przerwa na siku
#busik #dramat #babazgrójca
Cofnijmy się do samego początku.
Pracę i zakwaterowanie w Holandii, ogarniał mi polski pośrednik, który w Niderlandach ma podpisaną umowę z holenderską agencją pracy.
Zrobiłam szybki rachunek sumienia i stwierdziłam, że na chwilę obecną wolę się trochę napocić i złapać ‘linię’ podczas sprzątania wypasionych hoteli, niż stać na lini produkcyjnej i tak jak w Anglii, przekładać owocki lub co gorsza… CZEKOLADKI lub CIASTECZKA.
Ok niby wszystko super proste, skan dowodziku, przesłanie numeru konta w euroskach, ba! Nawet Pani zamówiła mi zaufanego przewoźnika, który miał mnie dowieść pod samo miejsce zakwaterowania (szkoda, że na liście przewozowej miał podany inny adres niż ten który ja dostałam mailem… ale o tym później).
Pracę miałam podjąć w lokalnym GRAND hotelu i serio jest w chuj GRANDZIASTY, wielguchny, że ho ho! Setki pokoików, balkoników z widokiem na morze no i hello, PIĘĆ GWIAZDEK.
P I Ę Ć. Eh, przecież w życiu nie zawitam w takim hotelu w charakterze gościa, to myślę sobie - chociaż wypucuję parę kibli, poodkurzam drogie marmury i kto wie, może wpadnę na jakiego księcia z bajki, który zwróci uwagę na #ZNIEWOLONĄ Agatkę z bida Polski i zechce mnie wykupić i zwrócić wolność, a no i zapewnić byt i dostatek i dużo, dużo czipsików.
Pełna nadziei w piątek (4.10.2019) udałam się w towarzystwie mojego kierowcy rajdowego - Aleksandry i jej chłopca Macieja, na dworzec Zachodni, z którego zgarnąć miał mnie wyżej rzeczony Pan Busik. Mieliśmy ruszyć punkt 16:30,
16kurwa30 z zachodniego. WARSZAWA, PIĄTEK.
Good luck.
Ok, nie znam się bo nie jeżdzę zbyt dużo samochodem (nie mam prawka!) Ale piątek w tych godzinach, hmm kojarzył mi się to ino ze staniem w korku. No ale ok, nie będę dyskutować. Tak czy siak kierowca się spóźnił ale nie przez korki…a…przez babę z GRÓJCA!
Agencja kazała mu na nią czekać i co lepsze, damesa w ogóle się nie pojawiła. HA! Kiedy już zapakowana w 9 osobowy busik żegnałam się powoli z widokiem dworca zachodniego, dokładnie na wysokości Blue City, kierowca zdążył odebrać telefon od - BABY Z GRÓJCA, która to ‘gdzieś tam jest i proszę po nią podjechać’. Pan samochodzik w trzech żołnierskich słowach odparł, że nie ma takiej możliwości. MIAŁA SWOJĄ SZANSĘ ALE JĄ STRACIŁA. No I nie oszukujmy się, nie mieliśmy nawet jak zjechać z trasy, żeby ową Panią namierzyć i zgarnąć. Dla mnie to była sytuacja wygrana, bo przez cały dzień i pół nocy, stresowałam się, że moje bagaże ważą za dużo. I tak faktycznie było.
Walizka -36 kg, plecak około 20 kg. A w ramach “biletu” mogłam mieć ze sobą duży bagaż do 30 kg i podręczny do 5 kg.
Baba z Grójca z wozu, Agatce na sercu lżej <3.
Samochodziarz mknął ile sił w gaziku, mieliśmy przecież GODZINNE OPÓŹNIENIE (fenkjubabazgrójca) a w Kątach Wrocławskich czekała nas rozsiadka na inne busiki, które już każdego Polaczka, miały zabrać w wybrane rejony Niemiec i Holandii.
JECHAŁAM TAK od 17 do 21/22? Bez przerwy na siku, kto mnie zna ten wie, że to wyczyn, że ho ho! Po dojechaniu do miejsca przesiadek, wskoczyłam w nowego busika (znowu stresowałam się, że kierowca odmówi przyjęcia moich bagaży) no ale nie, trochę marudził, że po kiego grzyba wiozę tyle kamieni ze sobą, na co ja odparłam, że to zanieczyszczone Warszawskie powietrze tyle waży! I KONIEC DYSKUSJI.
