Travelling is a method of finding ourselves in this busy world.
seen from United States
seen from France

seen from United Kingdom
seen from United Kingdom
seen from United Kingdom

seen from United Kingdom
seen from United Kingdom

seen from United Kingdom

seen from United Kingdom
seen from Germany
seen from United Kingdom
seen from Germany
seen from United Kingdom
seen from United States
seen from United Kingdom

seen from Malaysia

seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from Japan
Travelling is a method of finding ourselves in this busy world.
Satl feat. Tokyo Prose - Hazards
Off of Bedroom Producer with a Dream.
Hi! It’s Bandcamp Monday once more! And this piece of music right here is fabulous, a lovely way to wake up the body and get those synapses cooking.
BBQ SAUCE RECIPE
Follow for recipes
Is this how you roll?
Inquiry- Mroczne sekrety 4
MASTERPOST
Opis: Louis to sukowaty prokurator, który sieje postrach w świecie prawa i poza nim. W pewien sposób jest strażnikiem kodeksu karnego, ale też mistrzem w omijaniu przepisów i manipulowaniu nimi. Harry to utalentowany adwokat, który może pochwalić się ogromnym sukcesem zawodowym, zdobytym w niewiarygodnie krótkim czasie. Jest też zauroczony starszym prokuratorem, kiedy ten zupełnie nie rozumie jego fenomenu i wręcz otwarcie nim gardzi. Jak to pogodzić? To proste- postawić starszego z nich przed sądem, z Harrym jako obrońcą przy boku ;)
Ode mnie: długo mnie nie było, ale wracam z dziewięcioma stronami tekstu, więc... Liczę, że zostanie mi to wybaczone ;) nie przedłużając, miłej zabawy xx.
brak bety, za możliwe byki przepraszam
Dobrze wyprofilowane podeszwy sportowych butów uderzały rytmicznie w ziemię pod ich właścicielem, mieszanka głębokiego burgundu i bladej żółci naprzemiennie wtapiały się w odcień wilgotnej gleby i kontrastowały z żywą zielenią trawy w miarę pewnych kroków starszego mężczyzny. Dojrzałe źdźbła zdawały się bezwstydnie ocierać o jego odsłonięte kostki, pozostawiając resztki porannej rosy na nagiej skórze, jakby w prośbie o przystanięcie na chwilę i zauważenie ich uroku, co jednak on ignorował i dumnie wędrował dalej, włócząc się bez celu po lesie przepełnionym wyjątkową aurą; wciąż przed siebie, tam, gdzie prowadził go los. Przez taflę przyciemnianych okularów obserwował, jak drzewa, rozgałęziające się dopiero wysoko ponad ich głowami i ułożone w swoistym szyku, którego logiki żaden z nich nie mógłby nigdy zrozumieć, pięły się w górę ku światłu, jednocześnie swymi koronami zaborczo pozbawiając swoich gości dostępu do wiosennego słońca. Jedynie niektóre promienie usilnie przebijały się przez gęsto rozrzucone- z ich perspektywy w pustce między ziemią i niebem- gałęzie, przez co złote poświaty mogły nadać całości widoku przed nimi pewnego rodzaju magii, która miała siłę przenieść ich do świata tak bardzo odległego rzeczywistości, pozbawionego trosk i ciężarów codziennej rutyny; gdzie znaczenie czasu rozmywało się na ich oczach, a zastąpiło go naprzemienne bicie dwóch serc. Czyste, rześkie by Advertise"> powietrze
rozpieszczało ich płuca, tak chętnie przez nich wdychane i wypuszczane w postaci półprzeźroczystych kłębów dymu, kompletnie pozbawionych trucizny nikotynowej, jaką przynajmniej jeden z nich gnębił całe swoje ciało każdego dnia.
Pojedyncze, odrzucone od wspólnoty żywych gałęzie łamały się pod ich stopami z dźwiękiem, który z jednej strony drażnił starszego mężczyznę, z drugiej zaś napawał dziwnym dreszczykiem emocji, gdy tylko uświadomił sobie pewną rzecz, co młodszy z nich wyłapał niemal natychmiast, jak tylko zauważył cień uśmiechu w kąciku wąskich ust.
-Co siedzi w twojej głowie w tym momencie?- Brunet zapytał, a doza niepewności przejęła zupełną kontrolę nad jego głębokim głosem, zdobiąc go wyraźnie zaakcentowaną nutką chrypy. Jego brwi nieświadomie ściągnęły się nisko nad jego pełnymi podejrzenia oczami, a cały odcień zdrowia zawczasu zaczął stopniowo opuszczać jego cerę, pozostawiając jego twarz coraz to bledszą z każdą sekundą oczekiwania na odpowiedź prokuratora, który w tamtym czasie dawał mu ten zaszczyt bycia jego klientem.
-Bardzo podobnie brzmią łamane ludzkie kości.-Louis odpowiedział z opanowaniem wypisanym na całej swojej postaci. Swoboda, z jaką wypowiedział te słowa, wdarła się w ciało Harry’ego nieproszona i powędrowała w dół jego kręgosłupa nieprzyjemnym dreszczem, przez co mężczyzna wzdrygnął się niekontrolowanie, jednak szatyn nawet nie kłopotał się zauważeniem tego odruchu.- To po prostu dość zabawne, słyszeć to teraz, kiedy ty jesteś tak blisko.- Powiedział zamiast tego, wciąż wyraźnie zadowolony z wszystkiego, co ich obu otaczało w tej chwili.- Mam na myśli, to zawsze jest przyjemne, jednak twoja obecność czyni to wrażenie jeszcze lepszym.
Młodszy z nich zatrzymał się w miejscu, gdy tylko ostatnie słowa upuściły usta trzydziestoośmiolatka. Stanął pośrodku dwóch wąskich drzew, z których jednego nieświadomie się przytrzymał, kiedy zerkał za siebie w poszukiwaniu upragnionego widoku czarno-błękitnego bugatti, a jak tylko uświadomił sobie, że stracili je z oczu już jakiś czas wcześniej, opuścił poddańczo głowę i westchnął wyjątkowo ciężko. Potem uniósł wzrok na powrót na wysokość sylwetki Louisa i zwinął usta w cienką linię, zanim zmusił się do postawienia pierwszego kroku w kierunku dogonienia go.
-Nieważne, zapomnijmy, że w ogóle padło to pytanie, co ty na to?- Zagaił, gdy na nowo szli ramię w ramię.- Niech to, co siedzi w twojej głowie, pozostanie tam na wieki, nigdy nie dopuszczone do ujrzenia światła dziennego. Zwłaszcza te myśli związane stricte ze mną, o ile nie są pochlebne i urocze.
-To równoznaczne z tym, że nigdy nie opuszczą moją głowy, Styles, nie musisz się powtarzać. Rozumiem przekaz.- Louis odrzekł tonem wolnym i zimnym, a jego twarz pozostawała zupełnie neutralna, dobitnie sugerując jego rozmówcy, że ich dyskusja nie wywierała na nim żadnego wrażenia.- Aczkolwiek muszę ci przyznać, że ten spacer zapowiada się interesująco. Dźwięki tych suchych gałęzi w połączeniu z widokiem twojej bladej twarzy to póki co najlepsza rzecz, jaka mi się przytrafiła podczas całego okresu naszej współpracy.- Dopowiedział jeszcze, po czym złośliwe sapnięcie wypełniło przestrzeń między nimi i Harry przymknął na to oczy, wziąwszy przy tym ostry, nosowy wdech, który zaraz wypuścił w postaci kłębu dymu, tak pięknie wyeksponowanego przez rzadkie poświaty wiosennego słońca.
-Póki co.-Powtórzył na starszym mężczyzną, na co ten przytaknął w zgodzie, by następnie cmoknąć cicho w zadumie.
-No, może z wyjątkiem miny Stylesa seniora, gdy miałem jego oczko w głowie w swoich łapskach. To było niezwykle przyjemne, nawet bym ci za to podziękował, gdybyś, no wiesz, nie był mi tego winien tak naprawdę.
-Winien?!- Louis usłyszał w odpowiedzi i zwinął na to usta, przez co jego policzki na moment się zapadły, jeszcze bardziej wyostrzając mocne rysy jego żuchwy. Harry zaś kontynuował, nie przejąwszy się nawet tym, że wyłapaniem tego słówka i oburzeniem z tego powodu jedynie połechtał ego szatyna.-Przepraszam bardzo, mam ci przypomnieć, że wpłaciłem za ciebie kaucję, żeby wyciągnąć twój uparty tyłek z aresztu, tylko po to, żebyś ty zaraz potem, w środku śledztwa w swojej własnej sprawie, postanowił tak po prostu zniknąć, zostawiając mnie samego ze szczątkowymi zeznaniami, z których nie byłbym w stanie utworzyć odpowiedniej linii obrony, nawet gdybym bardzo chciał? Jeśli którykolwiek z nas jest tutaj coś winien temu drugiemu, to z pewnością jesteś to ty, mój drogi.
