Żeby zdrowo myśleć o jedzeniu trzeba jeść - inaczej się nie da
Naprawdę nie oszukamy natury.
Po kilku tygodniach, miesiącach lub latach, ale kiedyś na pewno, organizm jest wygłodzony, chociaż BMI nie musi na to wskazywać (ale często wskazuje). "Jestem przeobrzydliwie głodna, a że choroba nie pozwala mi na czyny, to daję sobie upust biologicznych pragnień w myślach." Zaczyna się niekończąca myśl o jedzeniu.
"Kiedy jestem na mieście to wgapiam się w każdego, kto coś właśnie je. Dzieci płaczą na mój widok gdy, jak zwierzę, wbijam wzrok w lody, które trzymają w ręce, w taki sposób, jakbym za sekundę miała się na nie rzucić i odbiec z łupem. Przeglądając gazety najbardziej interesują mnie ostatnie dwie strony z przepisami. Na reklamę majonezu w telewizji wpadam w hipnozę."
Stop.
Pomijając wiele istotnych zmian, jakie u mnie zaszły, skupię się na tej jednej, o której jest ten tekst. Zawsze niedowierzałam, że człowiek jest organizmem, przedkładałam ponad sprawy ciała, sprawy ducha. Wydawało mi się, że wszystko zależy od silnej woli. Cud, że nie uwierzyłam w ludzką zdolność do fotosyntezy, bo dla wyższych wartości i ją bym "praktykowała". A tak serio, to nie byłam niedoedukowana, tylko przekonałam się o niezależności od opinii innych i umocniłam w tej postawie. I nie dałam sobie wmówić, że moje komóreczki z moim DNA mają ogromny udział w moim funkcjonowaniu. Ale musiałam przerwać ten chory korowód, bo ten mózg, co ma mnie zbawić i wynieść na wyżyny, przestał pracować, bo skończyły mu się te opary paliwa, na których pracował już długo.
I wiecie co? Od kiedy zwiększyłam, nie bez stresu, racje żywnościowe, to zwyczajnie jestem najedzona i nie chce mi się jeść. Dla mnie to cud, (a dla natury ludzkiego ciała - oczywistość) że mój organizm, który po kilku latach przestał trwać w ciągłym stanie wyczulenia na hasło "pożywienie", nie domaga się go, bo wie że co kilka godzin je otrzyma.
Miałam jakieś pół roku temu, coś co nazwałam kompulsywnym jedzeniem, które nie pokrywało nawet połowy moje dziennego zapotrzebowania. Po prostu w całym tym mętliku, który wtedy przeżywałam, nie skontrolowałam swojego zachowania i potrafiłam zjeść wbrew woli, nieświadomie jedną trzecią paczki paluszków, jabłko i dwa kiszone ogórki. Wszak nie jadłam wtedy o wyznaczonej porze żadnych posiłków, nawet minimalnych, po prostu zakładałam, że w ogóle nie zasiądę do stołu - jadłam na stojąco. Dlatego odczuwałam nieustanny głód, także mentalny, który całą moją uwagę w życiu skupiał na walce o znalezienie w mojej przestrzeni jakichś kalorii, a potem walce o to, czy je przyjąć. Zdarzało się, że na kolanach jadłam ze śmietnika to, co wcześniej tam wrzuciłam. Obrzydlistwo.
Dziś, w porównaniu z tamtym czasem, nie wydaje mi się, żebym jadła jakoś strasznie dużo. Nie nie wkładam w zbilansowane jedzenie mnóstwa energii. Zdarza mi się jeść słodkie, przetworzone rzeczy, węglowodany na wieczór i co z tego. Było trudno, ale zaczęłam po prostu, bez żadnej filozofii, co trzy godziny dostarczać sobie pożywienia. Pierwszy raz w życiu zaczęłam jeść drugie śniadanie w szkole, dzięki czemu wieczorem nie mam ochoty na wielkie porcje. Od kilku miesięcy na moje oko przytyłam max. 5 kg, według innych, nie ma w moim wyglądzie różnicy tylko, podobno, nie wystają mi już kości na twarzy i żuchwie.
Anoreksja to, moimi słowami, lęk przed jedzeniem związany z lękiem przed przytyciem, nie tylko chude ciało. Powoli nauczyłam się jeść, nie szukam w pewnych sytuacjach okazji do uniknięcia posiłku, jak nie przytyję to fajnie, jak przytyję, to też, więc nieśmiało się nazwę ex-chorą i przyznam, że bez diagnozy jest trochę łatwiej żyć. Już nie chcę odbierać sobie człowieczeństwa.








