Silna, niezależna i przyjmująca bez obaw nawet najtrudniejsze role – Agnieszka Żulewska opowiada o swoich najnowszych filmowych wyzwaniach i przygodach
Aleksandra Kazimierska: Wesele przedstawione w „Demonie” jest bardzo nietypowe, nie o takim marzy każda kobieta…
Agnieszka Żulewska: Nie każda, ale akurat Żaneta tak. Przez całe życie była księżniczką swojego taty, więc pragnęła takiego wesela z marzeń. Niestety nagle ten misternie utkany plan, który jednak był bardziej zaplanowany przez ojca, niż przez nią samą, całkowicie się rozpada ma kawałki. Tak to czasem jest z marzeniami. A Ty masz jakieś aktorskie marzenie? Nie mam takiego. Lubię przygody, wyzwania i zawszę idę tam, gdzie jest światło i są ludzie, z którymi chcę pracować. Praktycznie nie mam w sobie żadnych ograniczeń i barier, żeby czegoś nie zrobić. Choć to nie jest tak, że jestem gotowa absolutnie na wszystko. Ale myślę, że do wielu rzeczy też się z czasem dojrzewa.
Ostatnio trafiają Ci się niełatwe role. Najpierw „Chemia”, teraz „Demon”...
Myślę, że chyba wszystko nam się zdarza w życiu we właściwym momencie. Jeśli człowiek jest na coś gotowy, to coś do niego przychodzi. Dla mnie to jest właśnie taka chwila, że te dwa projekty się na siebie nałożyły, ale byłam w pełni gotowa przyjąć to i przepracować. Cały czas dojrzewam i uczę się nowych rzeczy, zarówno Marcin Wrona, jak i Bartek Prokopowicz wyczuli tę moją gotowość.
Polscy twórcy filmowi bardzo rzadko sięgają po taki gatunek jak thriller. Znacznie częściej pojawiają się u nas komedie albo filmy związane z tematyką wojenną, więc to duże wyróżnienie pracować właśnie przy takim projekcie.
To prawda, „Demon” to dosyć nietypowy film. Wydaje mi się, że może Marcin otworzył nim jakąś furtkę. Trzeba jednak pamiętać, że ten dramatyczny obraz zmieszany jest także z pewną groteską i mimo wszystko zawiera wiele scen humorystycznych. Marcin sprawnie żongluje gatunkami i jest to zdecydowanie celowy zabieg. Dzięki temu jest to obraz bardzo ciekawy, zarazem niejednoznaczny i trudny do zaszufladkowania.
Jak wspominasz sam wyjazd na nagrania i pracę z resztą zespołu?
Na samym początku została wyznaczona pewna grupa, jakaś rodzina filmowa. Nie mam tutaj na myśli tylko aktorów, ale całą brygadę wspaniałych ludzi, bez których my – aktorzy – niewiele znaczymy. Całą bandą wpadliśmy w to miejsce i mieszkaliśmy tam razem przez cały czas. Marcin był dyrygentem, który uruchamiał nas i wyciągał w poszczególnych momentach. Liczyło się samo bycie tam, bycie zabranym ze swojego miejsca, jakim jest Warszawa. Wrzucenie w pewną dzicz, gdzie to przyroda rozdaje karty i przejmuje kontrolę nad człowiekiem, było bardzo ciekawym doświadczeniem. Myślę, że też dzięki temu wszyscy tak kompletnie weszliśmy w to i uzyskaliśmy taki, a nie inny efekt.
Jak przyzwyczaić się do pracy w takim miejscu i jeszcze nagrywać zdjęcia wieczorami?
Trzeba w pewien sposób oddać się magii miejsca i puścić wodze fantazji. Fakt, pracowaliśmy w nocy. Większość polskich wesel odbywa się wieczorem i musieliśmy się dopasować. Początkowo było to trudne, ale z czasem nasze organizmy się po prostu do tego przyzwyczaiły i nie sprawiało nam to już takiego problemu. Oczywiście były noce, które pozwalały nam się troszeczkę rozgrzać, natomiast nie była to ciągła impreza, bo sami nie dalibyśmy rady.
Jak się pracowało z Itayem Tiranem?
Między nami już od samego początku zaiskrzyło, zresztą on sam mnie wybrał jako swoją filmową żonę w decydujących fazach castingu. Itay jest niesamowity, to niezwykły człowiek, super profesjonalista, wspaniały aktor, mogę o nim mówić tylko w samych superlatywach. Zawsze jak się widzimy, to jest to dla nas ogromna radość.
Jakie wydarzenie z planu najbardziej utkwiło Ci w pamięci?
