Uncharted - seria gier będąca definicją przygody.
Naughty Dog to niesamowita ekipa.Tyle lat wypluwania mega hitów, a oni wciąż zdają się podnosić poprzeczkę nie tylko innym, ale i samym sobie. W związku z premierą ich najnowszego dzieła pod postacią Uncharted 4: A Thief's End postanowiłem sobie odświeżyć oryginalną trylogię. Tym razem odpaliłem ją w wersji zremasterowanej na PlayStation 4.
Uncharted: Drake's Fortune jako pierwsza gra z cyklu miał pełne prawo, by zestarzeć się najmocniej. Zatem i pole do popisu w kwestii remastera było spore. To co zaskoczyło mnie najbardziej to masa mniejszych lub większych zmian związanych interfejsem oraz ze sterowaniem. Przyznam, że spodziewałem się, iż takowych zmian raczej nie będzie, a tymczasem spotkała mnie miła niespodzianka. Samo strzelanie, celowanie oraz rzucanie granatami zostało dostosowane do trzeciej części gry. I bardzo dobrze, bo jak sięgam pamięcią to w tej kwestii pierwsza gra z serii miała trochę niedociągnięć. Oczywiście nie obeszło się bez podrasowania grafiki co idzie wychwycić gołym okiem. Tym samym wrażenia obcowania z pierwszą częścią cyklu zostały znacząco podciągnięte. I to się chwali. Zmieniły się również trofea, doszły nowe poziomy trudności, a także całkiem przydatny tryb fotograficzny, który pomaga trzaskać lepsze screenshoty. Podobne zmiany nastąpiły zresztą i w kolejnych dwóch częściach. Co prawda przeskok wizualny w Uncharted: Among Thieves i Uncharted 3: Drake's Deception nie zaliczyły takiego skoku jakościowego jak "jedynka", ale brawa należą się developerom z Bluepoint Games za ładne odpicowanie klasyki rodem z PlayStation 3 z jednoczesnym ujednoliceniem odbioru płynącego z obcowania z każdą częścią wchodzącą w skład Uncharted: Nathan Drake Collection.
Gry z tej serii zawsze będą mi bliskie. Nie tylko z uwagi na świetną oprawę i soczysty gameplay, ale i na jakość jaką prezentuje zawarty w nich storytelling. W Uncharted: Drake's Fortune mamy poznajemy głównego bohatera w osobie Nathana Drake'a, który wspólnie z dziennikarką (ktoś za wyprawę zapłacić musiał) Eleną Fisher dokonuje odkrycia pochówki legendarnego Sir Francisa Drake'a. Chwilę potem pojawiają się piraci. Zaczyna się strzelanina. Bohaterowie uciekają dzięki pomocy mentora i wieloletniego przyjaciela Nathana w postaci Victora Sullivana (vel Sully). I tak to się zaczyna. Poszukiwania prowadzą tropem legendarnego Eldorado. Śledzenie losów wspomnianej wcześniej trójki co rusz wrzuca grającego w bajeczne miejscówki pełne ruin dawnych miast, pułapek i skarbów. A wszystko to polane sosem przywodzącym w smaku na myśl dawne kino przygodowe. Jest tu miejsce na komedię, na dramat, ale i na zwykłą obyczajowość. Nie sposób się przy tym wszystkim nudzić, a podczas napisów końcowych czuje się autentyczne przywiązanie do głównych bohaterów.
Uncharted 2: Among Thieves zaczyna się z pompą. Ranny Nathan próbuje wydostać się z wraku pociągu. Dokoła śnieżne pustkowie i góry. Po chwili następuje przeskok w przeszłość i dowiadujemy się stopniowo w jaki sposób wpakował się w tak dramatyczną sytuację. Poznajemy nowe postacie na czele z niejaką Chloe, która stanowi w wielu aspektach przeciwieństwo Eleny poznanej w części pierwszej. Jak się okazuje łączy ją z Nathanem dość ciepła relacja, a to z kolei sprawia, że napotkanie Eleny wprowadza bardzo niezręczną atmosferę dla naszego protagonisty. Po raz kolejny pojawia się również Sully. I tym razem Drake natrafia na ślad kolejnego legendarnego miasta (a raczej krainy), którym jest Shangri-La.
