla powiedzieli, że idą po drewno opałowe i wybrali się na umówiony poprzedniego wieczoru spacer. Wyruszyli wzdłuż strumienia mijając mężczyznę z blizną na dłoni starającego się złowić jakąś rybę w zimnej wodzie. Gdy weszli do lasu zaczęli rozmawiać i rozglądać się za drewnem nadającym się na opał. Wszystkie znalezione gałęzie zostawiali na jednej stercie, którą Mern za pomocą magii przetransportuje z powrotem do jaskini.
Po godzinie lub dwóch wspólnej pracy przepełnionej żartami i dyskusją, postanowili zrobić sobie przerwę i przejść się po okolicy. Mern zaproponował wspinaczkę na niewielkie wzgórze, z którego doskonale widać okolicę, a Besla, która była wciąż nowa na tych terenach chętnie przystała na taką propozycję.
Śnieg utrudniał drogę, ale zakochani brnęli przed siebie nie zwracając uwagi na trud. Cieszyli się możliwością bycia razem i spokojem okolicy. Dziewczyna podekscytowana opisem okolicy, jaki przedstawił jej wódz pognała przed siebie i końcówkę drogi na szczyt pagórka pokonała prawie biegiem. Gdy tylko dotarła na wierzchołek zamarła w bezruchu, a Mern przekonany, że jego kobietę oszołomił krajobraz, wcale się nie spieszył.
Objawienie przyszło, gdy sam stanął na czubku, ramię w ramię z Beslą i ujrzał to, co ona. To nie widok okolicy wprawił ją w osłupienie, ale coś, co było dobrze widoczne na widnokręgu. Oczom młodych ukazało się ogromne stado, a właściwie kilka stad idących wspólnie w kierunku jaskini Merna i jego własnego stada. Nawet z oddali dało się dostrzec grupki ludzi, zapewne spokrewnionych, trzymających się blisko siebie, ale wciąż podążających za tłumem. Instynkt Merna nie dawał mu znać o zagrożeniu i zapomniał już prawie o nietypowym przeczuciu bycia podglądanym, które towarzyszyło mu podczas zbierania drewna.
– Jak myślisz, – zapytała Besla wyrywając go z zadumy – po co tu idą?
– Chcą mojej pomocy. – odparł Mern, dziwnie pewien tego, co mówi – Słyszeli opowieści Asbaka i idą tak jak ty przyszłaś z ojcem.
– Ale gdzie ich pomieścimy, w jaskini?
– Nie zmieszczą się w jaskini, już w tej chwili jest przepełniona.
– A co z twoim planem? – zaproponowała Besla – Nie możesz go przyspieszyć?
– Niestety nie, jest zbyt zimno, a śnieg wszystko utrudni.
– A nie możesz ocieplić okolicy tak jak ocieplasz jaskinię?
– Nigdy nie próbowałem, – odrzekł łapiąc się za brodę – ale powinno się udać.
– Spróbuj tutaj to się przekonamy.
Mern skinął głowa, po czym zamknął oczy, złożył dłonie i skupił swoją moc. Po chwili Besla poczuła na skórze ciepło bijące od maga, a śnieg moczył jej stopy roztapiając się dookoła niej. Gdy Mern, wciąż skupiony, rozszerzał dłonie, kopuła ciepła, jaką wytwarzał powiększała się dorównując teraz rozmiarami ich jaskini. W tym momencie zdecydował zakończyć próbę.
Młodzi stali w kręgu mokrej trawy pośród śniegu i patrzyli sobie w oczy a na ich twarzach malował się uśmiech zmieszany z zaskoczeniem. Czując na swoich ciałach ciepło, jakiego nie zaznali od opuszczenia jaskini rzucili się we wzajemne objęcia.
– Udało się! – powiedział podekscytowany mag.
– Wiedziałam, że się uda! Teraz pomożesz tym wszystkim ludziom?
– Tak! – odrzekł z radością w głosie – Wracajmy powiedzieć o tym Duro.
* * *
Mern stał na kamieniu nieopodal wejścia do jaskini skąd idealnie widział wszystkich: zarówno jego dotychczasowe stado stojące blisko niego jak i pięć nowoprzybyłych stad rozproszonych po okolicy. Przy głazie, na którym stał mag znajdowała się Besla, stojąca dumnie obok Duro i Asbaka. Chorzy, którzy przybyli wcześniej i byli teraz członkami stada Merna odnaleźli swoich bliskich i dołączyli do nich w tłumie. Jedynymi bez bliskich byli Kles oraz mężczyzna z blizną na dłoni, którzy stali na uboczu.