-Widzisz, Harold, właśnie dlatego w tej chwili żałuję, że słyszę cierpienie gałęzi, a nie twoje. Co więcej, takim pierdoleniem sprawiasz, że rośnie we mnie ochota zmiany tego stanu rzeczy.
Tą wypowiedzią szatyn po raz kolejny doprowadził Harry’ego do chwili milczenia. Pojedyncza złota poświata oślepiła młodszego prawnika na tyle, by ten został zmuszony przymknąć na moment oczy, dając mu tym czas na pogrążenie się w mroku zapewne znacznie łagodniejszym od tego, który chowała w sobie dusza niebieskookiego mężczyzny, z którym wybrał się na ten spacer.
Po tym bezmyślnie odnalazł po omacku ramię Louisa i zacisnął na nim palce, tylko po to, by starszy natychmiast wyszarpnął się z tego uścisku i rzucił mu spojrzenie pełne pogardy, o czym Harry wiedział, nawet jeśli na przeszkodzie do zobaczenia tego stały mu przyciemniane okulary na nosie szatyna.
-Mówiłem ci, że masz mnie nie dotykać, której części tego przekazu nie możesz zrozumieć, co?-Prokurator zdawał się wręcz wysyczeć to przez zaciśnięte zęby, chociaż w rzeczywistości wymówił to z opanowaniem i ciężarem odpowiednim do nieprzyjemnego przygniecenia żeber młodszego z nich bez konieczności faktycznego kontaktu fizycznego z nim.-Naprawdę nie jesteś świadom, czym to grozi, huh? Czytałeś umowę, królewiczu?
-Pobieżnie…-Harry napomknął niepewnie, w odpowiedzi na co otrzymał założenie ramion swojego rozmówcy.-Wyrywkowo.-Mruknął, westchnąwszy cicho pod nosem, jednak Louis jedynie uniósł jedną brew ponad złotą oprawkę okularów przeciwsłonecznych.- Wcale.-Powiedział w końcu, wyraźnie poirytowany obrotem spraw.- Dałeś mi na to dziesięć minut!
-Och, już nie rób ze mnie takiego chuja, wykorzystałeś szesnaście i jakoś nie zrezygnowałem ze współpracy z tobą.
-Faktycznie, to zupełnie zmienia postać rzeczy.-Odrzekł tonem przesiąkniętym najczystszą ironią, po czym zmarszczył brwi, wychodząc w ten sposób naprzeciw spokojnemu wyrazowi twarzy starszego prawnika.-Nawet nie próbuj wciągać mnie w te swoje gierki, spójrz, gdzie jesteśmy, Tomlinson, a potem przypatrz się uważnie temu, co mam na sobie.- Dopowiedział z całą powagą, jaką był zdolny z siebie wykrzesać, stojąc w obliczu Louisa.- Mam cholerne lakierki, Louis, i zanim wyrazisz swoje zadowolenie z powodu realnego zagrożenia życia, w jakim się przez nie znalazłem, chcę, żebyś wiedział, iż napisałem do Kelly, informując ją, że jestem z tobą, więc jeśli cokolwiek mi się stanie, bądź świadom, iż sam zdążyłeś już sobie zapracować na miano głównego podejrzanego w śledztwie, jakie zostanie wszczęte przez moją krzywdę. Więc łaskawie skończ marudzić, możesz to dla mnie zrobić? Ponieważ…- Zaciął się nagle w połowie zdania i zaraz po tym, jak wziął głęboki wdech, jednym zdecydowanym ruchem zamknął prawą dłoń Louisa w stalowej plecionce swoich własnych palców, nie wycofując się nawet w chwili, w której zęby niebieskookiego mężczyzny zacisnęły się niebezpiecznie, wywołując tym pojedynczy ruch nisko na powierzchni jego policzków.- Ponieważ, jak już wcześniej zdążyłem wspomnieć, jesteś za mnie odpowiedzialny, czy ci się to podoba, czy też nie. I idziemy dalej właśnie w ten sposób, trzymając się za ręce, i choćbyś miał cierpieć z tego powodu straszliwe katusze, mój drogi, w tym momencie obchodzi mnie to tyle, co nic. Nie chcę się połamać, a tu jest cholernie ślisko. - Mówiąc to, zakończył swój wywód, a Louis w odpowiedzi na to jedynie spojrzał w dół na ich złączone ręce i, po nieudanej próbie wyrwania się, westchnął ciężko pod nosem, po czym zaczął znowu iść przed siebie, ciągnąc Harry’ego ze sobą w głąb lasu.
-Dlaczego akurat prawa dłoń?
-Piszesz prawą ręką, zdążyłem już to zauważyć.- Napomknął, odruchowo wzruszywszy ramionami.- Zwykle ręka, którą się pisze, jest silniejsza i bardziej sprawna. Drugą raczej nie zrobisz mi krzywdy.
-Jestem oburęczny.- Louis odrzekł zwyczajnie, łagodnie poklepując przedramię bruneta wolną dłonią w geście, który młodszy mógłby pomylić z rozbawieniem.
-Oczywiście, że tak.
-Aczkolwiek doceniam technikę.-Przyznał, tylko na chwilę obróciwszy głowę w jego stronę, by na jego oczach oblizać lubieżnie kącik ust.-Nie widzisz właściwej drogi ucieczki, więc starasz się mnie skrępować. Coś jak dosłowny przekaz tego powiedzonka, że przyjaciół należy trzymać blisko, ale wrogów jeszcze bliżej.
-Coś w tym stylu, zgaduję.-Harry odmruknął ponuro, po czym tylko przysunął się jeszcze bliżej boku prokuratora i opuścił głowę, wzrokiem wodząc między wilgotną glebą pod nimi a ich splecionymi palcami.
-Tylko dobrze ci radzę, nie mów tyle. Mówisz tak dużo, że uciszenie cię na wieki wieków zaczyna zyskiwać u mnie miano obywatelskiego obowiązku i uwierz lub nie, Styles, nie obchodzi mnie, że twoja sekretareczka wie, gdzie i z kim teraz jesteś- to nie zmienia faktu, że jesteśmy w miejscu, w którym nikt cię nie usłyszy, a ja przeczytałem w swoim życiu wystarczająco wiele akt zbrodni, by znać techniki zadawania nieludzkiego bólu, o których ci się nawet nie śniło.
I Louis wypowiedział to z typową dla siebie lekkością, która po cichu podkradła się wprost do gardła Harry’ego i zacisnęła na nim pętlę niezręczności, ostatecznie odbierając mu wszelką siłę do rozwinięcia dyskusji, która zdecydowanie zeszła na zły kierunek w chwili, którą on najwidoczniej przeoczył, zaślepiony pychą, jaka pozwoliła mu pomyśleć, że był w stanie górować nad wcieleniem zła, reprezentowanym przez mężczyznę o ponadprzeciętnej w jego mniemaniu urodzie i najgorszym rodzajem pokusy w mroźnym błękicie oczu. Dalej kroczyli wśród martwej ciszy, przerywanej jedynie delikatnym śpiewem ptaków gdzieś w oddali, i żaden z nich nie odważył się zaburzyć aury pomiędzy nimi.
Do czasu, kiedy wilgoć gleby pod ich stopami stała się przyczyną najgorszego, tuż po tym jak słońce po raz kolejny zdało się bezczelnie igrać z młodszym prawnikiem, rzuciwszy oślepiającą poświatę wprost na jego oczy. Jeden promień, sprytnie wciśnięty przez Matkę Naturę między gałęzie jednego z roju drzew dookoła nich, padł wprost na jego twarz, czym zdekoncentrował go na tyle, by zrobił za mały krok i omyłkowo nastąpił na skrawek błotnistej ziemi między dwiema kępami trawy. Pechowy duet w wykonaniu piaskowej mazi i zupełnie gładkich podeszew lakierowanych butów bruneta zakończył swój spektakl dramatycznym pośliźnięciem, podczas którego Harry zdążył nawet przewidzieć połowę swojego przyszłego życia jako osoba niepełnosprawna po groźnym upadku, do którego koniec końców nawet nie doszło, zasługą czego był Louis we własnej osobie. Trzydziestoośmiolatek w porę wyczuł, co miało nastąpić, i chociaż okazało się to być dla niego nieco utrudnione, przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, ugiąwszy ją w kolanie i odchylił się do tyłu, stopę nawet nieświadomie ustawiając w idealnym miejscu, by utworzyć nią barierę dla tej należącej do adwokata. Dźwięk, który towarzyszył nieodpartemu wrażeniu, iż coś w nadgarstku szatyna przeskoczyło niebezpiecznie, mimo że był wręcz niemożliwy do usłyszenia, w jakiś sposób odbił się echem w jego uszach i zmusił go do zmrużenia oczu w ucieleśnieniu delikatnego grymasu bólu, przez co, zamknięty w całej napiętej postaci młodszego z nich, obraz czystego przerażenia stał się zamazany i niepełny.
