W tył zwrot! W tył marsz!
Ciekawe, że ostatnie przemyślenia miałem na temat naiwności. Ciekawe, że delikatnie szydziłem z powierzchownego spirytualizmu. Ciekawe też jak ma się do mojego dzisiejszego dnia w którym rozmawiałem z osobą której bezgranicznie ufam. Na potrzeby tego rozdziału nadam jej imię Ana.
Anę poznałem w sierpniu zeszłego roku i bardzo szybko przypadliśmy sobie do gustu - poznaliśmy się na znanej Barcelońskiej imprezie elektro, w Moog. Obydwoje przeżyliśmy tej nocy wiele przyjemności, a o poranku zjedliśmy śniadanie na dachu budynku mojego poprzedniego mieszkania. Mieliśmy widok na Sagradę Familię z jednej strony i na morze Śródziemne ze strony przeciwnej. Tam zaczęliśmy rozmawiać o sprawach które nas interesują: o muzyce, fizyce, filozofiach duchowych, o terapii seksualnej i o marihuanie. Pamiętam, że byłem bardzo zadowolony ze swojej nowej zdobyczy oraz że byłem bardzo spięty. Były to czasy w których nosiłem jeszcze zegarek i nie potrafiłem zrelaksować się nawet podczas masażu typu Reiki. Tamtej nocy zrozumieliśmy się bez wielu słów. Przywołało nas spojrzenie. Cholernie głębokie spojrzenie. Znam wiele spojrzeń kobiet: pogardliwe, przyjacielskie, koleżeńskie, obojętne, agresywne, uśmiechnięte no i oczywiście to nasączone seksem, mówiące "lej mnie po dupie, dzisiaj jestem Twoja". Wiem też w jaki sposób ja zatapiam się lub reaguję na takie spojrzenia, na przykład: odwracam się i nie patrzę wcale albo patrzę się jak samiec prosto w jej źrenice, czasami zaczepnie się uśmiecham, czasami czekam na jej ruch. Tym razem ani jej spojrzenie ani moje nie przypominało mi żadnego znanego mi typu. Widziałem takie spojrzenie wcześniej jedynie raz - kiedy poznałem Ciebie.
Ana jest psychologiem. Naprawdę dobrym, chociaż nie mnie oceniać jej kompetencje. Przypomina mi się film z Robertem de Niro "Depresja Gangstera", w którym ten ciągle powtarza swojemu psychologowi: "you are good, you are really good". Mogę stwierdzić że jest dobra jedynie na podstawie mojego przeświadczenia i na bazie setek godzin naszych rozmów.
Swoją drogą uratowała mi życie. Jestem jej wdzięczny i zrobiłbym dla niej prawdopodobnie wszystko co nie godziło by w moje przekonania moralne - to rozwinięcie pełnego emocji skrótu myślowego "zrobiłbym dla niej wszystko". Kocham ją bez granic i nigdy nie zakochałem się w niej bez pamięci. Kiedy moje życie emocjonalne spotykało już swoją antycząstkę, a wszelki sens mojego życia przeobrażał się w mało jaskrawy foton - ona podała mi rękę (i nie tylko).
Mijały tygodnie, miesiące, a my spotykaliśmy się jako kochankowie zgłębiający siebie na wszelkie sposoby. Nie znaliśmy granic, od samego początku nie było między nami cienia wątpliwości, że możemy sobie ufać. Dużo seksu, dużo marihuany, metafizyki, psychologii, Słońca, plaży i radości - dużo śmiechu. Ale przede wszystkim przez pierwsze trzy miesiące wierciliśmy jeden temat. Tym tematem byłem ja.
Nie poznałem wcześniej dziewczyny która zainteresowałaby się mną na tyle żebym nigdy nie musiał ograniczać swojej ekspresji. Miała dla mnie dużo czasu, rozebrała mnie na części i nigdy nie robiła tego w sposób inwazyjny. Pokazała mi jak wyjść z potrzasku własnej głupoty i tym samym uratowała moje życie.