Gdy dziewczyna wróciła ze spaceru wraz z Mernem, bez zwłoki podeszli do Duro i przekazali mu wieści o nadchodzącej hordzie oraz o ociepleniu powietrza. We czwórkę, łącznie z szamanem, ustalili plan dalszego działania i stwierdzili, że najlepiej będzie przemówić do wszystkich jednocześnie, dlatego też wódz czekał na skale, do czasu przybycia wszystkich pielgrzymów.
– Witajcie przyjaciele! – przemówił doniośle ze swojego kamiennego podium – Wiemy, w jakim celu tutaj przybyliście i zapewniam, że jesteście mile tu widziani. Jako wybraniec pragnę wypełnić wolę boga i zaopiekować się wami, bo wierzę, że w tym celu dał mi tą moc. Jednak okazuje się, że nasza jaskinia jest zbyt mała dla wszystkich. – po tych słowach tłum, będący dotychczas cicho, zaczął szumieć.
– Nie martwcie się! – kontynuował Mern – Wraz z moim bratem, Duro, mamy rozwiązanie. Wspólnymi siłami zbudujemy wszystkim wasze własne jaskinie z kamienia i drzewa.
– Jest środek zimy! – wyrwał się głos z ludu – Zamarzniemy bez schronienia!
– Bóg dał mi moc, to dzięki niej zapewnię wam ciepło i bezpieczeństwo, a z waszą pomocą uporamy się szybko z budową schronień. Teraz proszę wszystkich, ustawcie się w grupach, w jakich chcecie razem dzielić jaskinie i wybierzcie miejsca pod wasze nowe domy. Ja, jako wódz zamieszkam w naszej starej jaskini razem z Beslą – wypowiedział jej imię wskazując na nią dłonią.
Zgromadzeni powoli zaczęli formować małe grupki, zaś Besla patrzyła na Merna zdumiona jego decyzją o wspólnym zamieszkaniu. Po chwili wszyscy znaleźli swoje miejsca i ustawili się w grupach. Mężczyzna z blizną został zaproszony do jednej z grup, natomiast Kles stał wciąż na obrzeżach, wpatrzony gniewnie w Merna.
– Dobrze, zaczynamy więc. – przemówił ponownie mag, po czym złożył ręce w skupieniu.
Medytacja i skupienie trwało znacznie dłużej niż dotychczas, ale zarówno ziemia jak i niebo reagowały na jego moc. Chmury rozpływały się na niebie, śnieg na ziemi i drzewach topniał, a z gleby wychodziły drobne ździebełka traw. Gdy Mern gwałtownie rozprostował ręce zakańczając zaklęcie w promieniu kilkuset metrów, w środku zimy nastała wiosna.
* * *
Zakończywszy pierwszą część swojej pracy wycieńczony mag poszedł odpocząć zostawiając Duro w roli zastępcy i nadzorcy prac. Podziw, jaki wywołało zaklęcie wlał zapał w serca nowoprzybyłych, którzy ochoczo wykonywali polecenia starszego brata wodza. Duro wydawał jasne polecenia i dzielił obowiązkami tak, że każdy z członków poszczególnych grup wiedział czym się zając. Ci potężniejsi zostali zwerbowani do noszenia kamieni, mniejsi do układania ich w okręgi, a pozostali do znoszenia drewna i gałęzi.
Kiedy Mern, w pełni wypoczęty, wyszedł ze swojej jaskini zastał ludzi siedzących przy ognisku, opierających się o częściowo ukończone ściany swoich przyszłych chat. Każde z zabudowań wzniesione było co najmniej do pasa przeciętnego mężczyzny, co Duro musiał uznać za spory wyczyn skoro zarządził przerwę i odpoczynek.
Omiatając wzrokiem pole w poszukiwaniu Besli Mern dostrzegał szczęście pomieszane ze zmęczeniem na twarzach ludzi i postanowił pomóc przy użyciu magii jak tylko odnajdzie swoją Beslę. W pomarańczowym świetle zachodzącego powoli słońca dostrzegł w końcu swoją ukochaną siedzącą z ojcem przy drzewach, na obrzeżu przyszłej wioski. Artysta ruszył w ich kierunku z radością w sercu, ale gdy zbliżał się do celu jej miejsce zajął niepokój. Dziwne przeczucie pojawiło się jeszcze zanim usłyszał podniesiony głos Klesa, który gwałtownie wstał wymachując rękami.