Uncharted 3: Drake's Deception powraca do tematyki nadgryzionej w części pierwszej. Po raz kolejny szukamy legendarnego miasta., którego rolę pełni tu Iram. Jeśli ktoś myśli, że teren działań ogranicza się w związku z tym tylko do pustyni to jest w błędzie. Po raz kolejny Drake zwiedza kilka zróżnicowanych miejscówek. Tym razem do znanej i lubianej ekipy dołącza kolejny członek - Charlie Cutter, który znakomicie wpasowuje się w "gang" Nathana. To co wyróżnia ostatnią część trylogii to interesujące nawiązanie do przeszłości Nathana. W retrospekcji mamy okazję poznać początek jego przyjaźni z Victorem. I jak się okazuje - wszystko jest ze sobą powiązane. Trochę boli fakt, że charakterni antagoniści zdają się być jakby "napisani na szybko" i finał pozostawia nas z szeregiem pytań o ich intencje. Ale być może to tylko moje wrażenie.
Wszystkie trzy części łączy rewelacyjny klimat przywodzący na myśl najlepsze kino przygodowe z takimi klasykami jak Indiana Jones czy też Mumia. Gra czerpie momentami z dziedzictwa Tomb Raidera, ale różni się od niego diametralnie. Przemierzając świat obserwujemy Nathana, który uzależniony jest od przygody i adrenaliny jaką zapewniają mu kolejne odkrycia, strzelaniny, pościgi, etc. Mimo tego bohater wciąż zachowuje pogodę ducha i stara się stawiać swoich przyjaciół na pierwszym miejscu.
Całość okraszona jest fantastyczną oprawą dźwiękową. Muzyka idealnie podkreśla awanturniczy nastrój przygód Nathana. Perfekcyjnie spisali się również aktorzy podkładający głosy postaciom, które obserwujemy na ekranie. Rewelacyjna mimika tylko podkreśla dobre wrażenie jakie robi na nas oglądanie kolejnych cutscenek. Do grafiki również nie sposób się przyczepić. Strona techniczna to klasa sama w sobie. To samo można powiedzieć o aspekcie artystycznym. Ten nie zestarzeje się chyba nigdy.
Pisałem na samym początku o tym, że powtórkę z trylogii zrobiłem głównie po to, by przypomnieć sobie wszystko przed premierą Uncharted 4: Thief's End. Odpalając (rzekomo) ostatnią grę z tej wielkiej serii byłem pewien, że czeka mnie niemały skok jakościowy. Nie zawiodłem się.
Wizualnie "czwórka" zmiotła wszystko co do tej pory widziałem na konsolach. Jak zwykle artystycznie magicy z Naughty Dog czarują w taki sposób, że gałki oczne nie nadążają z podziwianiem kolejnych miejscówek jakie mamy okazję podziwiać. Oświetlenie i roślinność są po prostu pierwszorzędne. Aż chce się brodzić po pas w wysokiej trawie i trącać każdą możliwą gałązkę. Warto robić zwłaszcza to pierwsze gdyż oferuje nam to możliwość zakradania się do przeciwników w celu cichej eliminacji. Bohaterowie żywo reagują na wszelkie zmiany pogodowe, a ich ubrania brudzą się i moczą w realistyczny sposób. A zresztą w ogóle wyglądają oni fantastycznie. Ubrania, mimika, włosy, animacja... Po prostu cudo.
W dalszym ciągu złego słowa nie można powiedzieć o udźwiękowieniu. Aktorzy zdają się jeszcze lepiej wykonywać swoją robotę co stanowi potęgę w kwestii budowania postaci, które mamy przyjemność obserwować na ekranach naszych telewizorów. Muzyka to wciąż znane motywy, ale podkręcone w doskonały sposób. Cały soundtrack stanowi po prostu majstersztyk, którego samo słuchanie sprawia, że człowiek ma chęć na przygodę.
