To miał być zwyczajny dzień. Louis nudził się niemiłosiernie na uczelni i z utęsknieniem wyczekiwał końca wykładów, by móc wrócić do domu i zająć się nic nie robieniem na wygodnej kanapie z pilotem i piwem w ręku. Zerknął niecierpliwie na wyświetlacz telefonu. Jeszcze tylko godzina i będzie wolny aż do następnego poranka, gdy będzie musiał tu wrócić. Sam nie rozumiał, dlaczego poszedł na studia. Chyba tylko perspektywa opuszczenia rodzinnego domu, w którym się dusił skłoniła go do podjęcia tak drastycznych kroków. Miał własne, ciasne mieszkanie na przedmieściach i codziennie wstawał o karygodnych porach, by zdążyć na uczelnie, ale przynajmniej otaczała go błoga cisza, której nie doświadczał w rodzinnym domu. Choć musiał przyznać, że czasami samotność go przytłaczała.
- Ej stary, co masz taką minę? - zagadnął Liam, kolega ze studiów, który z uporem maniaka próbował wszystkim poprawiać nastrój. Louis starał się, jak mógł, by z jego twarzy nigdy nie znikał uśmiech, bo to zapewniało mu wolność od troskliwości kolegi. Niestety nie ma ludzi idealnych, a on czasem tracił kontrolę nad własną mimiką. I dziwnym trafem w pobliżu zawsze znajdował się Liam, by zadać swoje standardowe pytanie.
- Zmęczony jestem i na samą myśl o godzinie spędzonej w autobusie mam ochotę płakać.
- Nie rozumiem czemu wybrałeś uczelnie tak daleko od mieszkania.
- To nie wina uczelni tylko cen mieszkań bliżej centrum. Nie będę płacić dwa razy tyle, by tłuc się autobusem pół godziny krócej. Nie zwariowałem jeszcze.
Liam tylko westchnął i odszedł, by znaleźć inną zbłąkaną duszyczkę, która potrzebowała jego pocieszenia i troski. Louis w duchu był mu wdzięczny za to. Nie miał siły na wymyślanie łagodnych sposobów spławienia go.
~
Idąc znaną uliczką przeklinał pod nosem wszystko i wszystkich. Od autobusu, który się zepsuł i musiał przejść większy odcinek trasy niż zwykle, po upartą staruszkę, która tak długo stała nad nim i chrząkała aż nie ustąpił jej miejsca. To przecież nic takie, starszym osobą powinno się ustępować, ale nie kiedy pół autobusu jest puste. Kręcąc głową skręcił w lewo i stanął przed szeregowcem, w którym wynajmował mieszkanie. Nie było duże. Salon połączony z kuchnią, sypialnia i łazienka. Skromnie, ale przynajmniej spokojnie. Już miał wchodzić do domu, gdy dostrzegł, że na jego wycieraczce coś leży. A raczej ktoś.
- Co do diabła? - mruknął do siebie podchodząc bliżej i przyglądając się ciemnej masie, która oddychała równomiernie. Na pierwszy rzut oka ów ktoś wyglądał zwyczajnie. Dopiero po chwili Louis zdał sobie sprawę, że jego nieproszony gość ma ogon i kocie uszy. Nieco zaskoczony przetarł oczy i spojrzał jeszcze raz. Nie wydawało mu się. Naprawdę widział ogon, który delikatnie drgał. Już miał w planach otworzyć po cichu drzwi i przejść nad przybyszem znikając wewnątrz mieszkania, gdy usłyszał cichy pomruk. Wzdychając ciężko porzucił swój plan i ponownie zerknął na wycieraczkę. Nieznajomy właśnie przecierał zaspane oczy. Louis wpatrywał się z niedowierzaniem w ogon, którym radośnie machał i uszy, które kręciły się we wszystkie możliwe kierunki.
- Emmm hej? - zagadnął niepewnie Lou. Nie miał pojęcia, czym był gość z wycieraczki. Rozumiał w ogóle, co się do niego mówiło? Potrafił mówić?
- Hej. To twoja wycieraczka?
- Tak sądzę.
- Bardzo wygodna.
"No cóż zawsze mogło być gorzej" pomyślał Louis wciąż przyglądając się nieznajomemu. Przynajmniej mógł się z nim porozumieć. Tylko czy ów fakt cokolwiek ułatwiał?