Harry zatrzymał się gwałtownie w połowie drogi na spotkanie swoich pleców z twardą ziemią, co poczuł wyraźnie we wszystkich ścięgnach swojego ramienia, jednak zachował zaciśnięte powieki na wszelką ewentualność jeszcze na kilka sekund po tym, jak zawisnął w powietrzu, nie do końca bezpieczny, czego świadomość uderzyła w niego, jak tylko zdał sobie sprawę z faktu, iż tak naprawdę znalazł się w sytuacji, w której trzymał się brzytwy w desperackim pragnieniu ocalenia swojego życia, a to powinno wiązać się z nieprzyjemnymi konsekwencjami, jakich nadejście mogło nastąpić szybciej, niż by się tego spodziewał.
-Mógłbyś się podnieść, czy zamierzasz tak wisieć do końca swoich dni, nadwyrężając każdy możliwy mięsień w moim nadgarstku?-Chrapliwe warknięcie przecięło napiętą atmosferę między mężczyznami i dopiero wtedy brunet otworzył oczy, jeszcze poświęciwszy moment na eksperymentalne mruganie, by na nowo przyzwyczaić się do światła dziennego. Mimo to pozostał w bezruchu, na co Louis nad nim sapnął w zniecierpliwieniu, po czym sam szarpnął swoją prawą ręką, jednym sprawnym ruchem podciągając młodszego prawnika do góry, wprost na siebie. Plątanina ich palców rozwiązała się samoistnie, a Harry wolne ramiona bezmyślnie owinął wokół szyi szatyna, zupełnie zignorowawszy czarne myśli gdzieś w tyle jego świadomości, bezskutecznie bijące na alarm w całym jego umyśle. Odetchnął z ulgą na nagą skórę u podstawy szyi Louisa i zapach imbiru wdarł się niepożądany do jego nozdrzy, w jakiś niewiadomy sposób czyniąc tamtą chwilę nieco cieplejszą w jego odczuciu, aniżeli w tym mężczyzny o mroźnym spojrzeniu.
-Och, Bogu dzięki.-Wymruczał cicho, wciąż będąc na tyle blisko prokuratora, by jego usta z każdym słowem ocierały się o miejsce złączenia szyi szatyna z jego ramionami.
-Jasne, to przecież nie tak, że to ja ocaliłem twój tyłek, podziękowania należą się temu na górze, jak zwykle.-Usłyszał w odpowiedzi i zdążył jedynie wywrócić oczami, zanim został odepchnięty od ciepłego ciała nieco niższego prawnika. Louis zaraz po tym ostentacyjnie strzepał niewidzialny kurz ze swojego szarego swetra i poprawił okulary na nosie, rzuciwszy przy tym spojrzenie pełne chłodu, którego Harry i tak nie był w stanie zobaczyć przez przyciemniane szkła.-Zbliż się do mnie w ten sposób jeszcze raz, a z rozkoszą skręcę ci kark.
-Czy możemy choć przez kilka minut nie poruszać tematu mojej śmierci, proszę?- Harry wyburczał w niezadowoleniu, wzdychając ponuro zaraz po tym.-Poważnie, odnoszę wrażenie, że o czymkolwiek nie zacząłbym rozmowy, ty i tak znalazłbyś jakiś pokrętny sposób, by nawiązać właśnie do tego. Lubisz myśl o moim martwym ciele, zrozumiałem.
-I gdybym tylko nie był w sytuacji, w której mogę gorzko pożałować każdej większej krzywdy, którą chciałbym ci wyrządzić, uwierz mi, którąś z moich fantazji wcieliłbym w życie.-Odrzekł ze typową dla siebie lekkością, po czym wyciągnął rękę w stronę bruneta, który na ten widok odsunął się nieznacznie, zmarszczywszy podejrzanie brwi.-Co?
-W porządku, kiedy zdążyłeś chwycić nóż?
-Nóż?-Dopytał z czymś w rodzaju zdziwienia, a gdy tylko zobaczył, że Harry wskazuje palcem na jego wysunięte ramię, wywrócił oczami z wyraźnie rosnącą irytacją i obrócił dłoń wnętrzem do góry, ukazując jedynie zupełną pustkę.-Dopiero co powiedziałem, że nie postawię kresu twojej marnej egzystencji, Harold, czy ty mnie w ogóle słuchasz?-Dodał z wyrzutem, a później przez czas równy kilku sekundom obserwował z zaintrygowaniem, jak Harry z dozą niepewności, wymalowaną na jego twarzy cienką kreską w postaci pojedynczych zmarszczek między brwiami i przy zewnętrznych kącikach oczu, podszedł do niego niczym płochliwa sarna i zatonął w zadumie nad możliwymi konsekwencjami swojego czynu. Potem jednak desperackie pragnienie bezpieczeństwa wygrało bój o aprobatę młodszego prawnika, co Louis mógł zauważyć w delikatnym uśmiechu, rozciągającym się na niemal idealnie wykrojonych ustach, i wystarczyło jedno mrugnięcie, by ich dłonie na nowo splotły się w jedność, a oni sami jednocześnie ruszyli w drogę powrotną do samochodu.
-Dlaczego w ogóle to robisz?-Harry zagaił w pewnym momencie, przeciąwszy tym martwą ciszę w przestrzeni między nimi. Kroki stawiał niepewnie, uważając na każdy swój ruch, co jednak nie uchroniło go od krótkich pośliźnięć, które amortyzował, co jakiś czas ściskając wolną ręką ramię swojego klienta. Louis zaś szedł nieustannie przed siebie, nie zwracając uwagi na jego zachwiania równowagi, zamiast tego skupiając wszystkie swoje myśli na chwili, w której miał ponownie wsiąść do swojego auta i odwieźć młodszego z nich do domu, by samotnie wrócić do domu i oddać się chwili relaksu przy szklance wysokiej jakości whisky, po szyję zanurzony w gorącej wodzie, otoczony zapachem wanilii i leśnych owoców.
-Pozwalam ci się samemu nad sobą pastwić.-Odpowiedział obojętnym tonem po długiej chwili milczenia. Harry zmarszczył na to podejrzliwie brwi, przyjrzawszy się w skupieniu profilowi starszego prawnika, po czym, jak tylko zauważył, że Louis nie ma zamiaru z własnej woli rozwinąć swojej wypowiedzi, pociągnął wymownie za rękaw jego swetra, napomykając ciche:
-Słucham?
-Nie odpycham cię, więc nieświadomie robisz sobie nadzieję na to, że z nas coś wyjdzie.-Usłyszał, na co zmarszczki między jego brwiami jedynie pogłębiły się w niezrozumieniu.-Tym przyjemniej będzie cię później brutalnie sprowadzić do parteru, bo nie, Styles, kompletnie nic z tego nie będzie.- Szatyn mruknął ponuro, a chłód jego głosu owiał szyję adwokata i nieprzyjemnym dreszczem powędrował wzdłuż jego kręgosłupa, by ostatecznie opaść ciężko w dole jego brzucha.-A skutkiem twoich ponadprzeciętnie naiwnych starań okaże się gorycz odrzucenia, która będzie niszczyć cię od środka powoli, bezlitośnie i każdego dnia na nowo, zrzucając cię w przepaść bezkresnej pustki…-Zakończył, tym jednym zdaniem rozpylając wokół nich aurę tajemnicy, która niemal pozostawiła Harry’ego bez słowa, i której spróbował się pozbyć obojętnym parsknięciem:
-Aż tak bardzo mi na tobie nie zależy.
-Cokolwiek sprawi, że zatrzymasz choć odrobinę szacunku dla samego siebie, dzieciaku.-Odrzekł szatyn, nawet nie siląc się na lekceważący ton. Harry jednak zignorował go, zamiast tego skupiwszy się na czymś zupełnie innym, co zaprzątało jego głowę przez kilka kolejnych sekund, podczas których próbował sam odpowiedzieć na swoje wątpliwości, a gdy się to nie udało, wziął głęboki oddech i zwrócił się w stronę starszego mężczyzny.
-Ale dlaczego nic z tego nie wyjdzie?- Było pierwszym, co opuściło jego usta, a kontrolę nad jego głosem przejął najczystszy rodzaj dziecięcej wręcz ciekawości.- Nie interesują cię związki z mężczyznami? Ponieważ, jeśli tak jest, to powinieneś jeszcze raz przewartościować swoje życie, stary, skoro trzymasz mnie za rękę od jakichś dziesięciu minut i nie krzywisz się z odrazą.
-Nic mnie nie interesuje, Styles.-Louis odparł prosto, wyraźnie znużony ich konwersacją.-Twoja płeć jest mi zupełnie obojętna. Tak samo, jak cała twoja osoba.-Dodał jeszcze, zanim brunet w ogóle zdążył pomyśleć o właściwej reakcji.