Kiedy kręciliśmy jedną z pierwszych scen w filmie jako absolutnie ostatnią. To była scena, w której Piotr podjeżdża pod dom Żanety, by powiedzieć jej o swoim odkryciu i szkielecie, ale widząc ją w trakcie zabawy, postanawia odjechać. To był ostatni dzień zdjęciowy Itaya, skończył się o 8 rano. Poszliśmy spać dopiero po 14.00. Nasza doba trwała jakieś 30 godzin, wszystko działo się pod wpływem ogromnych emocji i adrenaliny
Następnym razem wyceluję w serce, reż. Cédric Anger, Francja 2013, 111’
Mania zabijania – te dwa słowa oddają całą kwintesencję filmu „Następnym razem wyceluję w serce” w reżyserii Cedrica Angera
To film, który przedstawia życie z pozoru zwykłego mężczyzny. Jednak nie jest to banalna historia żandarma, ponieważ już na początku zostajemy wrzuceni w wir nieprzewidywalnych zdarzeń. Jest noc w małym prowincjonalnym miasteczku, jadąca na skuterze młoda dziewczyna zostaje w brutalny sposób potrącona przez samochód. Jednak kierowca zamiast pomóc kobiecie, wyciąga broń i strzela poszkodowanej w nogi. Dziewczynie cudem udaje się przeżyć, ale tytułowe słowa stają się nową życiową regułą Franka Neuharta, seryjnego mordercy, którego ofiarami są młode kobiety.
Wraz z rozwojem wydarzeń możemy podziwiać cały proces dojrzewania i czerpania przyjemności z przemocy. Bohater zostaje przydzielony (o ironio!) do śledztwa we własnej sprawie. Dzięki temu widzowie mogą obserwować historię z dwóch perspektyw: mordercy i jednostki odpowiadającej za ład i porządek społeczny. Frank Neuhart to człowiek pełen sprzeczności. Z jednej strony jest zagubionym i zmęczonym dojrzałym mężczyzną, który zdaje sobie sprawę z popełnionych czynów. Z drugiej jednak, chęć czynienia zła staje się sensem jego życia. Surowa sceneria, zimne i nienasycone kolory filmu oraz przejmująca muzyka to elementy, które sprawiają, że już od samego początku nie można pozbyć się uczucia niepokoju oraz czającej się wszędzie grozy i tajemnicy. Co więcej, wydarzenia przedstawione w filmie inspirowane były prawdziwą historią. Ciarki przejdą po plecach nawet największym twardzielom.
James Levison, producent filmu „Pusta droga” (fot. Przemek Piekarski)
Dokończ zdanie: Mój film spodoba ci się, jeżeli lubisz…
… europejskie thrillery takie jak „Ukryte”.
Najlepsza rada, jaką kiedykolwiek usłyszałeś w życiu zawodowym?
Zawsze słuchać ludzi, szanować ich i nigdy się nie poddawać.
Wymień jednego reżysera, z którym chciałbyś w przyszłości pracować.
Jest ich wielu. Ostatnio oglądałem serial „Detektyw” i bardzo chciałabym pracować z jego scenarzystą i reżyserem. Poza tym jestem fanem Sama Mendesa, cenię Michaela Hanekego.
Dokończ zdanie: Nie mógłbym wykonywać swojej pracy bez...
…telefonu komórkowego.
Wymień 3 cechy osobowości, które pomagają Ci w pracy.
Myślę, że mam dobre poczucie humoru, jestem pracowity i naprawdę lubię ludzi.
Diego Martínez Vignatti, twórca konkursowego filmu „Czerwona ziemia” opowiada o problemach, które porusza w swoim filmie oraz o fascynacji kinem i tym, co według niego może zmienić we współczesnym świecie
Sara Nowicka: Jesteś znany przede wszystkim jako operator, współpracowałeś m.in. z Carlosem Reygadasem. Czego nauczyły cię te doświadczenia i współpraca z innymi reżyserami?
Diego Martinez Vignatti: Cały czas uczysz się od wszystkich, których spotykasz. Dobrych i złych rzeczy. Uczysz się jak coś robić, a czasami, jak czegoś nie robić. Wszystko zależy od tego, jak bardzo otwarty jest twój umysł. Kiedy współpracowałem z tymi reżyserami mój umysł był bardzo otwarty i próbowałem zrozumieć ich pragnienia. Na pewno nauczyłem się od nich wiele, ale nie mogę sprecyzować, czego dokładnie. Zanim zacząłem robić filmy i współpracować z różnymi reżyserami, byłem kinofilem. Kochałem kino, obejrzałem tysiące filmów. Moją pierwszą szkołą było oglądanie filmów, z nich dowiedziałem się równie wiele, co ze współpracy z reżyserami. Dopiero później zacząłem tworzyć kino i poznawać jego mechanizmy. Z dzisiejszej perspektywy trudno mi powiedzieć co miało na mnie największy wpływ. Na pewno nie postrzegałem innych reżyserów jako swoich mistrzów. Nie miałem jednego wzoru.
