-Nie, do cholery! Prosiłem cię żebyś został - spojrzał na Harry'ego zapłakanym spojrzeniem. Niebieskie oczy były teraz przekrwione, a kiedy wyższy chłopak spróbował się do niego zbliżyć tylko zamachnął się jakby mógł go uderzyć. Łzy spływały po jego policzkach - Wiem, że on jest ważniejszy. Zawsze był. Więc się kurwa wynoś! Wynoś się stąd! - krzyczał coraz głośniej, czując, że powoli brakuje mu tchu w płucach. Harry podszedł do niego, by go przytulić, jednak Louis uderzył go z całej siły w klatkę piersiową, tak mocno, że aż się skulił. Gdyby szatyn nie był tak wściekły zapewne przejąłby się bólem wypisanym na twarzy swojego chłopaka - Nienawidzę cię do cholery! - znów uderzył Harry'ego, tym razem wyprostowaną dłonią. Chłopak chwycił go za dłonie, nie odzywając się ani słowem. Louis wierzgał w jego uścisku, kiedy wyższy przygwoździł go do ściany - Nienawidzę cię, kurwa - łzy bezsilności spływały po jego twarzy. Nie rozumiał dlaczego Harry znowu go zostawił. Czemu znów wybrał Nicka. Czego on nie miał? Czego mu brakowało? - schował głowę za ramionami, kiedy Harry spróbował dotknąć jego policzka wolną dłonią. To niemal bolało. Że znów był na przegranej pozycji. Bo za każdym razem tak było.
Harry go porzucał dla Nicka, potem jeden ruch, a Louis się poddawał. Za bardzo go kochał. Ale tym razem poczucie odrzucenia było zbyt wielkie.
-To moje cholerne urodziny - już nie krzyczał, jego głos bliższy był szeptowi - Nie pojechałem do domu, bo mieliśmy spędzić je razem. Pieprzone święta, które ty spędziłeś w łóżku pieprzonego Grimshawa! - plunął Harry'emu w twarz i wyrwał się z jego uścisku.
-Louis... - zaczął ten, jednak szatyn już się wycofał.
-Pierdol się - odpowiedział mu po prostu, ocierając mokre policzki, po czym wyszedł. I nie wrócił.