Kał po kolana
Grzesiek był prawdziwym rebeliantem. Zaczesywał się na boczek jak James Dean. Ale to nie koniec. Nie znał żadnych reguł. Kucał do szczania, srał na stojąco. Niesamowity człowiek. Nie było barier, których by nie przełamał. Imponował im. Niby zwykły fajansiarz, miał dwa sutki, oba jaja, przydługi wór mosznowy i złamany nos, ale jak wychodził z domu, wiercił palcem dziurę w ziemi, leżał na niej i sikał, to och jakże on sikał! Gdyby moczem można było pisać piosenki, to Grzesiek byłby jak Tiamat! Tak chujowo sikał! Któregoś razu przywiązał sobie pięty do dupy i przeszedł tak z Leszna do Dąbrowy Górniczej, na koncert. Nie srał całą drogę, bo nie mógł wstać. W Dąbrowie odwiązał pięty, wstał, wypiął pierś i zesrał się tak, że do dziś krążą o tym legendy, podawane z ust do ust z trwogą. Nikt nie ośmielił się spisać tego na papierze. Boją się klątwy. "Kto do srania nie kuca, ten ma zasrane kolana" - szeptały baby nawet u mnie w Chęcinach. Grzegorz to był gość. Jebało od niego strasznie, ale dużo się pocił, to od razu ten kał jakoś spływał mu na pięty, dzięki czemu zaoszczędził fortunę na bieżącej wodzie. Była to trudna miłość. Miał duszę zdobywcy - ciągle rwał się na podboje, uciekał mi z domu, zrywał ze mną, porzucał, mówił złe rzeczy. Ale zawsze wracał. Wracał, bo jebał przecież gównem i żadna go nie chciała. Ale nie ja. Ja jestem ponad to. Potrafię widzieć na wylot przez gówno. Wszyscy myśleli, że wiedzą, ale tylko ja znałam Grzegorza naprawdę i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że był jebanym idiotą.

















