Para turla się w błocie. Są w siebie wtuleni i się całują. Wyglądają jak walec. Chyba zaraz zaczną uprawiać seks. Student w brudnych vansach nawet nie przystaje, żeby skończyć wymioty, cały czas idzie w stronę dużej sceny rzygając pod siebie. Inny chłopak jest zawinięty w aluminium, właśnie opuścił polowy szpital i kuśtyka na zmasakrowanej nodze. Śmieje się jak głupi do sera. Dziewczyna z kilkunastoma kolczykami na twarzy i różowym, idealnie nastroszonym irokezem pyta mnie głosem disnejowskiej księżniczki, czy mogę ją poczęstować piwem. Przysuwa pustą puszkę Lecha z nadzieją, że odleję jej ze swojego plastikowego kubka. Odlewam jej to piwo, a za nami setki ludzi siedzi i je słodką, sycącą papkę od Hare Kryszny. Kiedyś rozjeżdżałem tych ludzi w GTA, teraz jem ich żarcie i tańczę do ich mantry. Jest pięknie.
*
Gdy w słoneczny, letni dzień wyrzucasz śmieci i otwierasz klapę przepełnionego śmietnika, dusi cię wściekły, słodko-kwaśny zapach. Duża część terenu festiwalu capi dokładnie w ten sposób. Dla setek tysięcy festiwalowiczów nie ma to żadnego znaczenia. Dla mnie zresztą też nie.
Nigdy wcześniej nie byłem na Woodstocku i gdyby nie delegacja z pracy, pewnie nigdy bym tam nie trafił. Miałem o tym festiwalu jakieś wyobrażenie i myślałem, że lepiej trzymać się od niego z daleka. Kiedy pojawiła się okazja, nie wahałem się ani chwili. Stwierdziłem, że powinienem tego doświadczyć na własnej skórze.
Było mniej więcej tak, jak to sobie wyobrażałem. Pełno najrozmaitszych ludzi, przeważnie młodych, ale nie da rady scharakteryzować ich ściślej. Tam byli wszyscy. Przestylizowani hipsterzy, punkowcy zaskakujący mnie, że jeszcze istnieją, dziewczyny w wiankach jak na Coachelli i trzydziestolatkowie bujający się w pluszowych piżamach z jednorożcami. Menele udające woodstockowiczów i żerujący na atmosferze wzajemnej serdeczności, żebrząc o alkohol. Podstarzali weterani festiwalu, powracający tam nasty raz. Wśród nich nauczyciele, naukowcy, inżynierowie. Jeden facet powiedział, że jest doradcą biznesowym, który optymalizuje procesy w wielkich korporacjach. Nie mam pojęcia, co to oznacza, ale facet miał na głowie jednorożca.
*
Ludzi było mnóstwo, zwłaszcza na terenie pomiędzy dużą a małą sceną. Przedarcie się przez ten korytarz, zwłaszcza z kruchą jak porcelanowa laleczka kamerą i całym osprzętem dookoła, było przerażające. Gdyby ktoś puścił racę albo zawołał coś durnego, doszłoby do czegoś strasznego. Mimo to, nie czułem niebezpieczeństwa. Te dwie śmierci, o których słyszeliście, to były incydenty, które praktycznie nie odbiły się na festiwalu. Przy takiej masie ludzi, to naprawdę niewiele i kwestia bezwzględnej statystyki.
Wprawdzie ludzie śmiecili pod siebie, byli rozbestwieni, ale nie generowali atmosfery niebezpieczeństwa. Raz skapnąłem się, że od dobrych dwóch godzin chodzę z zupełnie rozpiętym plecakiem. W środku laptop, portfel i inne rzeczy, które skusiłyby niejednego złodzieja. Oczywiście nie traktujcie tego jako dowód, że nikt na Woodstocku nikt was nie okradnie. Może miałem szczęście.
Inna sprawa, że ludzie, na widok których normalnie przechodziłbym na drugą stronę ulicy, tutaj zbijają ze mną piątkę i uśmiechają się wszystkimi sześcioma zębami. Widzą, że trzymam mikrofon z logo Gazety Wyborczej, ale chcą ze mną rozmawiać.
