28.09-01.10 Kopenhaga, Dania
Natalię, moją dobrą koleżankę z czasów studiów, planowałam odwiedzić już o wiele wcześniej. W końcu w Danii mieszka już blisko dziesięć lat! Nie mogłam się jakoś zebrać. Wizja zimnej, deszczowej pogody, milionów monet wydawanych na każdą kawę i posiłek, skutecznie mnie zniechęcały. Jednak korzystne okoliczności sprawiły, że nie mogłam dalej marudzić. Natalia dostała piękne mieszkanie spółdzielcze, którego położenie i rozkład sprawił, że teraz nie było wymówek. Trzeba było tylko szukać dobrych biletów i wsiadać w samolot.
Do Kopenhagi można dostać się w bardzo tani sposób. Za lot do Malmö w Szwecji, oddalone jakąś godzinę od stolicy Danii, zapłaciliśmy niecałe 100 zł w dwie strony. Bus rezerwowany przez Internet ( Neptun bus), którego rozkład jest dostosowany do lotów, kosztował 120 zł w dwie strony. Cała podróż szybko, sprawnie i przyjemnie - #polecam.
Dania to Skandynawia. Skandynawski design, drewniane meble, piękne printy, ubrania z dobrej jakości tkanin, swetry skutecznie chroniące przed zimnem, osławione hygge – „dobro” eksportowe Duńczyków. Ale co jeszcze? Dania to też kraj, który mięsem stoi. Udział Danii w światowym handlu mięsem to aż 15%! Istotna gałąź gospodarki to również produkcja mleka, masła i serów. Przyznam szczerze, że o tym zamiłowaniu do braci mniejszych nie miałam pojęcia i raczej oczekiwałam w menu, jak na kraj wyspiarski przystało, szerokiego wyboru ryb przyrządzonych w tradycyjny sposób. Nic z tego. W Kopenhadze żywiliśmy się głównie hamburgerami, w tym często w menu były te zrobione ze świnki… Małego szoku można doświadczyć także w marketach – są one trochę jak z gospodarki centralnie sterowanej : 4 rodzaje sera, 3 rodzaje szynki, 3 typy piwa i tyleż samo słodyczy. Duńczycy bronią silnie przed dopuszczeniem do rynku produktów z tańszych Niemiec, czy innych krajów UE. Dbają o swoich producentów i lokalne firmy. Zupełne przeciwieństwo Polski, która jeszcze jakiś czas temu opakowywała polskie towary w obcojęzyczne brandy, tak żeby lepiej się sprzedawały.
Dania to też kraj socjalu na poziomie, o którym my, Polacy, możemy tylko marzyć. Studenci dostają wsparcie za sam fakt studiowana, bezrobotny przez rok dostaję taki zasiłek, że jest w stanie spokojnie wynająć mieszkanie / pokój i żyć bez szaleństw, ale z godnością. Opieka medyczna oraz dofinansowanie przez państwo siłowni sprawia, że istnienie medicoverów i multisportów nie są tu „atrakcyjnymi warunkami pracy”.
Po mieście najlepiej poruszać się #rowerami. Kopenhaga to miasto, gdzie rowerzyści są chyba najbardziej uprzywilejowaną grupą ruchu miejskiego. Jako pieszy raczej musisz się liczyć z falą nadciągających dwukołowców, niż liczyć na to, że będę na ciebie uważać. Samochody są w znaczącej mniejszości. Na to pewnie wpływa fakt, że jest mało miejsc parkingowych, uliczki są wąskie, często jednokierunkowe, a przy zakupie samochodu trzeba liczyć się z faktem… że w ciągu roku trzeba będzie zapłacić podatek równy jego wartości #lol. Skutecznie zniechęca do posiadania czterech kółek, prawda?
To jest dopiero dziwna miejscówa. Squat zajmujący pokaźny obszar dzielnicy Christianshavn, któremu miasto przyznało specjalnie prawa - miejsce to nazywa jest Wolnym Miastem Christiania, ma własną flagę, własny sklep itp. Turyści ściągają do Christianii, nie żeby utożsamiać się z anarchistycznymi hasłami, ale po to by na wpół legalnie kupić na jednej z ulic squatu, wprost z małego kramiku haszysz, marihuanę, a pewnie pod ladą trzymane są grubsze tematy. Jawne oferowanie towarów jest sporym problemem dla władz duńskich. Nie specjalnie wiedzą jak sobie z tym poradzić. Naloty nie odnoszą skutku, a zakaz używania siły wobec dealerów sprawia, że policja i mieszkańcy Christianii starają się żyć w niepisanej „zgodzie”. Na terenie squatu ma być porządek, a narkotyki miękkie („ciągle nowe, zawracają głowę”. Jak mówi Natalia, często widać tę niepisaną zasadę w trakcie eventów organizowanych na Christiani. Jeśli ktoś zaczyna przeginać z alkoholem, lub dragami, zostaje po cichu wzięty pod pachy przez dwóch umięśnionych i wytatuowanych Panów, którzy dyskretnie obstawiają imprezę. Nie wiem jak długo dwa obozy będą się tolerować, ale widok dealerów sprzedających narkotyki z małych, rozkładanych stoliczków jest dość kuriozalny i jeszcze nigdzie nie widziałam tak bezpośredniej sprzedaży używek. Turyści ściągają, biznes się kreci, szafa gra.
Przez te trzy dni zjeździliśmy prawie całą Kopenhagę. Nawet udało się nam zrobić miłą wycieczkę rowerową brzegiem morza poza miasto. Warte uwagi na pewno są dzielnice Norrebro oraz willowe Hellerup oraz Refshaleoen, gdzie mieści się super miejsce (Reffen) z foodtruckami, utrzymane w portowym klimacie. Syrenka jest śmiesznie mała i ciężko ją wypatrzyć, gdyby nie tłumy turystów. Kolorowe kamieniczki w Nyhavn są miłym miejscem do niedzielnego spaceru, ale myślę, że mieszkańcy Kopenhagi traktują to miejsce jak Warszawiacy Starówkę. Fajnie, fajnie ale raz do roku 😊. Ogólnie miasto polecam na krótki wypad, żeby pooddychać świeżym, morskim powietrzem, pozbawionym spalin. Wstąpić do miłych kawiarenek i craftowych pubów oraz relaksować się jazdą na rowerze. Kopenhaga ma w sobie hygge, które jest tam wpisane w krajobraz. Pomimo tego, że pogoda była całkiem przyjemna, każdego dnia marzyłam o kubku herbaty, ciepłych skarpetach i odpoczynku w zaciszu ślicznego mieszkania Natalii. Wydaje się, że Duńczykom to wystarczy do szczęścia. Tego im zazdroszczę!