Samo sterowanie zmieniło się w niewielkim stopniu. Dobrze znana formuła przeszła lekki lifting i jest bardziej intuicyjna niż wcześniej. Kto grał w trylogię ten poczuje się jak w domu. Zarówno walka wręcz jak i strzelanie sprawiają się bez zarzutów. To samo można powiedzieć o eksploracji. Tradycyjna wspinaczka wzbogacona została o nowy gadżet w postaci linki z hakiem. Nie oferuje ona kompletnej swobody i działa tylko tam gdzie autorzy to przewidzieli, ale i tak stanowi miłą odmianę. Kolejną nowością są swoiste zjazdy. Dość często natrafiamy na miejsca, które oferują nie w pełni kontrolowany zjazd w dół. A to skaliste zbocze, a to wzgórze pokryte błotem. Ciekawy patent choć momentami miałem wrażenie, że jest tego trochę za dużo.
Po raz pierwszy w serii pojawia się iluzoryczna swoboda w pokonywaniu niektórych lokacji. Bryluje tutaj w szczególności Madagaskar i poruszanie się jeepem. Teren jest dość rozległy i oferuje kilka różnych ścieżek. W dalszym ciągu przygoda jest jednakże liniowa i w tej kwestii można być spokojnym o to, że Naughty Dog nie "usandboxowili" swojego dzieła. I dobrze. Liniowość pasuje do Uncharted jak ulał. Niemniej jednak miło jest pobłądzić nieco tu i ówdzie w poszukiwaniu ukrytych skarbów, notatek, czy starych listów. Jest co zbierać i warto wszystko czytać od deski do deski. Nie jest to co prawda niezbędne w poznawaniu fabuły, ale zdecydowanie podkreśla budowanie całokształtu atmosfery towarzyszącej Uncharted 4.
Scenariusz zawsze stawiam na pierwszym miejscu jeśli chodzi o gry. Ciekaw byłem jak sobie poradzą z nim po odejściu głównej scenarzystki odpowiadającej za fabułę trylogii z PlayStation 3. Jak się okazało nie ma powodu do obaw. Przede wszystkim rzuca się w oczy fakt, że całość została nieco stonowana i pojawiło się więcej miejsca na obyczajowość. Po wszystkich przygodach jakie przeżył Nathan nadszedł czas na zwolnienie tempa. Ożenek z Eleną sprawił, że z poszukiwacza przygód Nate został przykładnym mężem, który ma normalną pracę. Wciąż jednak ciągnie go do przygody i Elena wyraźnie to odczuwa choć Drake wcale nie chce się do tego przyznać. Spokojne życie przerywa pojawienie się brata Nathana. Ten był przekonany, iż jego brat - Samuel - od dawna nie żyje. Szok przemieszany z radością szybko ustępuje, gdy Sam oświadcza, iż potrzebuje pomocy w znalezieniu skarbu legendarnego pirata Henry'ego Avery'ego. Początkowo niechętnie, ale koniec końców Nate zgadza się, by raz jeszcze wyruszyć ku przygodzie. Nie mówi jednakże prawdy Elenie co prowadzi później do znacznego pogorszenia ich relacji. Tu muszę zastopować, by nie zepsuć nikomu zabawy z odkrywania kolejnych kart rewelacyjnego scenariusza. To co jednak chciałbym zaznaczyć to fakt, że developerzy w mistrzowski sposób wzięli się za bary ze sferą emocjonalną protagonisty oraz jego najbliższych. Oto opada kurz niczym nieskrępowanej pogoni za majątkiem i sławą. Rzeczywistość uderza mocno i skutecznie. Nathan wciąż miota się w poszukiwaniu swojego własnego ja. Tęskni za dawnym życiem, ale jednocześnie kocha Elenę i zdaje sobie sprawę z tego, że nie może wiecznie nadstawiać karku, gdyż kiedyś szczęście może go opuścić. I to wszystko obserwujemy właśnie w Uncharted 4. Przemiana wewnętrzna bohaterów jest siłą napędową. Drugim torem natomiast idzie stary dobry Uncharted w postaci poszukiwania skarbu piratów i kolejnego mitycznego miasta - Libertalii. W tej kwestii również nie można poczuć się zawiedzionym.
Wisienką na torcie jest epilog, który... A zresztą to trzeba samemu zobaczyć. Przyznam się, że miałem nieco mieszane odczucia, ale z doskonale rozumiem zamysł twórców i nie mam większych zastrzeżeń co do tego jak to rozegrali. Cieszę się, że miałem przyjemność ograć to wszystko samodzielnie. Polecam każdemu całą serię. Jest wyjątkowa i dla takich gier po prostu trzeba kupić PlayStation 4.