Kiedy po trzech miesiącach koleżeńskiej terapii zacząłem raczkować na nóżkach własnej inteligencji, pełen haszyszu i marihuany, napisałem Grę. Pisałem wtedy słowa które słyszałem w mojej głowie. Pisałem o świecie swoich abstrakcji. Mojej interpretacji świata i jego problemów. To że o mało nie straciłem przy tym zmysłów wynikało ze strachu. Na szczęście nauczyłem się już z tym żyć i żyje mi się coraz dostatniej, ale wtedy nie było to nic śmiesznego. Przeżywałem koszmar poplątania. Błagałem Anę o pomoc, tuliłem się w nią z całej siły, ściskałem, płakałem i krzyczałem o pomoc. Wrzeszczałem o pomoc. Byłem zupełnie spanikowany, czułem że umiera moje zdrowie psychiczne. Czułem że tracę wszystko czym mógłbym być, że tracę to kim jestem i że nic nie będzie już takie jak kiedyś. Z tym ostatnim się nie myliłem. Moje życie jest obecnie zupełnie inne.
Potem przyszły tygodnie zagubienia. Ciągłe ataki paniki, nie potrafiłem spokojnie jeść. Po kolejnym miesiącu przerodziło się to w paranoję bycia kimś innym niż jestem. Zacząłem chodzić do psychologa którego poleciła mi Ana, ponieważ były też sprawy w których ona nie mogła mi pomóc z powodu naszej więzi emocjonalnej.
W końcu dotarłem do siebie przed wyjazdem na święta. Później styczeń - strach, zdrowie i szczerość. Luty - szczerość, brak strachu, taekwondo, filozofia i spokojna samotność. Marzec - szczerość, marihuana, decyzja o pracy na pół etatu, edukacja i pełnia radości. I pomyśleć, że marzec dopiero się zaczął.
Dzisiaj po raz pierwszy musiałem wyhamować z moim sceptycyzmem lub inaczej mówiąc rzuciłem mu kolejne wyzwanie. Zresztą jakie to wyzwanie - i tak już jestem przekonany że to prawda. Zawsze byłem. Zawsze siedział mi w głowie mój uroczy metafizyczny duch, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Zaczynam mu na nowo ufać.
Kiedy w październiku przeczytałem książkę Briana Weissa “Muchas Vidas, Muchos Maestros“ (Wiele Żywotów, Wielu Mistrzów) muszę przyznać, że chodziłem nakręcony jak różowy króliczek Duracella. W dużym skrócie, książka napisana jest przez światowej sławy psychologa, który na jednej ze swoich pacjentek stosuje terapię zwaną "regresją". Polega ona na tym, że lekarz wprowadza pacjenta w pewien stan świadomości, w którym ten obserwuje swoje poprzednie żywoty. Przechodzi do poprzedniego wcielenia. Terapia tego typu ma na celu odnajdywanie odpowiedzi na przyczyny problemów życia obecnego - jest pomocna w leczeniu na przykład: fobii, strachów i manii. Wielu ludzi traktuje regresje z rezerwą dopóki sami nie mają z nią doświadczenia. Wszelkie parsknięcia, mlasknięcia i przewroty gałami można sobie w tym momencie darować, ale nie mam rzecz jasna zamiaru przekonywać na siłę zatwardziałych racjonalistów. W sumie gdy spojrzeć na regresje z dystansu to wydają się być bardzo racjonalne.
W ostatnim tygodniu Ana przeprowadziła dwie sesje regresyjne na swoich przyjaciółkach. Z uwagi na szacunek dla “żyć” każdej z nich nie mam nawet zamiaru pisać o czym opowiadały będąc w stanie głębokiej hipnozy. Powiem jedynie, że kiedy usłyszałem wszystkie te historie (a byłem naprawdę zjarany jak szpak) po raz kolejny przekonałem się że panika nic już na mnie nie ma. I chociaż nie stronię w życiu od wulgarności to opowieści które usłyszałem były dla mnie wręcz szokujące, chore, niesamowite i ekstremalnie brutalne. Mam się naprawdę dobrze.
Niedługo Ana przeprowadzi regresję na mnie. Jestem gotów, ponownie.