-Rozumiem, że związki nie są dla ciebie, to w porządku. To może chociaż przelotne romanse?-Harry zaproponował po krótkiej chwili ciszy, gdy twarz Louisa na powrót przyjęła wyraz kamiennego spokoju. Na to pytanie szatyn parsknął wymownie i odpowiedź naładowana ironią sama wsunęła mu się na język niemal natychmiast, jednak w porę postanowił ją przełknąć, ostatecznie decydując się na krótkie, ale stanowcze:
-Tym bardziej.
I to zamknęło młodszemu z nich usta w tym temacie. Zamilkł na czas równy dwóm postawionym przez niego krokom, po czym ponownie się odezwał, tym razem już o nic nie pytając, a jedynie stwierdzając fakt, który w niego uderzył.
-Więc to wszystko to jedynie biznes.
-Dbam o ciebie, tylko dlatego, że jestem niesłusznie oskarżony, a jedynie ty w całej Anglii na tyle postradałeś rozum, by mnie wybronić. Reszta wykorzystałaby okazję i posłała mnie w diabły.-Dopowiedział Louis, a kącik jego ust uniósł się nieco w złośliwym uśmieszku, gdy Harry westchnął ciężko przy jego boku.
-Jestem twoją jedyną deską ratunku.
-Nie, tego nie powiedziałem.-Odpowiedział, pokręciwszy przecząco głową, po czym instynktownie napiął nieznacznie ramię, za które Harry niechcący szarpnął w pragnieniu uchronienia się przed kolejnym upadkiem na śliskiej powierzchni.-Jesteś najbliższą deską ratunku. Mam znajomego adwokata, pomagał mi kiedyś. Niestety jakiś czas temu przeniósł się na stałe do Sydney i tyle go widziałem. Ściągnięcie go stamtąd zajęłoby trochę czasu, a nie miałem go zbyt wiele.
-Och, czyżby?-Harry zapytał z największą dozą sarkazmu, jaką mógł z siebie w tamtym momencie wykrzesać. W geście rosnącej w nim irytacji puścił dłoń szatyna i stanął przed nim z założonymi rękami, a łuna światła słonecznego spoczęła na jego sylwetce, rozświetlając jego ciemne, długie loki milionem mieniących się na złoto drobinek, które w jakiś sposób wzbogacały o swoisty rodzaj magii sytuację, w której obaj się znaleźli.-O dziwo nie zauważyłem, że goni cię czas, kiedy wyjechałeś do cholernego Bournemouth na jakiś miesiąc, przez co musiałem złożyć przed sądem wniosek o odroczenie terminu rozprawy na koniec maja.
-Co zrobiłeś?-Zapytał Louis, uniósłszy brwi w oszołomieniu, jednak młodszy prawnik nie zwrócił na to większej uwagi, zamiast tego kontynuując swój wywód w błogiej nieświadomości tego, co miało nadejść.
-Bogu dziękuję, że w ogóle dostałem na to zgodę, byłem pewny, że będą cię chcieli zamknąć jak najszybciej i- przerwał nagle, nieco zdezorientowany przez fakt, iż Louis wyciągnął przed siebie dłoń, a cały by Advertise"> zdrowy
odcień oliwkowej cery opuścił jego twarz, pozostawiając go nienaturalnie bladego.- Louis, wszystko w porządku?- Zagaił, a w jego głosie pobrzmiewała czysta troska.-Nie wyglądasz zbyt dobrze…
-Jest dobrze, po prostu daj mi rękę i wracamy do auta.- Wypowiedział wolno i chrypliwie, a zaraz potem dodał:-Lewą-, gdy Harry spróbował spleść z jego palcami swoją prawą dłoń.
-Oh, tak, jasne. Po prostu trzymasz swoją tak dziwnie, więc pomyślałem… W sumie nie wiem, co pomyślałem, to zupełnie nie ma sensu.- Mówiąc to, zaśmiał się nerwowo, po czym zdążył jeszcze instynktownie zaczesać swoje włosy do tyłu, zanim ostatecznie wplótł swoje palce między te nieco krótsze, należące do Louisa. Starszy mężczyzna zaraz po tym odgiął całą jego dłoń do tyłu, wykręcając mu nadgarstek w na tyle bolesny sposób, by Harry odruchowo ugiął nogi w kolanach i zniżył się niego w desperackim pragnieniu przywrócenia swojej dłoni do jej naturalnej pozycji.-Louis, to boli, boli jak cholera, co ty wyprawiasz?!-Wyrzucił w panice, polegając w próbie wymuszenia spokojnego tonu na swoim głosie. Louis jednak nie odpowiedział, dopóki nie wykrzywił nadgarstka bruneta na tyle, by padł przed nim na kolana na mokrą trawę, zupełnie zignorowawszy każdy jego jęk i prośbę o puszczenie go do tego czasu.
-Chcesz mi powiedzieć, że bez mojej wiedzy i zgody oddaliłeś termin rozprawy, tym samym odsuwając mnie od pracy na kolejny miesiąc?-Zapytał retorycznie, i chociaż jego postawa wciąż wyrażała typowe dla niego opanowanie, jego głos stał się głębszy, amerykański akcent znacznie ostrzejszy niż zwykle, a pod brązową taflą przyciemnianych okularów jego oczy zmrużyły się niebezpiecznie i pojedynczy mięsień przy zewnętrznym kąciku tego prawego zadrżał w tiku nerwowym.-Głupcze, zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś?- Zadał kolejne pytanie, po czym przechylił głowę nieco na bok i kontynuował, nawet nie dając Harry’emu szansy na odpowiedź.-Pracowałem nad jednym z dziwniejszych morderstw w całym swoim życiu, mimo mojego zawieszenia codziennie nad tym siedzę, bo do teraz byłem pewien, że zdążę zostać uniewinniony i wrócić do pracy przed zakończeniem śledztwa.
-Louis, uspokój się.
-A ty tak po prostu wszystko mi zrujnowałeś, od tak, bo taki miałeś kaprys?-Mówił dalej, nie zwróciwszy większej uwagi na grymas bólu wyrysowany na twarzy adwokata, kiedy ten syczał cicho przed nim.-Praca to wszystko, co mam, już to zawieszenie jest dla mnie jak wyrok, a ty bezczelnie za moimi plecami przedłużasz mi karę? Kim ty, do cholery, myślisz, że jesteś, huh?
-Twoim obrońcą, którego zostawiłeś na miesiąc z paroma słowami twojej wersji wydarzeń i liczyłeś, że wrócisz na gotowe.-Harry odparł słabo, co jakiś czas przerywając swoją wypowiedź, by warczeć i skomleć przez okropne uczucie, pulsujące w wewnętrznej stronie nadgarstka oraz promieniujące wzdłuż całej długości ręki.-To tak nie działa, Louis, umawialiśmy się na współpracę, nie na to, że odwalę sam całą fuszerkę, a ty przyjdziesz na wysłuchanie wyroku uniewinniającego. Nawet mi dokładnie nie wytłumaczyłeś, co według ciebie wydarzyło się wtedy na lotnisku, j-ja- ogh!
-Tylko winny się tłumaczy.-Mruknął cicho szatyn, gdy tylko nachylił się do niego, by obaj mogli zmierzyć się nawzajem wyzywającym wzrokiem. Mroźny błękit wyszedł naprzeciw mszastej zieleni, okrytej słoną taflą łez, których nie przysłoniły przeciwsłoneczne okulary, jednak Louis nawet nie drgnął w reakcji na ten widok, zbyt zaślepiony wściekłością, która wręcz miażdżyła mu żebra poczuciem obawy o jego przyszłość.-Nie mam zamiar- zaczął, ale Harry bez pardonu wtargnął mu w słowo, wolną dłoń ułożywszy na udzie szatyna i zacisnąwszy palce na materiale czarnych jeansów.
-Oh, skończ pierdolić, oboje doskonale wiemy, że tych, którzy się nie tłumaczą, łatwiej jest ci wpędzić za kratki. Ale wolisz tych gadających, bo próbują przekonać sąd do swojej niewinności, czym testują twoją cierpliwość i zapewniają ci stres, od którego jesteś wręcz uzależniony.-Harry wysyczał przez zaciśnięte zęby, usilnie starając się nie zerwać ich kontaktu wzrokowego.-Działalność prokuratury jasno i dobitnie pokazuje, że ten tekst to jedynie nic niewarte powiedzonko dla ludzi, którzy widocznie nigdy nie natknęli się na większy konflikt z prawem niż mandat za przekroczenie prędkości.
-Nic nie dało ci prawa do-
-Nic?-Mówiąc to, po raz kolejny przerwał Louisowi w połowie zdania i zaśmiał się gorzko na sytuację, w której się znaleźli.-Wyjechałeś. Nie dałeś żadnego znaku życia przez cholerny miesiąc, zostawiłeś wszystko na mojej głowie i co? Liczyłeś na cud? Bo inaczej nie mógłbym określić wersji twojej rozprawy, w której zostałbyś uniewinniony. Jestem dobrym obrońcą, a nie Bogiem, więc łaskawie się ogarnij, bo nie ma opcji, żebym wyratował cię z oskarżenia o akt nieuzasadnionej agresji wobec drugiego człowieka, kiedy wszystko, co robisz dokładnie w tym momencie, to właśnie to. Właśnie teraz sprawiasz, że jestem w stanie uwierzyć w słowa kobiety, która podaje się za twoją ofiarę.