– … zostawić ojca i mieszkać z tym dzi… – głos wygnanego dobiegł uszu Merna.
Kles stał teraz nad swoją córką i nim instynkt maga dał mu znać o tym, co ma się wydarzyć, wściekły Kles zamachnął się zdrowa ręką i uderzył Beslę w twarz. Kobieta upadła odrzucona mocą ciosu, a jej ojciec schylał się po leżący nieopodal kamień,
– Nauczę cię posłuszeństwa! – krzyczał oszalały.
Mern puścił się biegiem w kierunku zajścia nie zwracając uwagi na biegnących z nim, wśród których był Duro, mężczyzna z blizną na dłoni i Asbak. Zanim jednak Kles, który stał teraz z kamieniem w ręku, zdążył cokolwiek zrobić pędzący mag machnął ręką jakby chciał go odsunąć i krzyknął.
– NIEEE!
Moc maga wyzwoliła się w postaci światła, a Kles został rzucony o pobliskie drzewo. Mern niczego nie słyszał, był zbyt przejęty Beslą jednak wszyscy na około usłyszeli potworny trzask jaki wydało ciało Klesa zderzając się z grubym pniem. Wódz klęczał nad swa ukochaną z przerażeniem w oczach.
– Nic ci nie jest? – pytał – Skrzywdził cię?
– Nie, wszystko jest w porządku.
Mern objął Beslę i trzymał blisko siebie próbując ukoić zarówno swoje własne jak i jej nerwy. Część ludzi zgromadzonych na polanie okrążała ich, natomiast inni ustawiali się przy martwym ciele Klesa. Chwilę później świat umilkł, a artystę dobiegł głośny szept.
– Kles nie żyje. Wódz Mern go zabił. – informacja szybko się przemieszczała
– Użył boskiej mocy do zabijania.
– Zabije nas wszystkich! – mówili coraz głośniej.
Gdy Besla pojęła, co się stało, odsunęła się od ukochanego i z nieobecnym wyrazem twarzy wstała. Niczym w amoku zaczęła powoli stąpać; z nogi na nogę przesuwała się w kierunku ojca omijając klęczącego wciąż Merna.
– Kles nie żyje. Mern go zabił – dokoła niej powtarzało rozstępujące się morze ludzi.
Dziewczyna podeszła do powyginanych zwłok ojca i padła na kolana. Łzy, wielkie niczym kamienie, zaczęły spływać po jej policzkach, gdy zaczęła głaskać włosy swego martwego taty, swego ukochanego ojca. Mern nie spuszczał z niej oczu zszokowany tym obrazem i tym, czego był sprawcą. Kiedy jego kobieta w końcu podniosła na niego wzrok, a oczy maga spotkały się z jej głębokim wejrzeniem pełnym smutku, żalu, rozpaczy i odrazy, jego serce zadrżało.
Nie myśląc, działając odruchowo, Mern wstał i miast podejść do niej zrobił parę kroków w tył i odszedł w stronę gór. Pierwszych kilka metrów przeszedł szybkim krokiem, a gdy poczuł, że jest wystarczająco daleko od swojego stada zaczął biec, biec jak najdalej nie zważając na wzrok, który czuł na swoich plecach.
– MERN! – krzyczał Duro – Stój! Wracaj tu!
Ale mag już nie słuchał, chciał odejść, być teraz sam i móc zastanowić się nad tragedią, jakiej dokonał. Biegł przez jakiś czas, a gdy dobiegł do podnóża pobliskich wzniesień zwolnił kroku i z poczuciem celu kierował się w stronę swojego ulubionego wzgórza, miejsca gdzie zawsze mógł spokojnie pomyśleć. Idąc pod górę jego umysł zapełniały kotłujące się myśli.
– Co ja zrobiłem? – pytał sam siebie, gdy podciągał się trzymając gałęzi – Jak mogłem zaatakować Klesa, ojca mojej Besli? Znienawidzi mnie za to! Ta moc miała tworzyć nie niszczyć. – Stwierdził, gdy wszedł na niewielki płaski fragment drogi, a na jego ramię spadł zabłąkany płatek śniegu.
