Jak niby mam to zatytułować?
Bardzo chciałabym rozumieć wszystko. Ciągle mieć siłę, trzymać się ustalonego planu. Podzielić dobę na 8 godziny pracy, 8 snu i 8 odpoczynku. Żeby wszyscy mnie szanowali i okazywali mi wystarczająco dużo sympatii. Inspirować, pozostać na tyle skromną, żeby nikt mi w przykry sposób nie zazdrościł i na tyle dumną, żeby nikt mną nie rządził. Mieć zaufanych przyjaciół. Trzeba spiąć pośladki, praca nie wykona się sama. Nie użalaj się nad sobą, nie jesteś wyjątkowa. Akceptuj zdanie innych ludzi. Miej zrozumienie dla ich własnych potrzeb, nie narzucaj się. Jedz na talerzu. Nie jedz między posiłkami. Jedz na tyle dużo, żeby być najedzona, ale nie przejedzona, mieć siłę, najlepiej zmuś swój układ trawienny, żeby typek nie zabierał ci energii po jedzeniu, gdy pierwsze co robisz, to idziesz spać na 2 godziny. No to już kompletna porażka. Jedz na tyle dużo, żeby nie mieć anoreksji, zmuś się, żeby nie myśleć o jedzeniu. Pozostaw bmi na poziomie 12. Miej okres i grube, lśniące, długie włosy. I nogi, ale, oczywiście, w komplecie tylko z ostatnim przymiotnikiem.. I najlepiej wszystko długie. Długie kolejki adoratorów i adoratorek. Rozsądnych rodziców. Tolerancyjnych i wyedukowanych. Czas i pieniądze. I czyste mieszkanie. I całą mądrość świata, na tyle obszerną, by być inteligentniejszą od średniej, ale też taką, która wciąż zmusza do dalszego rozwoju. A w tym wszystkim znajdź miejsce na odpoczynek. Najlepiej – perfekcyjny jak cała reszta, ale nie na tyle perfekcyjny, żeby jego perfekcja nie nadała mu nieperfekcyjnego charakteru.
Idź przez życie z poziomicą na nosie i wzrokiem utkwionym w ten cholerny, ruszający się w cieczy pęcherzyk powietrza.
What the fuck?
A mnie się chce spać, bo jestem po jedzeniu i zjadłabym jeszcze, bo nie wiem co robić. Bo paradoksów kontynuować nie chcę. Ale czy mam lepszy plan? Bo bez planu – próbowałam – nie umiem, i kroki prowadzą do szafki w kuchni, do łóżka, a myśli na manowce własnej beznadziei.