-Fakt, że wciskasz się w damskie ciuszki nie czyni cię kobietą.-Louis odparł z pełną powagą w głosie, po czym wypuścił dłoń Harry’ego ze stalowego uścisku i wyprostował się przed nim, oddychając głęboko.- Jestem pracoholikiem, a ty bez konsultacji ze mną przedłużyłeś mi okres zawieszenia w prawach do wykonywania zawodu, Styles, więc następnym razem przemyśl to dwa razy, zanim nazwiesz moje zachowanie nieuzasadnioną agresją.
-Przemyśl to dwa razy, zanim znowu powiesz mi, że nie jesteś gejem.-Mruknął mruknął posępnie w odpowiedzi, nawet nie siląc się na wstanie z kolan, zbyt zajęty rozmasowywaniem obolałego nadgarstka, by zwrócić uwagę na to, iż jego spodnie do połowy długości całe pokryte były rosą i błotem. Louis zaś po raz kolejny zmrużył na niego oczy, wciąż otrząsając się z resztek irytacji, jaka ogarnęła wcześniej jego ciało.
-Dbam o ciebie, tylko dlatego, że jest-
-Sadzanie mnie na swoich kolanach jest częścią dbania o mnie przez wzgląd na twój własny interes?-Tymi słowami Harry po raz kolejny tego dnia bezczelnie wszedł starszemu prawnikowi w słowo, uśmiechnąwszy się przy tym złośliwie.- No dalej, oświeć mnie, jaki to miało cel?
-Zrobiłem to przy twoim ojcu.- Szatyn odparł prosto i właśnie to przelało czarę goryczy w sercu młodszego z nich. Brunet gwałtownie podniósł się z ziemi i pchnął niższego mężczyznę raz, a potem drugi, aż plecy trzydziestoośmiolatka uderzyły w gruby pień drzewa, dzięki czemu został uwięziony przez Harry’ego, który w pewnym momencie przysunął się do niego na odległość, która pozwalała ich nosom zetknąć się ze sobą.
-Co ma z tym wspólnego mój ojciec, huh?
-Sprawia, że stajesz się słaby.-Usłyszał w odpowiedzi, na co jego brwi ściągnęły się w konsternacji.-Chciałem sprawdzić, co zrobisz w chwili konfliktu jego interesów z twoimi. Przekonać się, którą stronę wybierzesz. Zobaczyć, czy podporządkujesz się rozkazom tatusia, czy może jednak pokażesz, że to twoje życie i dokonujesz w nim swoich wyborów.
-To nie jest wytłumaczenie.-Odparł natychmiast, pokręciwszy przy tym przecząco głową. Jego dłoń nieświadomie powędrowała w górę torsu Louisa, zatrzymując się dopiero przy jego żuchwie, na której zacisnął palce i uniósł lekko, by zmusić tym szatyna do utrzymania z nim kontaktu wzrokowego.-Nie jesteś taki dumny, gdy jestem tak blisko.-Zauważył z wyraźnym zadowoleniem w głosie, zmąconym jedynie nutką dezorientacji, jakby nie był do końca pewny, czy jego klient nie prowadzi z nim swojego rodzaju gry.- Czyżbym wygonił cię z twojej strefy komfortu, zmuszając cię do zdzierżenia uczucia dosłownie całego mojego ciała na twoim?-Zapytał, jednak nawet nie dał Louisowi czasu na odpowiedź, a jedynie przeskoczył wzrokiem między jego oczami i ustami, po czym sam kontynuował swoją wypowiedź.- Nieważne, nie to mnie teraz obchodzi. Coś się tak uparł mojego ojca, co? To zabawne, że przejmujesz się nim znacznie bardziej niż swoim własnym. Mówisz o nim w cholerę częściej niż o swoim własnym. Jaki jest tego powód?
-Mam mówić o swoim ojcu?-Louis odezwał się w końcu, a ton jego głosu owiał twarz adwokata nieprzyjemnym chłodem, który zapowiadał jedynie nadejście czegoś złego, czego miał żałować w niedalekiej przyszłości.-O dziwo ma wiele wspólnego z twoim. Mój nożem wyrył na mojej skórze swoją nienawiść do mnie, gdy nie potrafiłem jeszcze nawet samemu przewrócić się na brzuch podczas snu, po czym poszedł w pizdu, zostawiając moją matkę samą w chorobie. Twój ojciec za to trafił na moje początki w karierze procesowej i sprytnie wykorzystał szansę, by trochę sobie ze mnie poszydzić. Obaj mnie upokorzyli, różnią się jedynie tym, że mój staruszek zrobił to, gdy nie byłem tego świadom, po czym zniknął i nigdy nie miałem szansy na wyrównanie rachunków. Twojego ojca mam w tym momencie podanego na tacy i musisz przyznać, że byłbym głupcem, gdybym z tego nie skorzystał.
-Czyli to dlat- Harry zaczął znacznie łagodniejszym tonem, wyrażającym jedynie czystą troskę, nawet jeśli z jego spojrzenia wręcz biło oszołomienie natłokiem informacji, jakim przygniótł go Louis, nawet się szczególnie nie starając.- To dlatego jest- zaczął po raz kolejny, zająknąwszy się przy tym krótko, jednak Louis prychnął pogardliwie pod nosem i sam zaczął mówić, odbierając mu tym szansę na dokończenie swojej wypowiedzi.
-Nie, to nie jemu zawdzięczam tę diabelską powłokę, jak to uroczo ujęli kiedyś moi podwładni. Jestem chujem, bo nim jestem, mój ojciec nie ma z tym nic wspólnego, poza faktem, że dzięki temu, co zrobił, mam teraz dość twardy tyłek, który jest wręcz niemożliwy do skopania przez cokolwiek, co przytrafia mi się w życiu. Nie baw się w psychologa, to nie gierki, prawda jest taka, że od dzieciaka byłem określany mianem ucieleśnienia diabła, nawet kiedy jeszcze nie wiedziałem, jak wielką zdzirą był facet, który mnie spłodził.-Mówiąc to, nie wyraził nawet jednej emocji, która mogłaby świadczyć o tym, że Harry właśnie odkrył jego słabość. Ton jego głosu przepełniony był spokojem, jego twarz pozostawała neutralna przez cały ten czas i jedynie pojedynczy ruch żuchwą, sugerujący krótkie zaciśnięcie zębów mógł w jakiś sposób go zdradzić, jednak Harry zdawał sobie sprawę z tego, z jak nieobliczalną i niejasną osobą miał do czynienia, więc porzucił wszelkie rozmyślenia na ten temat i sam odsunął się nieco, chcąc zwrócić Louisowi poczucie komfortu, na jakie mężczyzna zasługiwał.
-A co- Zagaił nagle, ale zaraz przygryzł nerwowo dolną wargę, jakby zastanawiając się, czy to, co chciał zrobić, było w tej sytuacji odpowiednim krokiem. Ostatecznie do dokończenia pytania zmusiło go wymowne uniesienie brwi Louisa ponad złotą oprawkę okularów, więc młodszy mężczyzna wziął głęboki wdech i przymknął oczy, kiedy dopowiedział:- A co z twoją mamą?
-Zabiłem ją.
Po czym Louis minął go i samotnie ruszył w stronę swojego samochodu, uśmiechając się złośliwie pod nosem na samo wspomnienie widoku Harry’ego po jego słowach. Przez tę jedną sekundę, kiedy porzucał swoje miejsce między drzewem i adwokatem, zobaczył, jak cały kolor uciekł z twarzy bruneta w mgnieniu oka, szczęka opadła w szoku, a bicie jego serca stało się niemal słyszalne z odległości, jaka ich dzieliła; gwałtowny puls wyróżnił się na jego szyi, wprawiając tętnicę w niekontrolowany ruch, który nieznacznie uderzał w materiał kołnierzyka eleganckiej koszuli prawnika, kiedy jego oczy otwarły się w pełni, przyjąwszy formę pełnych okręgów, co przy naturalnym, migdałowym kształcie wydało się być dla Louisa całkiem imponujące.