W nikłym świetle umykającego dnia dążył do celu na szczycie skały, miejsca gdzie kontemplował swoją moc w tych, jakże odległych, pierwszych tygodniach jej posiadania. Nigdy nie brał pod uwagę użycia swojego daru do czynienia zła, ale teraz o niczym innym nie mógł myśleć. Nienawiść wzbierała w Mernie, czuł odrazę względem siebie, a swój dar uznawał za największe zło świata. Jego instynkt wciąż ostrzegał go przed niebezpieczeństwem, informował, że coś się wydarzy, ale mag ignorował wszystko, zamknął swój umysł na wszelkie bodźce, jakie otrzymywał.
Podciągnąwszy się ostatni raz, wódz wdrapał się w końcu na płaski szczyt skały, z którego widział całą okolicę. Miał nadzieję, że wysiłek wspinaczki rozproszy jego myśli, pozwoli jego umysłowi skupić się na czymś innym aniżeli tragedia pod jaskinią, ale mylił się. Przechodząc pod samotnym drzewem rosnącym na tej półce stanął na krawędzi. Z lewej strony, na skraju jego widzenia, majaczyła jaskinia i zgromadzony pod nią tłum. Artysta przysiadł na brzegu, w miejscu gdzie zawsze siadał ciesząc się chłodem cienia, jaki zapewniało drzewo. Spuścił nogi poza krawędź, łokcie oparł na kolanach i będąc lekko przygarbionym zatopił twarz w dłoniach. Dał za wygraną, poddał się żalowi, jaki wypełniał jego serce i rozpłakał się po raz pierwszy odkąd stał się mężczyzną.
Rozpacz i wewnętrzny ból otępiały jego zmysły całkowicie, a wirujące myśli nie pozwalały mu się skupić na niczym. Powietrze wokół niego ochłodziło się, ale Mern, pogrążony w swoich emocjach, nie zauważył zmiany temperatury. Nie zauważył również mężczyzny w ciemnym, prawie czarnym kombinezonie skrojonym na miarę, który stanął tuż za plecami zrozpaczonego maga.
Dłonią, na której błyszczała stara blizna, mężczyzna wyciągnął z kabury przy pasie czarny, matowy pistolet-strzykawkę, załadował do komory pojemniczek z trucizną przygotowywaną przez ostatnie tygodnie i przykładając narzędzie do karku maga-artysty pociągnął za spust. Delikatne muśnięcie, które artysta wziął za powiew wiatru wprowadziło do jego organizmu potężną toksynę pozyskaną w większości z kwiatu rosnącego po drugiej stronie gór. Nagły ból w piersi był ostatnim uczuciem, jakiego doznał zanim jego serce ustało.
– Besla… – powiedział ostatnim tchem Mern, wódz, artysta i wybraniec boży zanim upadł do tyłu martwy.
Odziany na ciemno zabójca z blizną na lewej dłoni ukląkł obok wodza i sprawdził mu puls, po czym zepchnął martwe ciało ze skały. Miał nadzieję, że jeżeli jego bliscy odnajdą ciało swego wodza będą odrobinę spokojniejsi, a mit Merna, wybrańca bogów szybciej wygaśnie.
Spoglądając na upadające zwłoki swej ofiary człowiek z blizna czuł ukłucie sumienia, którego tak dawno nie doznał. Jednak długie miesiące treningów nie były wystarczające. Postanowił napisać o tym w swoim raporcie, ale wcześniej musiał dokończyć swoje zadanie. Sięgnął, więc do kieszeni spodni i wyjął z niej niewielki stalowy przedmiot. Nacisnął obudowę urządzenia i cienki przeźroczysty ekran wysunął się po przekątnej tworząc tak dobrze znany mu elektroniczny notes. Wyświetlacz obudził się i rozświetlił twarz swojego właściciela.
Trzymając notes w lewej ręce uruchomił jedną z notatek a jego oczom ukazała się długa lista, którą zaczął przewijać. Szukając właściwego, przed jego oczami przebiegały liczne nazwiska, spośród których wiele było tylko rozmytymi smugami, lecz gdy lista zwalniała niektóre stawały się wyraźniejsze. Były wśród nich: Agrippa Heinrich Cornelius, Apoloniusz z Tiany, Balsamo Giuseppe, Borch Ole, Crowley Alister, Etellia, Faust Johann Georg, Flamel Nicholas, Gowdie Isobel, Huing Sei, Kociebor, Lambe John. Widząc, że zbliża się do celu, spowolnił palcem listę by po chwili całkowicie ją zatrzymać. Mern, Morgana, Neron oraz Nostradamus; znalazł to, czego szukał. Przejechał od lewej do prawej po imieniu swej ofiary, a na ekranie w ślad za jego placem malowała się czerwona kreska.