- Więc emm... Czemu spałeś na mojej wycieraczce?
- Tak jakby nawiałem z domu i nie bardzo mam się gdzie podziać, a twoje mieszkanie wydawało się przytulne, więc postanowiłem poczekać na właściciela i zapytać, czy by mnie nie przygarnął.
- Przygarnął?
Koci przybysz skinął głową, a jego loki, które Louis dopiero teraz dostrzegł, opadły mu na czoło przez chwilę zakrywając zielone spojrzenie, którym lustrował otoczenie. Nie wiedział, co ma ze sobą począć. Nie znał go. Nie miał pojęcia, jak się nazywa, skąd się tu wziął i dlaczego wybrał akurat jego wycieraczkę. Zerknął na niego niepewnie analizując wszystko w myślach. Od dawna czuł się samotny, a znajomi z uczelni tylko pili i chodzili na imprezy. Nie tego chciał od życia. Potrzebował kogoś, kto spędzałby z nim długie wieczory na kanapie oglądając filmy. A przecież wszyscy wiedzą, że koty kochają się lenić, więc może nie zaszkodzi dać mu szansę?
- No dobra kocie, jak cię w ogóle zwą? I czym ty jesteś?
- Serio chcesz o tym rozmawiać na wycieraczce?
- Sam mówiłeś, że jest wygodna.
Cichy śmiech wyrwał się z jego ust. Skinął głową z rezygnacją.
- Jestem Harry. Hybryda Harry. Taki wiesz mega mix kota i człowieka, ale to już pewnie zauważyłeś. Czy teraz wejdziemy do środka? Nie pogardziłbym mlekiem.
Louis westchnął i otworzył drzwi. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć Harry już był w środku. Gdy wszedł do salonu ujrzał go buszującego w lodówce. Za pewne w poszukiwaniu mleka, o którym wspominał. Nie minęło pięć minut, a on już żałował swojej decyzji. Co mu strzeliło do głowy, by zapraszać do domu obcą hybrydę? Nie zdążył nawet odłożyć torby na fotel, gdy jego uszy dobiegł dźwięk tłuczonego szkła. Mrużąc oczy wszedł do kuchni, by zastać Harry'ego stojącego nad słoikiem majonezu. A raczej tym, co z tego słoika zostało. Gdy kociak tylko usłyszał, że ktoś wszedł do kuchni odwrócił i się potulnie skulił uszy.
- Co to ma znaczyć?! - warknął Lou wskazując na rozbity słoik. Harry skulił się jeszcze bardziej.
- Ktoś to zbił chyba – wymruczał spuszczając wzrok.
- Ktoś? Ktoś?! A widzisz tu kogoś poza sobą?
- Nie.
- Jestem pod wrażeniem. Ok ustalmy kilka zasad, jeśli nie chcesz wrócić na moją wygodną wycieraczkę. Nie dotykasz niczego. Szafek, stołu, ścian, słoików...
- A podłogi mogę dotykać? - przerwał wyliczankę Harry zerkając niepewnie na złego chłopaka. W sumie to nadal nie wiedział, jak miał na imię, ale to nie wydawał się być dobry moment, by o to pytać.
- W drodze wyjątku możesz. Ale na tym koniec. A teraz do spania.
- A gdzie ja śpię?
- Wszystko mi jedno byle jak najdalej od mojej sypialni.
Trzask zamykanych drzwi upewnił Hazzę, że został w kuchni sam. Westchnął cichutko i zaczął sprzątać majonezową bombę, która wciąż znajdowała się na podłodze. Wolał nie podpadać bardziej chłopakowi. W końcu wcale nie musiał go wpuszczać do środka. Powinien mu się odwdzięczyć, tylko nie bardzo wiedział jak.
~
Ranek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko. Lou przetarł zaspane oczy i rozejrzał się po pokoju. Nie dostrzegł w nim niczego niezwykłego. Może wczorajsze wydarzenia były tylko jakimś porąbanym snem? Odrzucił od siebie kołdrę i wstał z łóżka kierując się do kuchni. Potrzebował mocnej kawy, by jakoś funkcjonować i dostać się na uczelnię. Przechodząc przez salon w pierwszej chwili nie dostrzegł czegoś zwiniętego w kłębek na jednym z foteli. Dopiero, gdy zasiadł wygodnie przy kuchennym blacie zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak.