Do bugatti doszedł zupełnie sam, pogrążony w przyjemnej ciszy, jaką otulał go las wokół niego. Zajął swoje miejsce za kierownicą wozu i spokojnie zaczekał parę minut, a kiedy stracił już cierpliwość i odpalił silnik z zamiarem samotnego powrotu do domu, drzwi od strony pasażera zostały otwarte i Harry usiadł w fotelu bez słowa, cały widocznie spięty od największych palców u stóp, aż po czubek głowy. Nie zapiął pasów mimo próśb i wyraźnych nakazów Louisa, wciąż tylko tkwiąc w bezruchu niczym przeklęty przez jakieś złe moce. Usta miał zwinięte w cienką linię, wzrok wbił w przednią szybę i nawet nie tupał nerwowo, jedynie co jakiś czas zaciskając mocniej palce na grzebiecie własnych dłoni, mając je splecione na swoich brudnych i przemoczonych kolanach. I chociaż Louis doceniał martwą ciszę w przestrzeni wokół nich, a nawet się nią rozkoszował, zdawał sobie sprawę z tego, że to nie mogło trwać wiecznie i w końcu miał stanąć przed niekomfortowym obowiązkiem rozmowy z adwokatem na temat zachowania w tajemnicy wszystkiego, co wyszło na jaw podczas spaceru w lesie.
W połowie drogi jednak Harry go w tym wyręczył. W pewnym momencie wziął głęboki oddech i otworzył buzię raz, potem ją zamknął i zrobił to ponownie jeszcze dwa razy, zanim faktycznie słowa wydostały się z jego ust; ciche i pełne niepewności, a jednocześnie mające w sobie coś, co wręcz zapewniało o ich szczerości i sporej wadze.
-Louis, cokolwiek zrobiłeś w przeszłości, j-ja…- Zaczął jękliwie, ze stresu pociągnąwszy za swoje włosy nieco zbyt mocno, gdy odruchowo zaczesywał je do tyłu.-Chcę, żebyś wiedział, że to jest ze mną bezpiecznie. Przejdziemy przez to razem, tak?
Nawet jeśli wcześniej pojawiła się ta jedna sekunda, kiedy Louisowi zrobiło się żal młodszego prawnika, gdy tylko usłyszał te słowa, jego stopa samoistnie docisnęła pedał hamulca do samego końca, co skutkowało głośnym piskiem opon i gwałtownym zatrzymaniem się na środku ulicy pośród lasu, daleko od jakiegokolwiek śladu cywilizacji.
-Wyjdź.
-Zapomnij, Louis, możemy nad tym popracować, to nie mus-
-Wyjdź z tego samochodu, przypominam ci, że mi na życiu nie zależy, mogę osiągnąć ogromną prędkość i rozbić się na drzewie, ale ty podobno chcesz się jeszcze zestarzeć, prawda?-Szatyn wycedził przez zęby, po czym mięsień przy zewnętrznym kąciku jego oka zadrżał groźnie, co tym razem Harry zauważył, więc posłusznie otworzył drzwi i wyszedł na jezdnię, wzdychając przy tym ciężko.
Potem Louis odjechał, pozostawiając za sobą swojego adwokata w małych kłębach dymu spod kół sportowego auta. Harry zaś zdjął swoją marynarkę i przewiesił ją sobie przez ramię, by później odchylić głowę i mruknąć ciche:
-Nawet nic mi nie zeznał, tak naprawdę…-, spoglądając w niebo o barwie błękitu, która wydawała mu się niczym w porównaniu do tej zamkniętej w tęczówkach egoistycznego prokuratora o morderczych zapędach. Następnie wyciągnął telefon, na ekranie którego wybrał odpowiedni numer i przyłożył słuchawkę do ucha, spokojnie czekając na połączenie.-Dzień dobry, chciałbym zamówić taksówkę.- Mruknął głosem tylko odrobinę napiętym, zaraz po tym, jak po drugiej stronie przywitała się z nim nieznajoma kobieta.-Jaki adres? Och, erm…-Zająknął się, drapiąc się niezręcznie w tył głowy i rozglądając dookoła siebie. Po tym westchnął ciężko i potarł delikatnie zmęczone oczy, wypowiedziawszy tylko coś na kształt:- W sumie nieważne, przejdę się.-, by kilka sekund później stawiać już pierwsze kroki w kierunku, w którym wcześniej udał się starszy prawnik.
Inquiry- Mroczne sekrety
Opis: Louis to sukowaty prokurator, który sieje postrach w świecie prawa i poza nim. W pewien sposób jest strażnikiem kodeksu karnego, ale też mistrzem w omijaniu przepisów i manipulowaniu nimi. Harry to utalentowany adwokat, który może pochwalić się ogromnym sukcesem zawodowym, zdobytym w niewiarygodnie krótkim czasie. Jest też zauroczony starszym prokuratorem, kiedy ten zupełnie nie rozumie jego fenomenu i wręcz otwarcie nim gardzi. Jak to pogodzić? To proste- postawić starszego z nich przed sądem, z Harrym jako obrońcą przy boku ;)
Ode mnie: to część, tak. Odsyłam po mojego ostatniego postu, tam wszystko wyjaśniam. W tej części może nie dzieje się za dużo, ale jeśli ktoś zamierza w późniejszym czasie przeczytać serię, to fragment ten sporo wnosi :) wiemy już, jak rekrutuje Harry. Czas pokazać, jak robi to Louis.
Srebrny materiał marynarki pobłyskiwał wesoło w ciepłych promieniach przedpołudniowego słońca, mieniąc się księżycową łuną w idealnym kontraście dla głębokiej czerni koszuli z prostym kołnierzykiem i garniturowych spodni w tym samym odcieniu. I jedynie skórzane półbuty jakby próbowały zmącić swój mrok odbijaniem światła dziennego, wprost przeciwnie do toni jego duszy, która zdawała się wręcz pysznić swoim zniszczeniem, zalewając świat falami toksycznego jadu z każdym słowem jej właściciela, gestem czy pogardliwym spojrzeniem, które rzucił nieznajomej kobiecie, gdy na parkingu wychodził ze swojego auta.
W jego dłoni nie spoczywał uchwyt aktówki, zwykle kołyszącej się frywolnie przy nodze prawnika, zamiast tego trzymał w niej telefon, który przy wejściu do prokuratury włożył do kieszeni spodni, odzyskując w ten sposób namiastkę przyjemnej rutyny. Trzydniowy zarost wyostrzał jeszcze wyraźne rysy jego żuchwy, a mroźny błękit oczu nabrał brązowych iskierek, niechlujnie porozrzucanych przez stres po obu tęczówkach. Mimo to on sam wydawał się być spokojny i opanowany, jakby usilnie chcąc przywrócić kolejny element codziennego życia swojego i swoich pracowników. W ten sposób przekroczył próg prokuratury, znajomy stukot niskich obcasów rozniósł się po holu w zapowiedzi nadchodzącej grozy dla wszystkich tam obecnych, którzy jak na zawołanie zwrócili się w stronę źródła dźwięku i zsynchronizowanie zamarli na widok prokuratora. Całe pomieszczenie natychmiast wpadło w sidła martwej ciszy, podwładni wyższej i niższej rangi stali się nagle zbyt ociężali na wykonanie jakiegokolwiek ruchu i tylko pojedyncza kartka wypadła z rąk stażystki, z gracją i bez pośpiechu upadając na podłogę z nieznacznym echem.
Szatyn zatarł swoje dłonie, oblizawszy kpiarsko dolną wargę, po czym postawił kilka kroków wzdłuż holu, między stanowiskami pracowników przechodząc wprost do gabinetu Logana, gdzie wszedł bez wcześniejszego pukania i pozostawił drzwi otwarte, jakby szykował się do natychmiastowego wyjścia.
-Louis?-Głęboki głos starszego mężczyzny osadził się miękką wibracją w dole brzucha prokuratora, jednak on wzruszył na to jedynie ramionami i zmierzył eksperymentalnie całą sylwetkę współpracownika.-Jesteś uparty jak os- Logan zaczął, kręcąc głową w niedowierzaniu, ale Louis wszedł mu w słowo cichym warknięciem:
-Nie martw się, nie zapomniałem o swoim zesłaniu na bezrobocie.-, zanim tak po prostu podszedł do jego biurka i sięgnął po kolorową kartkę, leżącą samotnie na blacie.-Jak się bawisz z Edwards?
-Chryste, Tomlinson, to nie ja cię zawiesiłem, zrozum to w końcu. Dostałem pismo z góry, nie miałem wyjścia, inaczej czekałaby cię komisja.- Usłyszał w odpowiedzi, na co skinął wolno.
-Pierdolisz trzy po trzy, Logan.-Mruknął oschle.-Odpowiesz mi w końcu na pytanie? A może mam odciąć ci dopływ tlenu, bo marnujesz powietrze
tymi durnymi śpiewkami. Nie mam czasu i ochoty na te zabawy, a każdy mnie ostatnio w tym temacie drażni. Nie wiem, zmówiliście się wszyscy przeciwko mnie? To jakaś pieprzona gra?-Zapytał poirytowany i nawet nie zwrócił już uwagi na zmarszczone w konsternacji brwi, zamiast tego skupiając swój wzrok na liście nazwisk na kartce. Logan zaś podszedł do niego niepewnie, po czym ułożył dłoń na ramieniu szatyna, tylko po to, by ten zaraz strząsnął ją z siebie z czymś na kształt odrazy.
