Mam dość. Znowu, jak żałośnie. Kolejne zagubione, dorosłe dziecko w tłumie nieznajomych. Nie ma we mnie żadnego poczucia siły, ani w ogóle nadziei, że to się uda. Przecież już raz tak było, więc nie mam nawet motywacji, by nad tym zacząć pracować. To się nie uda i już teraz o tym wiem, ale kiedy już się wydarzy pewnie będę zawiedziona. Tylko czym? … Sobą?
Jestem człowiekiem prostej konstrukcji, niby człowiekiem twardym, ale jednak tylko człowiekiem, więc też kruchym. Wiec dlaczego prawie nikt mnie nie rozumie? Dlaczego nigdzie nie ma odpowiedzi na moje nieuformowane pytania? W ciszy wypluwam z siebie słowa ubrane w emocje licząc na to, że może znajdę kogoś, kto przeczyta i jednak je poczuje. W końcu nie jestem nikim wyjątkowym, jest mnóstwo mi podobnych. Nie wierzę w niezwykłą unikalność jednostki. Już nie.
Nie ma ulgi w cierpieniu, powtarzają ci, którzy nie spróbowali, a ci którzy odnaleźli żałują, że tak się stało. Boję się sprawdzić, ale nęka mnie cień nadziei, że tak będzie, że znajdę w bólu ukojenie, chociaż wcale tego nie chcę. Nie wiem, czego chcę.
Nie czuję już powiązań z przyszłością, ani przyszłością, istnieje tylko teraz. Przeszłość jest czymś odległym, tak dalekim, że nie jestem w stanie do tego sięgnąć. Życie stało się szklaną ścieżką nad przepaścią, która wytwarza się tuż pod moimi stopami i z każdym krokiem kruszy zaraz za mną, a jej odłamki odpływają w kosmos.
Naprawdę doceniam to, że dwie osoby próbują mi jakkolwiek pomóc, jednak są to tylko próby, nie pomoc. Wiem, że one po prostu nie moją tego świadomości, ale ja nie mam serca im tego mówić. Do kogo więc się zwracać, jeśli nie do najbliższych? Brak we mnie wiary w boga i psychologię. Dokąd iść?
Gówno prawda, że sami kierujemy swoim życiem. Jedziemy po torach ułożonych przez innych i czasem pozwolą nam wybrać skręt na rozdrożu.
Za dwa tygodnie matura. Hm. Śmieszne.