– Pierwszy, – przemówił do siebie patrząc w dal – a może raczej pierwotny.
Po tych słowach schował elektroniczny notes do kieszeni, a następnie stuknął w nadgarstek lewej dłoni gdzie pojawił się kolejny wyświetlacz. Kilkoma dotknięciami panelu ustawił parametry i wcisnął zieloną ikonę. Niebieskie światło pojawiło się znikąd, a gdy zgasło mężczyzna z blizną zniknął razem z nim.
W miejscu gdzie stał, tam gdzie jeszcze kilka chwil wcześniej leżało ciało martwego Merna, w sercu magicznie utworzonej wiosny spadł samotny płatek śniegu – pierwszy zwiastun najdłuższej zimy w historii świata.
EPILOG
Całe stado pogrążone w strachu i niepewności rozdzieliło się na niewielkie grupki, po czym udało się na spoczynek. Jedynie Besla, Duro oraz Asbak nie szukali miejsca na nocleg. Zajęli się martwym ciałem Klesa. Duro, pomimo że jego instynkt podpowiadał mu, iż najpierw powinien pójść poszukać brata, wziął szeroki kamień, który służył stadu do kopania w ziemi i na skraju przyszłej wioski począł kopać grób dla Klesa. Besla trzymała w ramionach ciało ojca i opłakiwała jego śmierć, natomiast Asbak obejmując ją, starał się ukoić jej płacz. Gdy grób został wykopany, a ciało Klesa złożone w dole cała trójka stanęła nad grobowcem oddając szacunek martwemu wygnanemu wodzowi.
Zakopawszy Klesa Duro kazał Asbakowi zaprowadzić Beslę do jaskini i być przy niej w nocy, a sam zapalił gałąź i ruszył w kierunku, w którym uciekł Mern. Duro znał dobrze ulubione miejsca swojego brata, więc widząc, w którą stronę pobiegł przypuszczał gdzie go zastanie.
Będąc blisko skały, na której Mern cęsto rozmyślał jego starszy brat spoglądał w górę starając się w mroku nocy wypatrzeć wodza. Ciepło od pochodni łagodziło trochę chłód jaki panował, więc Duro nie zauważył, że pomimo magii Merna zima powracała. Idąc i patrząc w górę, nie zauważył też leżącego u stóp wzgórza ciała swego brata. Spostrzegł je dopiero gdy się o nie potknął.
Leżąc na ziemi i widząc pokiereszowane zwłoki swojego brata Duro zawył głośno i zrozpaczony objął Merna. Po krótkiej chwili zapłakany wstał, podniósł zwłoki swego wodza i ruszył z powrotem do wioski.
– Nasz wódz nie żyje! – głośno oznajmił wszystkim Duro, gdy zbliżył się do zalążków zabudowań – spadł ze skały w miejscu gdzie najczęściej rozmyślał. Wyjdźcie i oddajcie mu szacunek!
Następnego ranka w prószącym delikatnie śniegu Duro i całe plemię zakopało Merna na wzgórzu, z którego dostrzegł nadchodzących pielgrzymów razem z Beslą. Po ceremonii i opłakaniu martwego wodza kilku śmiałków chciało przejąć władze nad plemieniem, ale nie powiodło się im to gdyż wszyscy pozostali słuchali tylko Duro i Besli. Przejęli oni przywództwo nad plemieniem, a po czasie Duro został obwołany nowym wodzem. Zanim zima powróciła w te tereny na dobre nowy wódz sprawnie nadzorował ukończenie budowy wioski. Besla pomagała mu w tym i w pozostałych obowiązkach wodza aż w końcu zrodziło się między nimi uczucie.
Zlodowacenie, które nadeszło w efekcie zaburzeń pogodowych wywołanych przez Merna trwało długo. Całe plemię Merna wymarło, kilka pokoleń potomków Duro rządziło wioską, którą Mern, Duro, Besla i Asbak pomogli zbudować. Aż w końcu więzy i pamięć o wielkim wybranym przeminęła, malowidła, które Mern malował na ścianach jego jaskini zostały zamalowane, a ludzie postanowili poszukać nowych terenów do osiedlenia się.
Zniknięcia człowieka z blizną na dłoni nikt nigdy nie zauważył.