-Wszystko w porządku?- Spróbował ponownie, tym razem zachowując odpowiedni dystans i rezygnując z dotyku na rzecz sfery werbalnej w komunikacji z dość skomplikowaną osobą, jaką wydawał mu się młodszy prawnik.- Tomlinson?
-Zmieniasz profesję?- Louis odparł, spojrzawszy na niego wymownie znad listy.
-Nie?
-Więc łaskawie zamknij się, zanim znowu zapytasz o moje samopoczucie tonem zatroskanej matki, jasne? Nie bawią mnie te twoje zabawy w psychologa.-Dopowiedział, ignorując zupełnie zdezorientowaną minę starszego.-Nie jestem tu z obowiązku, mam coś do załatwienia.
-Co takiego?-Zapytał Logan, uważnie przyjrzawszy się temu, w jaki sposób szatyn wertował kolejne nazwiska w zadumie.
-Rekrutacja nowych stażystów.
-Ale ja się tym zawsze zajmuję, niby dlaczego nagle przeszło to na ciebie?- Z tymi słowami mężczyzna obszedł swoje biurko i usiadł w fotelu za nim, by z tego miejsca obserwować swojego młodszego kolegę, który zaś po usłyszeniu tego prychnął pod nosem.
-Tym bardziej, że jestem zawieszony, huh?-Louis dopytał kąśliwie, zanim westchnął ciężko w przestrzeń między nimi.-Zawieszenie to nie emerytura, ja tu wrócę. A gdy to zrobię, będę miał masę nowych zakutych łbów do zniesienia, bo mój najdroższy współpracownik zatrudni wszystkich na okres próbny i potem będzie płacz, bo ten miły pan mówił, że będzie tak super, a pojawił się jakiś chuj i wystraszył ich tak, że poszczali się w gacie.- Oznajmił teatralnie przejętym tonem i wywrócił oczami na wesoły uśmieszek, igrający na twarzy starszego prokuratora.-Sam sobie sprawdzę tych gówniarzy, bo poziom debilizmu twoich kandydatów mnie dobija.
-Nie bądź taki surowy…-Logan poprosił z wyraźnym rozczuleniem w głosie, a Louis posłał mu tylko wymowne spojrzenie i spojrzał na listę nazwisk, by zaraz potem otworzyć usta i skazać połowę potencjalnych pracowników.
-Pierwsze dziesięć osób odpada.
-Dlaczegoż to?
-Już po ich nazwiskach widzę, że wyrzuciłbym ich z hukiem pierwszego dnia, więc po jaką cholerę mam tracić czas na rozmowy wstępne z nimi?- Odparł pytaniem na pytanie, mówiąc to tak, jakby to było rzeczą oczywistą. Logan wzruszył jedynie ramionami i pokręcił głową w niedowierzaniu.- Horan. To nie brzmi na brytyjskie nazwisko… Chociaż wy wszyscy jesteście dziwni, więc może to po prostu kolejny brytan z waszej bandy, nie wiem. W całym waszym kraju jedynie herbata jest właściwa.
-To Irlandczyk. - Usłyszał w odpowiedzi, na co przeżuł pustkę w krótkiej zadumie i odrzucił kolorową kartkę z powrotem na blat biurka.
-Jest tu?
-Czeka na wezwanie.- Logan mruknął miękko i uśmiechnął się delikatnie. Chwila ciszy zawisła nad nimi i tylko tykanie zegara w kącie pokoju sprawiało, że w ich uszach nie zaczęło piszczeć nieprzyjemnie. Przez ten moment jedynie patrzyli na siebie wzajemnie, opanowana twarz mężczyzny w średnim wieku znosiła ciężar chłodnego spojrzenia szatyna, którego mimika nie ukazywała nic, poza obojętnością.- Zawołać?- Starszy prawnik odezwał się znowu i Louis odpowiedział na to bez zastanowienia:
-Chcę go w swoim gabinecie.-, po czym włożył nonszalancko ręce do kieszeni spodni, gnąc nieco materiał srebrnej marynarki w jej dole.
-Nie możesz, jest tam Perrie.- Usłyszał, a przyjemne ciepło rozniosło się po jego kręgosłupie, jak tylko usłyszał zawahanie w głosie swojego rozmówcy. Przekrzywił nieco głowę na bok, uważnie wpatrując się w niego i wręcz wypalając wzrokiem dziurę w jego czole.
-Czy ja się nie dość jasno wyraziłem?-Zapytał z przekąsem, a Logan westchnął ciężko w geście rezygnacji, od razu podniósłszy się ze swojego miejsca za biurkiem.
-Powiem jej, żeby wyszła na lunch.
-Cieszę się, że choć na chwilę odzyskałeś rozum, mój drogi.- Louis pochwalił go jeszcze, kącik jego ust uniósł się nieco do góry, by zaraz potem na powrót opaść do prostej linii.
Jego telefon odezwał się, gdy czekał w spokoju na swój gabinet. Pojedyncza, długa wibracja uderzyła w jego udo przez materiał spodni, sygnalizując nową wiadomość, którą prawnik zignorował, jak tylko zauważył, że nadawcą był nie kto inny, jak sam jego adwokat we własnej osobie. Zamiast tego, skupił się na studiowaniu faktury podłogi między swoimi stopami, ręce schowawszy na powrót do kieszeni. Wskazówki zegara mknęły dookoła na białej tarczy, wyliczając sekundę za sekundą, minutę za minutą; bez zbędnego pośpiechu, we własnym rytmie, do którego swe bicie dostosowało serce szatyna.
A potem przeszedł do gabinetu pełnego woni damskich perfum, tak bardzo nieznajomego i wręcz duszącego, przez co nie mógł zapanować nad mętlikiem w głowie, jaki pojawił się nagle i wytrącił go z równowagi, dokładnie w momencie, w którym kojącą ciszę przeciął niewysoki blondyn.
Odziany w granatowe spodnie od garnituru oraz białą koszulę, wszedł do gabinetu dziarskim krokiem, już na samym początku doprowadzając Louisa do uniesienia jednej brwi zbyt mocnym trzaśnięciem drzwiami.
-Dzień dobry!- Zawołał radośnie z ciężkim akcentem i szerokim uśmiechem, jednak na widok powagi wymalowanej na twarzy prokuratora, jego mina zrzedła. Odchrząknął cicho w pięść, po czym opuścił potulnie głowę i niepewnie podszedł do biurka, natychmiast opadając wolno na krzesło naprzeciw szatyna.-Dzień dobry.-Powtórzył, tym razem znacznie ciszej i nie tak nachalnie.
-Nie potrafisz panować nad emocjami.-Louis oznajmił prosto, zmarszczywszy na niego brwi w konsternacji.-Zero wyczucia.
-Po prostu się-
-To nie była sugestia tematu do debaty, po prostu stwierdziłem fakt.-Przerwał mu bez pardonu, jedynie unosząc głowę nieco wyżej, by móc patrzeć na niego z góry spod półprzymkniętych oczu. Po chwili zadumy sięgnął po notes, otworzył go na pierwszej czystej stronie i rzucił na drugą stronę blatu, wprost pod nos Nialla.-Imiona i nazwiska wszystkich członków rodziny wraz z datami urodzenia.-Zaczął tłumaczyć, głową skinąwszy na długopis, więc blondyn chwycił go i od razu zaczął notować.-Wszyscy znajomi, z podkreśleniem tych, którzy w przeszłości mieli zatargi z prawem. Trzecia strona to wszystkie twoje dane, data i kwota ostatniego mandatu, aktualna ilość punktów karnych, grupa krwi w razie wypadku w pracy, numer ubezpieczenia, wszelkie możliwe alergie i choroby typu HIV. Dalej nazwisko dziekana twojej uczelni, numer rejestracyjny samochodu, używki i częstotliwość stosowania.-Wyliczył niewzruszony widokiem gubiącego się coraz bardziej, młodego mężczyzny. Wziął jeden głęboki wdech, mruknął jeszcze:- Dodatkowe trzydzieści minut na napisanie listu motywacyjnego, minimum dwie strony tego notesu. Czas start.-, po czym wyciągnął telefon z kieszeni, ustawił odpowiedni czas w aplikacji minutnika i rozsiadł się wygodniej we własnym fotelu, wzdychając z ulgą na znajome uczucie doskonałego połączenia wysokiej jakości drewna z prawdziwą skórą.
Niecałe trzy kwadranse później alarm przeciął napiętą atmosferę między nimi, głośnym systemowym dźwiękiem oznajmiając, że wyznaczony czas się skończył. Louis odłożył komórkę na biurko przed sobą, a potem splótł palce swoich dłoni w powietrzu, ramiona wciąż opierając na podłokietnikach. Uniósł jedną brew, gdy tylko zauważył, że Niall wciąż notował, i odchrząknął głośno w celu zwrócenia na siebie jego uwagi. Na to blondyn przed nim uniósł głowę i z czymś w rodzaju zainteresowania spojrzał mu prosto w oczy, stale próbując pisać coś na kartce notesu, nawet jeśli robił to na oślep i zupełnie nie wiedział, czy poprawnie porusza długopisem po papierze.