Moje doświadczenie Woodstocku było trochę jak gra na kodach, na skróty. Całą ekipą spaliśmy w wynajętym mieszkaniu, dwa kilometry od terenu festiwalu. Na festiwal wracaliśmy codziennie rano, względnie wyspani, umyci i najedzeni. Wchodziłem odrębnym wejściem — dla prasy i znaczną część czasu przebywałem w specjalnej, wydzielonej strefie, gdzie trawa zieleńsza, a kabiny toi toi czystsze. Pressroom mieścił się na parterze niewielkiego budynku z boku sceny. Na górze był wielki taras z którego mogłem oglądać koncerty i patrzeć na festiwalowiczów jak faraon na swoich Egipcjan. Na dole dziennikarze wlewali w siebie litry kawy i trzaskali kolejne relacje z festiwalu. Siedzieliśmy wszyscy w skupieniu, a przez wielkie okna widzieliśmy bawiących się ludzi. Patrzyłem na nich jak na rybki w akwarium, podczas gdy to my byliśmy tymi rybkami. Co jakiś czas wściekle pijani, roześmiani ludzie do nas machali, pukali w szybę i cykali fotki. Na szczęście nie sypali pokarmu.
*
Dniówkę kończyłem późnym wieczorem. Raz około ósmej, raz o dziesiątej, innym razem o drugiej nad ranem. Nie miałem przesadnie dużo czasu na zabawę, a jak już się rozkręcałem, trzeba było wracać do mieszkania. Mimo to, pokrótce odnotuję kilka swoich dokonań:
Z nową koleżanką i towarzyszką zabaw Kariną tańczyliśmy jak małpiatki do koncertu Lordi dookoła ś.p. termosu napełnionego whisky. W pewnym momencie nakreśliliśmy dookoła niego krąg, w który absolutnie nikomu nie wolno było wleźć.
Byłem na całym koncercie Ralpha Kaminskiego i to w fosie, czyli tej przestrzeni pomiędzy widzami a sceną, przeznaczonej dla fotografów. Było cudownie. Zapomniałem, że pracuję, hulałem i śpiewałem jak wszyscy.
Przez dobrą godzinę chodziliśmy z dziewczynami po całym festiwalu, przytulaliśmy przechodniów i mówiliśmy każdemu z osobna z pełnym przekonaniem i śmiertelną powagą, że są zajebiści. Nie braliśmy jakichkolwiek narkotyków.
Z nowym kolegą i redaktorem zielonogórskiej Wyborczej byliśmy na koncercie Majki Jeżowskiej. Jak wiadomo, totalnie rozjebała i rozkręciła największe pogo na festiwalu. Jakiś czas później wracam do pressroomu, tego akwarium, a kolega redaktor mówi mi, że na balkonie TVN robi wywiad z Majką! Szybko skompletowałem sprzęt i poleciałem do bohaterki dnia. Kiedy sam nagrywałem wywiad z Majką, nagle festiwalowicze bawiący się przed wielką sceną zorientowali się, że tuż nad nimi jest królowa Majka Jeżowska w całej okazałości. Tłum zaczął śpiewać jej hity. Składali jej hołd. Artur Rawicz poleciał robić zdjęcia. A ja stałem tuż koło niej, niczym członek rodziny królewskiej dynastii Jeżowskich.
Jedna dziewczyna poczęstowała mnie drinkiem z Amareny i Coli.
Crystal Fighters byli niesamowici, już nigdy nie pomylę ich nazwy z Crystal Castles.
Spotkałem kolegę z licencjatu, który teraz jest gitarzystą w Hurrockaine i grał na głównej scenie festiwalu przed gigantyczną publicznością. Tak kończą ludzie, którzy rzucają studia.
Ludzie wpadają sobie w ramiona. Leczą kaca siedząc i słuchając wykładów na ASP. Normalnie przeprowadzenie sond ulicznych jest jakimś koszmarem, a tam ludzie wprost garną się do występu. Wyłączałem kamerę, zestaw audio, a zaraz podchodzili do mnie ludzie z pytaniem, czy też mogą wystąpić. No jasne, że możecie! Tam to, kim jesteś, w co wierzysz i jak się ubierasz, nie ma żadnego znaczenia. Myślałem, gdzie ci wszyscy ludzie podziewają się przez cały rok. Przecież punk is dead, a hippisi to gatunek wymarły, gdzieś pomiędzy neandertalczykiem a hobbitem. Nie wiem, czy gdzieś to słyszałem, czy sam to wymyśliłem, a może to parafraza. W Każdym razie o ile możesz opuścić Woodstock, Woodstock raczej nie opuści ciebie.
”New upload, as we got a better video quality version. Enjoy
Live sound : Benoit Pouzol
Lights : Tommy Sem”
From Youtube channel Perturbator: PERTURBATOR ENTIRE SHOW AT POLANDROCK FESTIVAL 2019 - HD
Such a powerful concert
Yeah \m/