24 Lipca 2144
W końcu dojechaliśmy do Eau Claire. Przejechaliśmy Nevadę, Utah, Wyoming, Nebraskę, Iowę, Minnesotę i dotarliśmy do stanu Wisconsin. Nareszcie… Ku memu zaskoczeniu miasto zdawało się być oderwane od rzeczywistości. W porównaniu z podobnymi, które mijaliśmy po drodze było tu naprawdę czysto. Pomogłem Jeffowi i Mayi z walizkami i torbami. Ulice nie były skażone walającymi się śmieciami ani wielką liczbą żebrzących. Nawet w powietrzu od czasu do czasu mogłem poczuć świeżość choć temperatura była wysoka. Miła odmiana po spędzeniu kilku miesięcy w gnijącym baraku, później w szpitalnym odorze niby sterylnych sal.
Podczas podróży i w przerwach na posiłek widziałem ogromne fabryki produkujące Bóg wie co, silosy rakietowe i hektary zrujnowanych domków gdzie ludzie nadal szwendali się ulicami. Byli to albo kalecy kombatanci, którzy jak ja i Jeff dostali przymusowe zwolnienie, albo cwaniaczki, które załatwiły sobie lewe zwolnienia ze służby, albo po prostu ludzie, którymi armia się nie interesowała, a życie dało w kość. Najniższa klasa społeczna. Przesiedlenia w ramach wielkich korporacyjnych inwestycji były codziennością. Często jednak firmy takie jak MagneticArms zatrudniali tych biedaków żeby za kilka centów pracowali jako sprzątacze, kurierzy, obsługa i usługa w każdym znaczeniu tego słowa. Ochronę takich placówek stanowili wyszkoleni zawodowcy, których rząd przydzielał na prośbę krawaciarzy. Jednak najciekawszą rzeczą jaką zobaczyłem podczas tej trzydniowej wyprawy był ogromny talerz satelitarny. Nie wiem do czego służył, a nawet po dotarciu do Eau Claire i włączeniu eTuna nie znalazłem żadnych informacji o tego typu sprzęcie. Pamiętam jak rodzice dawno temu wspominali o kolonizacji Marsa. Coś niesamowitego. Działało na wyobraźnię. Niestety… nie znalazłem też żadnych informacji o tym przedsięwzięciu. Domyśliłem się tylko, że mógł służyć do komunikacji ze statkami i stacjami na orbicie.
Domek Jeffa w Eau Claire był… jak to napisać, żeby nie urazić gospodarza… skromny. Z opowieści wynikało, że to dwupiętrowy dom jednorodzinny o wielkiej powierzchni przestrzennej, wielkim ogrodzie, balkonach i może nawet basenem. Nie myliłem się tylko co do basenu (jeśli tak możesz nazwać dziurę w ziemi pokrytą specjalnym płótnem do prowizorycznego łatania uszkodzeń w dachach. Reszta… no cóż… Przez tą radość zapomniałem, że Jeff też nie pochodzi z zamożnej rodziny. Zresztą gdyby pochodził to już dawno załatwiłby sobie prawa do wytworzenia protezy ręki i nogi. Ale muszę Ci powiedzieć Anno, że dom to dom. Dla Jeffa to było najwspanialsze miejsce na tym szarym świecie. Nie ważne, że dachówki same odpadały po lekkim podmuchu wiatru. Nie ważne, że drewniane ściany i kolumienki na werandzie prosiły się o wymianę, a przynajmniej o odmalowanie. Nie ważne, że trawa otaczająca stary domek już dawno wyschła ustępując łysym plackom brunatnej ziemi. Dla Jeffa trawa nadal była zielona. Maya jak zwykle pełna optymizmu stwierdziła, że jest piękny. Miała już swój plan. Trzeba było tylko wpuścić do niego trochę życia.
Sąsiedzi pojawili się równie szybko jak i zapał Mayi do remontu (oczywiście remont musiał spaść na mnie, bo Twoja matka dostała już przydział w miejskim szpitalu). I nie chciałbym, żebyś mnie źle zrozumiała, ale Maya zawsze twierdziła, że mi pomagała w odnowieniu domu… guzik prawda. Sąsiedzi z okolicy tłumnie wyskoczyli na swoje podwórka by przywitać Jeffa. Wielu z nich nie wiedziało co powiedzieć na wieść o tragedii jaka go spotkała. Jednak dobroć jaką Jeff rozdawał wszystkim w około wróciła do niego. No może poza starymi Flendersonami. To byli trudni sąsiedzi.
Wieczorem wpadli bracia Rodriguez. Trzech meksykańskich pomagierów, którzy byli jeszcze za młodzi na służbę w armii, państwo Mayers i państwo Jones. Pan i Pani Mayers mieli wówczas córkę na przymusowej służbie. Widok rannego Jeffa trochę nimi wstrząsnął. Na szczęście nie leciała z nami na misję w Europie. O zadaniu wyznaczonym przez wojsko nie rozmawialiśmy tak jak prosił (a raczej zastraszył) porucznik Heller. Nie mieliśmy ochoty się narażać. Mayię i mnie przyjęto bardzo ciepło, a ja wiedziałem komu za to dziękować. Sam czasami zastanawiam się co Jeff mi zawdzięczał.
Po kolacji pożegnaliśmy gości. Byliśmy syci bo bracia Rodriguez załatwili cichaczem kilka kilo ziemniaków, tuzin kolb kukurydzy, kilka jajek i puszki z przetworzonym mięsem. Nie myśl sobie, że wszystko było naturalne. Nazywaliśmy te produkty po staremu, ale żadne z nas dawno nie miało w ustach nie modyfikowanej żywności. Smaku brak, ale zapychało jak nic. Na noc posprzątaliśmy, bo Maya nie lubiła bałaganu. Jeff posłał sobie na dole twierdząc, że zaczął unikać schodów. Ja z Mayą zajęliśmy sypialnie na górnym piętrze. Najważniejsze, że mieliśmy dach nad głową i łóżko. W nocy po raz pierwszy… byliśmy sam na sam z Twoją matką. Bardzo się… cieszyliśmy. Gdy dorośniesz zapewne zrozumiesz. Mam nadzieję, że po trzydziestce.
Obraz:
Ulla Alfons z Pixabay
Muzyka:
Andrewkn
https://freesound.org/people/Andrewkn/sounds/486447/
fastdash99
https://freesound.org/people/fastdash99/sounds/484749/
FoolBoyMedia
https://freesound.org/people/FoolBoyMedia/sounds/219017/
soundbyter.com
https://freesound.org/people/soundbyter.com/sounds/111035/