- Cholera, a więc to jednak nie był sen – mruknął do siebie. Miał nadzieję, że nie na tyle głośno, by obudzić Harry'ego, ale niestety. Już po chwili mógł znowu spoglądać w jego zielone oczy, w których teraz gościł niepokój i strach. Wyglądał tak niewinnie i uroczo, że nie miał serca dalej się na niego wkurzać o rozbity słoik. Przynajmniej po sobie posprzątał. - Fotel wygodniejszy od wycieraczki?
- Trochę. Przynajmniej na nim nie wieje.
Lou zaśmiał się cicho i podszedł do lodówki wyciągając z niej karton z mlekiem. Nalał trochę do szklanki i już miał wołać Harry'go, by podszedł, gdy zdał sobie sprawę, że on już koło niego był. Uśmiechał się szeroko i wpatrywał w dłoń, w której chłopak trzymał biały płyn. Jego ogon drgał niecierpliwie, jakby fakt, że jeszcze nie trzyma w dłoni szklanki bardzo go irytował.
- Cierpliwość nie jest twoją mocną stroną prawda?
- Niespecjalnie. Dlaczego wstałeś o tak wczesnej porze?
- Muszę dotrzeć na uczelnie w centrum miasta, a to zajmuje trochę czasu.
- Więc wychodzisz?
- Tak i wrócę popołudniu. Mam nadzieję, że będziesz przestrzegać zasad.
- Postaram się.
Spoglądając na Harry'ego pełnym litości wzrokiem opuścił kuchnie. Jeśli chciał zdążył na autobus musiał zaraz wychodzić, a wciąż paradował po domu w pidżamie. Modlił się, by miał dokąd wracać. Nie był pewien, jak zachowa się Harry. Koty z reguły lubią psocić, gdy się nudzą. Albo spać. I szczerze liczył, by Harry właśnie tym drugim się zajął podczas jego nieobecności.
~
- Wyglądasz, jakbyś w nocy nie spał. Gdzie balowałeś i dlaczego beze mnie? - głos przyjaciela dotarł do niego jeszcze zanim miał szansę go zobaczyć.
- Nigdzie nie balowałem Niall. Miałem po prostu wieczór pełen wrażeń.
- Tommo i wieczór pełen wrażeń. Nie wierzę – powiedział brunet podchodząc do dwójki znajomych.
- Zamknij się Malik albo nici z notatek.
- Nie umiesz się bawić.
- Jestem zdecydowanie daleki od zabaw, ale znam kogoś, z kim mógłbyś się pobawić – mruknął chłopak i nie wyjaśniając im niczego ruszył w stronę sali, gdzie miał pierwsze wykłady. Jego myśli wciąż krążyły wokół kociego lokatora, który wczoraj z nim zamieszkał. Skoro na dzień dobry potrafił zbić słoik to wolał nie wiedzieć, co go czeka po powrocie. Musiał przeprowadzić z nim poważną rozmowę i dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Albo odesłać go tam, skąd przyszedł.
~
- Wróciłeś! Tak się bez ciebie nudziłem. Przyniosłeś mi wiatraczek?
- Co?
- Wiatraczek.
- Czemu miałbym ci przynieść wiatraczek? I czemu w salonie są porozrzucane rzeczy? Miałeś niczego nie dotykać.
- Bo kocham wiatraczki – odparł po prostu Harry ignorując drugą część wypowiedzi. Zrobił przy tym słodkie oczka i zatrzepotał ogonem, jakby to miało wszystko tłumaczyć.
Lou westchnął cicho i zaczął zbierać swoje ubrania. To będzie trudniejsze niż z początku sądził.
- Więc... Co z tym wiatraczkiem?
- Nie ma żadnego cholernego wiatraczka. Nie zasłużyłeś nawet na patyk od niego.
Zapadła cisza. Louis odwrócił się, by spojrzeć na kociaka, który siedział teraz skulony obok kanapy i zakrywał oczy ogonem. Czyżby płakał? Czy koty w ogóle płaczą? Naprawdę musiał z nim porozmawiać. Odłożył na fotel ubrania, które przed chwilą z niego podniósł i usiadł obok Harry'go.
