seen from Japan

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from Greece
seen from United States

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Macao SAR China

seen from Spain
seen from China

seen from United States

seen from United States

seen from United Kingdom
seen from Ireland

seen from Sri Lanka
seen from United States
Małe jest wspaniałe
Spacer na wybrzeże.
Śniadanie. Jogurt - jakiś dziwny w smaku i ta konsystencja. To na pewno nie jogurt, ale co właściwie jem? Może grecki albo skyr? Czytam etykietę. 20 procent tłuszczu. Śmietana!
Zbieramy się na wycieczkę do Korculi. Jest wcześnie, a już praży. Nikomu się nie chce. Jedziemy na podmiejski parking. Skąd ma nas zabrać darmowy melex do miasta. Fajna sprawa.
Zwiedzamy miasto, czyli jedną główną ulicę i jej dopływy. Ładnie tu, klimatycznie. Największą uwagę przykuwają gigantyczne rośliny. Zupełnie jak na polskich parapetach, ale ze 100 razy większe.
Jest ciekawie, pięknie, ale humor siadł. Tomka boli stopa, albo po upadku albo od baggów.
Jemy lody w Gelato siedząc na schodach koło jednego z licznych kościołów. Po co w jednym małym miasteczku ich aż tyle? Z jednej strony zachowane budynki, z drugiej wspolczesne szyldy i dekoracje. Niby ładnie, ale jakoś to tak średnio współgra. Mały Dubrownik i mnóstwo ludzi. Czemu Korcula nie może być po prostu Korculą? Czemu odbiera się tak pięknemu miasteczku swoją indywidualność i niepowtarzalność? Po co to całe powielanie i pomniejszanie? Mały Dubrownik, mały Giewont, mała Wenecja? Mały kryzys w nazewnictwie czy czy chęć stania się wielkim poprzez imitację imienia?
Idziemy dalej.
A właściwie stop! W milczeniu porozumienia siadamy przy promenadzie. Jeszcze kilka zdjęć uwieczniających nasz pobyt w tym wspaniałym miejscu i idziemy dalej. Czyli wracamy na postój meleksa. Po chwili Tomek stwierdza, że za wcześnie i warto wstąpić na pobliski targ. Po tym jednak już ani śladu. Sjesta albo koniec pracy na dziś. Bardzo rozsądne rozwiązanie. Ludzie na plaży albo w kojących podmuchach klimy. Znajdujemy jednak mały sklepik, który opuszczamy szczęśliwsi o kiść winogron. A może grono... Lub też siateczkę 🙂
Jednostka miary chyba nie ma tu aż tak wielkiego znaczenia 🙂
W każdym razie są przepyszne!
Bez porównania do tych z importu.
W drodze powrotnej zajeżdżamy do Plodine - hipermarketu, gdzie zaopatrujemy się w dzisiejszy obiad🙂
Super sprawa, że można w markecie kupić gotowe dania na wagę 🙂
Jeszcze tylko sfinalizowanie transakcji u Buggy gospodarza na 3 litry wina (4 euro za litr) i wracamy do apartamentu na sjestę🙂
Wieczorem idziemy na pobliską plaże, tuż obok tej hotelowej, gdzie krzyczą 25 euro za leżak i parasol 😱 Woda ta sama, zamiast parasola, cień drzew, cisza i spokój więc po co przepłacać?🙂
Z rozmowy z kelnerem z Mimi's Bistro zrozumieliśmy 2 rzeczy:
Musisz coś zamówić za 25 euro za osobę, by móc korzystać z leżaków
Płacisz 25 euro za leżak i możesz coś sobie zamówić
Trochę sprzeczne. O sam pobyt na piasku już nie pytaliśmy. Po dosyć słabym posiłku i bardzo biednej ice coffee, usłyszeliśmy "see you tomorrow guys!"
Skąd ta pewność? Odpowiedziały myśli.
Ale wracając.
Prosto z plaży idziemy do La Banya, która swą obsługą, wystrojem i kartą dań, kupiła nasze serduszka...
Jutro też pójdziemy, mimo że obiecaliśmy to już menu z plodine.