Główny bohater „Czerwonej ziemi” jest Belgiem. Dlaczego jest obcokrajowcem? Czy to mrugnięcie w stronę belgijskich producentów twojego filmu?
Zdecydowanie nie. Pomysł, by główny bohater był obcokrajowcem był esencjonalny dla tego filmu. Firma dla której pracuje Pierre jest międzynarodowa, nie mogłem pokazać, że w Argentynie pracuje Argentyńczyk, bo to nie podkreśliłoby międzynarodowego kontekstu działania firmy. Te koncerny mają kontrolę nad wszystkim, są niezwykle potężne, w swoich systemach dopuszczają się korupcji i przestępstwa i nic nie można im zrobić. Drugą ważną kwestią w międzynarodowości tych firm jest to, że mogą zatrudniać kogoś takiego jak Pierre, wysłać ich daleko od domu na dwa lub trzy lata, tak, by nie mogli nawiązać żadnych trwałych relacji: miłości, przyjaźni, wspólnoty z mieszkańcami danego miejsca.
Czy twój film był zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami?
Wszystko, co pokazuję w filmie stało się naprawdę. Wszystko. Nie w tym samym czasie i w tym samym miejscu, ale wszystko to się wydarzyło. I dzieje się nadal. Trzy dni temu policja zabiła aktywistę współpracującego z farmerami w Argentynie. Przykro mi to mówić, ale myślę, że to będzie działo się nadal.
Pytam o to dlatego, że kiedy oglądałam twój film, miałam wrażenie, że oglądam dokument – tak bardzo jest realistyczny.
Powinien taki być, w innym wypadku nie poczułabyś istoty problemu, połączenia z bohaterami. Nie uwierzyłabyś w tę historię. Byłem całkowicie zainspirowany ludźmi, których spotkałem. Spędziłem prawie dwa lata podróżując i poznając takich ludzi, jak ci, których pokazuję w filmie. To twardzi mężczyźni, którzy w sercu dżungli wykonują naprawdę ciężką pracę. Wiele mnie nauczyli. Dlatego chciałem, żeby to wszystko wyglądało w filmie realistycznie. Z tego powodu nałożyłem na swoich aktorów dużą presję – wrzuciłem ich w środek dżungli, gdzie jednego dnia uczyli się ciąć drzewa, drugiego używać maczety, innego jeździć konno... Wszystko po to, by efekt był jak najbardziej realistyczny. Aktor, który gra w filmie lekarza, jest też lekarzem i aktorem w codziennym życiu. Poza tym pracowałem z wieloma tubylcami, prawie dwustoma. Kiedy pracujesz w taki sposób, zwracasz uwagę na szczegóły, wtedy twój film jest realistyczny i to wrażenie jest piękne.
Twój film mówi o poważnym problemie społecznym – wielkich koncernach, które niszczą środowisko i ludzkie zdrowie. Nie bałeś się, że narazisz się komuś tym filmem?
Na samym początku odrobinę się bałem. Ale później wszedłem w ten film z ogromną pasją i zapomniałem o strachu. I już o tym nie myślę. Może coś mogłoby się stać, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło.
Czy uważasz, że takie filmy jak „Czerwona ziemia” może wpłynąć na rzeczywistość? Że mogą zmienić nasz sposób myślenia?
Bardzo bym chciał, ale nie za bardzo w to wierzę. Może. Kiedy pokazuję ten film za każdym razem ktoś podchodzi do mnie po seansie i mówi: „Wow, to naprawdę mnie poruszyło. Nauczyłem się czegoś”. Wiesz, myślę, że kino nie jest w stanie zrobić żadnej rewolucji. Ale może zmienić percepcję niektórych ludzi i to już jest dobre. Z tego punktu widzenia filmy mogą zmieniać rzeczywistość, zmieniać czyiś sposób postrzegania.
Na koniec zadam typowe pytanie zadawane zagranicznym gościom. Czy znasz polskie kino? Czy są jakieś polskie filmy, które cię zainspirowały?
Oczywiście, że znam polskie kino. Jednym z najważniejszych reżyserów był dla mnie Krzysztof Kieślowski. Nie tylko „Dekalog”, który widziałem wiele razy, ale też jego starsze filmy. Odkrycie jego filmów było dla mnie bardzo mocnym doświadczeniem, ponieważ są prawdziwe. Jego refleksje na temat społeczeństwa, ale także ludzkiej duszy są dla mnie niezapomniane.