- Przepraszam. Nie powinienem na ciebie krzyczeć, ale miałem ciężki dzień na uczelni, a ty złamałeś zasady. Nie tak się przecież umawialiśmy.
Harry spojrzał na niego zaczerwienionymi od płaczu oczami i bez słowa wtulił się w jego bok.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie powinienem. Nie kazałeś. Ale ja tak strasznie się nudziłem. No i naprawdę lubię wiatraczki. Myślałem, że to wiesz.
- A skąd mam to wiedzieć? Jesteś tu od wczorajszego wieczora, a ja wiem tylko, jak masz na imię.
- To i tak wiesz więcej niż ja.
Dopiero te słowa uświadomiły Tomlinsonowi, że nie przedstawił się przybyszowi. Klepnął się ręką w czoło, a na jego usta wypłynął delikatny uśmiech.
- Wybacz. Jestem Louis. Czy możemy przez chwilę porozmawiać?
- A zamówimy potem pizze?
- Zastanowię się.
Szeroki uśmiech zagościł na ustach Harry'ego, który błyskawicznie podniósł się z ziemi i usadowił wygodnie na kanapie. Zerkał wyczekująco, na Louis’iego, który z cichym westchnieniem poszedł w jego ślady. Przez chwilę milczał nie wiedząc, o co zapytać najpierw. Tak wiele chciał wiedzieć.
- Dlaczego taki jesteś? Znaczy no wiesz, masz ogon i w ogóle.
- Ludzie kochają eksperymenty. Łączą i dzielą wszystko, co tylko wpadnie im w ręce. Sądzę, że tak właśnie stało się ze mną. Coś mi zabrali, coś dodali. Nie jestem ani człowiekiem, ani kotem.
- Więc czym jesteś?
- Harrym, który ma ogon i kocha wiatraczki.
- Czy możemy chwilę dać spokój wiatraczkom? Dziękuję. Więc... Zachowujesz się i jak kot i jak człowiek?
- Tak, choć to zależy. Sam nie wiem od czego. Raz myślę sobie "fajnie byłoby coś spsocić albo poganiać swój ogon", a kiedy indziej "kurcze napiłbym się piwa i obejrzał jakiś dobry mecz". Chore prawda?
- Chory to był człowiek, który ci to zrobił. Skąd nawiałeś?
- Od rodziców.
- Oni też są tacy?
- Nie. Mój tata jest szalonym naukowcem, a ja zostałem się jego eksperymentem. Myślę, że tylko po to chciał mieć dziecko. Gdy nie stałem się taki, jak tego oczekiwał przestał się mną interesować. Zamknął mnie w domu, by nikt nie widział, jakie dziwadło ze mnie wyrosło. Musiałem nawiać.
Louis skinął głową i zamyślił się. To wszystko brzmiało, jak jakiś niezbyt śmieszny żart. Jak można zrobić coś takiego swojemu dziecku, a potem tak po prostu zamknąć je w domu, bo coś poszło nie tak? Harry wydawał się być normalnym chłopakiem. No może poza faktem, że miał ogon i kochał wiatraczki, co dla Louis’iego było kompletną abstrakcją, ale to na razie postanowił zostawić. Zerknął ponownie na Harry'ego, który przyglądał mu się uważnie.
- Coś nie tak?
- Jesteś bardzo przystojny.
- A ty bardzo nachalny.
- Więc zamówimy pizze?
- Nie odpuścisz prawda?
- Nie ma takiej opcji.
- W porządku.
- Yay, a może być z nadziewanym spodem?
- Jeśli się nie przymkniesz, to tobą nadzieję ten spód. I nie wachluj tak tym ogonem, bo tornado rozpętasz.
Harry zachichotał i ruszył za Lou do kuchni, by przypilnować go. Nie dostał wiatraczka, więc nie odpuści mu nadziewanego spodu, który uwielbiał ponad wszystko.