-Mam pytanie, panie..?
-Horan.- Odpowiedział natychmiast nieco skrzeczącym tonem, po czym przeczyścił gardło i poprawił się:- Niall Horan.- A powiedział to już wyraźnie i czysto.
-Nie licz na to, że kiedykolwiek zapamiętam cię w ten sposób.-Louis odparł i jego głos emanował chłodem, który poprowadził nieprzyjemne dreszcze w dół kręgosłupa młodego kandydata na pracownika prokuratury. Odchylił się ponownie, by móc ułożyć plecy wygodnie na oparciu fotela, uniósł głowę nieco do góry i przekrzywił ją w bok, nawet nie patrząc na mężczyznę po drugiej stronie biurka, a na notes między jego, luźno ułożonymi na blacie, rękami.-Czas minął, mój telefon cię o tym poinformował… Więc wytłumacz mi, z łaski swojej, dlaczego wciąż pisałeś?
-Powiedział pan, że list ma mieć dwie strony, nie zdążyłem-
-Ach, nie zdążyłeś.-Szatyn bez pardonu wszedł młodszemu w słowo, zaraz potem skinąwszy teatralnie głową w zrozumieniu.- Gdy zadzwoni budzik do pracy, a królewicz nie zdąży się wyspać, postanowi zignorować wszystko i spać dalej?- Zapytał z wyraźną nutą sarkazmu w każdym kolejnym słowie, które wypadało z jego ust. Niall przegryzł nerwowo dolną wargę i wypuścił głośno powietrze w cztery ściany gabinetu prokuratora, zanim zdecydował się w końcu odpowiedzieć.
-N-nie, to nie tak…
-A kiedy powiem ci, że masz mi coś załatwić, a ty nie zdążysz się zmotywować, też to olejesz?
-Panie Tom-
-Nawet nie masz mi niczego sensownego do powiedzenia, po jakiego chuja ty tu w ogóle przyszedłeś? -Mówiąc to, po raz kolejny mu przerwał, jednak wciąż pozostał niewzruszony, zupełnie nie przejmując się tym, że to jego osoba przyczyniała się do stresu młodzieńca. Niall zaś przymknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech, po czym delikatny, nieco zmącony błękit jego oczu spotkał się z tym mroźnym, z iskrami niebezpieczeństwa rozsypanymi po tęczówkach.
-Chcę pracować. Tutaj.- Stwierdził z pełną powagą, na którą Louis jedynie zamrugał wolno. Przyjemna cisza ogarnęła całe pomieszczenie na czas zaledwie kilku sekund, duszący zapach perfum wdarł się nieproszony do ich nosów, drażniąc wszystkie zmysły i po prostu tkwili w błogim milczeniu, które jednemu z nich przynosiło ukojenie, a drugiemu niepewność o własny los.
-Uważaj na alarmy, bo jeśli zrobisz to jeszcze raz, to uczciwie ostrzegam, że nie zdążysz zagrzać tu dupy, czy to jest jasne?- Szatyn zdecydował w końcu i podniósł się ze swojego fotela, automatycznie sięgając dłońmi do guzików marynarki, by je zapiąć.
-Oczywiście!- Usłyszał i skrzywił się na to, jak głośne i entuzjastyczne to było.-Czy to oznacza, że dostałem tę pracę?- Niall zapytał jeszcze z nadzieją.
-Nie, to oznacza, że masz tu przychodzić, bo masz uroczą buzię, którą chcę widzieć do końca swojego życia.- Odrzekł Louis, wręcz ociekając sarkazmem. Wywrócił oczami na widok zdezorientowania malującego się na twarzy blondyna, po czym pokręcił głową w niedowierzaniu i westchnął cicho pod nosem.-Irlandia, huh?
-Tak..?-Bardziej spytał, aniżeli stwierdził, nie do końca rozumiejąc, co jego pochodzenie ma do rzeczy w rozmowie kwalifikacyjnej.
-Miałem do czynienia.
-I jak wrażenia?- Zagaił niepewnie ze swojego miejsca na krześle przy biurku. Dłonie miał splecione na udach i patrzył na buty prokuratora, zbyt onieśmielony jego dumną postawą i Louis na to przekrzywił delikatnie głowę w zastanowieniu nad swoimi słowami.
-Irlandczycy to zdziry w kwestii prawa.- Stwierdził bez ogródek, wzruszywszy beztrosko ramionami, zanim dodał:- Więc może coś z ciebie będzie. Poniedziałek, szósta rano. Punkt szósta rano.-Podkreślił, a szczęka Nialla opadła w szoku. Młody mężczyzna wstał powoli i stanął twarzą w twarz ze swoim przyszłym szefem, po czym przeczyścił gardło, mentalnie zdobywając się na odwagę, by powiedzieć:
-A-ale ja mam lekarza na ósmą.- I chociaż zająknął się przy tym, to i tak odetchnął z ulgą, że w ogóle udało mu się wydukać cokolwiek w obliczu starszego szatyna.
-Umierasz?- Louis zapytał z wymuszoną ciekawością, na co blondyn pokiwał przecząco głową.
-Nie.
-Masz raka i wymagasz pilnego leczenia onkologicznego?
-Nie?- Odparł pytaniem na pytanie, jakby w obawie przed powiedzeniem czegoś złego, kiedy to trzydziestoośmiolatek patrzył na niego surowym spojrzeniem spod ściągniętych w irytacji brwi.
-Poniedziałek, piąta trzydzieści rano.
-Przecież miało być o szóstej!
-Ale mnie zdenerwowałeś.-Louis oznajmił z przekąsem, skutecznie uciszając tym gwałtowny wybuch swojego nowego pracownika.- Masz jeszcze jakieś zastrzeżenia?-Dodał, z jedną uniesioną brwią stojąc przy otwartych już drzwiach swojego gabinetu.
-Nie, nie, skądże.- Mówiąc to, Niall pokręcił zagorzale głową w zaprzeczeniu.
- Więc giń mi z oczu, skończyłem.
Potem szatyn z czymś w rodzaju zadowolenia obserwował, z jakim pędem blondyn wypadł przez drzwi, a potem wręcz biegiem opuścił budynek prokuratury, nawet nie oglądając się za siebie.
I rozkoszowałby się tym znacznie dłużej, również śledząc zimnym spojrzeniem hol, w którym jego podwładni uwijali się jak mrówki w obliczu jego osoby, taranując się wzajemnie i chodząc niemal w kółko, jakby nie mogli znaleźć sobie odpowiedniego miejsca, by wyglądać na wystarczająco przydatnych do zachowania ich w pracy. To miało w sobie pewien urok, Louis mógł przyznać, jednak w jego głowie, gdzieś z kąta podświadomości wyczołgała się okropna myśl, że żeby mógł mieć taki widok przed oczami każdego kolejnego dnia przez następne lata, musiał jak najszybciej uporać się z procesem, który wisiał nad nim niczym niechciane widmo marnej przyszłości, klatka, czekająca jedynie na przecięcie liny i zapadnięcie się.
Dlatego też wyjął telefon z kieszeni spodni, wybrał odpowiedni numer i przyłożył słuchawkę do ucha, by odczekać dosłownie trzy sygnały na uzyskanie połączenia ze swoim adwokatem.
-Harold, zabieram cię na przejażdżkę.- Powiedział tylko i już zamierzał się rozłączyć, ale Harry zawołał na niego napiętym głosem:
-Mam umówionego klienta, Louis.
-Czy ja pytałem-
-Czy masz jakieś plany, czy może raczej oznajmiałem ci, że cię gdzieś zabieram?- Brunet bezczelnie dokończył za niego zdanie, nieudanie go przy tym przedrzeźniając. Oboje westchnęli synchronicznie i wywrócili oczami, nawet jeśli wiedzieli, że żaden z nich tego nie zobaczy.-Za piętnaście minut pod kancelarią.
-A gdzie jesteś teraz?
-W domu.- Odpowiedział gładko, na co Louis uśmiechnął się złośliwie pod nosem, jak tylko wyszedł wolnym krokiem z prokuratury i skierował się wprost na parking.-I nie, nie możesz po mnie przyjechać do domu, zapomnij.- Harry dodał spanikowanym tonem, jakby doskonale wiedział, jakie zamiary plączą się w zmąconym umyśle starszego mężczyzny.- Rodzic-
-Oczywiście, Julio, wszystko, by tylko mamusia i tatuś nie wiedzieli, z kim szwenda się ich królewna.
Z tymi słowami szatyn rozłączył się, otworzył drzwi do swojego bugatti i rzucił telefon na fotel pasażera, wsiadając za kierownicę.
A Harry uśmiechnął się sam do siebie, po czym wsunął buty na stopy i czym prędzej wyszedł z domu, zupełnie nieświadomy tego, co miał przynieść mu ten dzień.
PRESSURE COOKER ASIAN STEAMED DUMPLINGS
Really nice recipes. Every hour.
Show me what you cooked!