~
Minęły już dwa miesiące, odkąd Lou znalazł na swojej wycieraczce Harry'ego. Wiele się od tego czasu zmieniło. Choć początki były naprawdę trudne, w końcu udało im się dojść do porozumienia. Harry przestał aż tak psocić podczas nieobecności starszego chłopaka, a ten w ramach nagrody przynosił mu wiatraczki. Mieli ich w domu już tyle, że jeszcze trochę, a posądzą ich o nielegalny skład. Ale radość w oczach Harry'ego była tego warta. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo polubił towarzystwo tego małego dziwoląga, który wypełnił przytłaczającą pustkę. Razem oglądali filmy, żartowali i wykłócali się o to, jaką pizzę zamówić. Z czasem Harry zaczął nawet sypiać na łóżku Louis’iego zwinięty w kłębek na samym brzegu. I co dziwne, chłopakowi to nie przeszkadzało. Harry stał się stałym elementem jego życia i obiecał sobie, że zrobi wszystko, by to się nie zmieniło.
Miewał momenty zwątpienia, zwłaszcza na początku, gdy jego przyjaciele dowiedzieli się o Harrym. Niezbyt przypadł im do gustu fakt, że z Lou mieszka ktoś, kto ma ogon i obsesje na punkcie plastikowych wiatraczków, ale z czasem przekonali się do tego szalonego kociaka. Raczej nie było na świecie osoby, która potrafiłaby się oprzeć urokowi, jaki bił od Hazzy. W każdym razie Lou nie potrafił.
Coraz częściej łapał się na zerkaniu na chłopaka, gdy leżeli razem na kanapie albo krzątali się po kuchni przygotowując coś do jedzenia. Intrygowała go złożona osobowość chłopaka i szeroki uśmiech, w którym zakochał się bez pamięci. Nie sądził, by to było normalne, w końcu Harry miał ogon i mentalność dziecka, ale nie umiał udawać nawet przed sobą, że bardzo seksownego dziecka. I zdecydowanie musiał coś z tym zrobić.
- Harry... Musimy porozmawiać.
- Błagam nie wyrzucaj mnie. Nie będę już chciał wiatraczków, ale proszę pozwól mi tutaj zostać. Ja cię kocham nie oddawaj mnie im z powrotem. Nie chce tam wracać.
Lou patrzył zaskoczony na chłopaka, który przed nim klęczał. Nie do końca rozumiał, skąd u niego ten nagły wybuch. Dlaczego sądził, że Louis chce go oddać? I... Czy on powiedział, że go kocha?
- Kochasz mnie?
- Tak sądzę. Zaopiekowałeś się mną, choć wcale nie musiałeś. Karmisz mnie, pozwalasz spać w swoim łóżku i przykrywasz kocem, gdy zasypiam podczas oglądania filmów. Zawsze przynosisz mi wiatraczki, choć wcale na nie nie zasługuje i dostrzegam w twoim wzroku troskę. Nikt się nigdy o mnie nie troszczył Lou. Tak więc sądzę, że to, co czuję to miłość.
Tommo nic nie mówiąc kucnął obok Harry'ego na podłodze i przytulił go do siebie mocno. Po tym, co właśnie usłyszał nie był w stanie wyrzucić z siebie choćby słowa. Jak okropne musiało być wcześniej życie tego kochanego stwora, skoro tak bardzo bał się wracać tam, skąd uciekł. Lou wolał o tym nie myśleć, przecież i tak nie miał go nigdzie puszczać.
- Nigdy cię stąd nie wyrzucę Harry. Kocham cię i mam nadzieję, że ze mną zostaniesz, bo komu będę kupował wiatraczki, gdy ciebie nie będzie?
Cichy chichot dobiegł jego uszu, a potem poczuł, jak coś miękkiego muska jego ramię. Obrócił się i dojrzał ogon Harry'ego, a uśmiech momentalnie wypłynął na jego usta. Nie wyobrażał sobie, by mogło go tu teraz zabraknąć.
- Ale tym razem zamawiamy pizze bez nadziewanego spodu. - powiedział Lou uśmiechając się zadziornie.
- Nie radzę ze mną igrać Tomlinson albo nadzieję ten spód tobą.
Śmiejąc się wstali i ruszyli w stronę kuchni, a Lou nie wypuszczał swojego kociaka z objęć. Nigdy nie pozwoli mu odejść i nikt nie zajmie jego miejsca, bo czy istniał ktoś, kto byłby w stanie okazać mu czułości machając radośnie ogonem? Poza Harrym oczywiście. A Louis niedawno odkrył w sobie pociąg do ogonów. A przynajmniej do jednego konkretnego ogona.
The end