Podczas 17h jazdy przerw na siku były DWIE. DWIEEEEEEE, DWIEEEEEEEEEEE, ustanowiłam swoisty życiowy rekord wstrzymywania siusiu. Jak już doszło co do czego, to za siusiu trza było zapłacić 50 eurocentów. KURDE, nie byłam przygotowana, miałam przy sobie tylko grube a sklepiku akurat nikt nie obsługiwał. Zapytałam więc koleżanki z podróży (to jest starszej miło sympatycznej Pani) czy poratuje mnie tymi 50 eurocentusiami i że ja jej dam te dwa złote. Bo akurat orzełki przy sobie miałam.
BOŻE, ta mina, ten wzrok, ten dąs. DAŁA ale z jaką łachą <3. I KOMENTARZ “i co ja mam z tym niby zrobić :////” (w dupę se wsadź <3)
Szybki sik, szybki ogar, płacę dwa złote, ahhh aż słyszałam jak przewraca swoje nadąsane gałeczki! NO NIC. Siup do busika i prujem. Obok mnie siedział typowy mirek, taki po 50. Biały tiszert, srebrna bransoleta, jasny dzins i kiełba w dłoni. AROMATERAPIA pełną gębą. Chciałam się zdrzemnąć ale bez szans, bo Miro na swoim wypasionym tablecie oglądał (na super jasnym ekranie) serialicho. Także nawet przy zamkniętych powiekach nie byłam w stanie zmrużyć oczu, ponieważ cud techniki mnie skutecznie oślepiał.
Zgięta w chińskie ES, dojechałam do NOORDWIJK. Byłam ostatnia, kierowca wbijał w nawigację mój adres… który nim nie był!
Zaprzeczyłam, mówię:
ALE TO NIE JEST ADRES Z MAILA OD KOORDYNATORA
-ale ten mam na kartce
ALE TO NIE TEN
-tu Cię wysadzę.
No I wysadził.
Próbowałam się dodzwonić do koordynatorki ale ojciec zablokował mi rozmowy wychodzące ZAGRANICO także tak…
Moim oczom ukazała się rudera z rozjebanym kiblem przy wejściu głównym, Popękane okiennice i niedziałający dzwonek oklejony taśmą izolacyjną. Eh, pomyślałam sobie wtedy, że jak nic wezmą mnie na organy. Albo chociaż na panią do towarzystwa. Dzięki uprzejmości dobrych ludzi z Polski i resztce GB w ramach darmowego internetu zagranicą, udało mi się skontaktować z Panią z Agencji Pracy w Polsce. Przyznała mi rację, że kierowca miał zły adres.
No I co teraz? Miałam chwilę poczekać, po czym dostałam wiadomość o treści:
“Kierowca już śpi, czy da Pani radę przejść te 1,5 km do domu?”
A CZY JA MIAŁAM JAKIKOLWIEK WYBÓR? Musiałam dać radę.
I tak tachając na plecach 20 kg plecak małego podróżnika, obwieszona dwoma torbami, pchając walizkę… dotarłam do nowej lokacji którą już tak dobrze poznałam za pośrednictwem google maps. Kiedy zapukałam do drzwi, otworzyła mi zdziwiona Pani, twierdząc, że nie wie nic o tym by ktoś nowy miał zająć miejsce w pokoju, Ech ręce mi opadły (dosłownie). Byłam śmierdząca i głodna (nie jadłam od godziny 16 poprzedniego dnia) a tu na osi była już 10:00. W torbie czekał na mnie zimny macwrap z macdonalda, który zakupiłam sobie na Zachodnim.
Pani Gosia szybko wykonała telefon do lokalnej koordynatorki i ustaliła, że po godzinie 17, przeniosą mnie do kolejnej ‘posiadłości’i, do tej pory mam tutaj siedzieć, dostałam kocyk i miejsce w pokoju, ciepłą herbatę i jabłuszko… zdrzemnęłam się, poznałam kilka polskich dziewcząt, które o dziwo były miłe! Nawet szkoda było mi opuszczać te kwaterę no ale w końcu miałam dostać swój własny prywatny pokój ;-) także… było warto! Nowy domek nie liczył już 12 a 7 osób.
Mój pokój znajduje się na piętrze z kuchnią i łazienką z wanną <megaWypas>. Za ścianą mieszka miła węgierska parka (z którą pracuję w hotelu). Na górze jest parka polaczków (20-21 lat) natomiast pode mną mieszka… oooo… pani superwajzorka, która siedzi tu już kupę czasu. Wszystko byłoby spoko gdyby nie fakt, że P. Ważna zrobiła mi wykład (tak jak i każdej osobie mieszkającej w moim pokoju przede mną) o tym by nie przemieszczać się po pokoju po godzinie 22:00.
TO JEST STARY DREWNIANY DOM, I TO WSZYSTKO SŁYCHAĆ I ONA MUSI WSTAWAĆ o 5:00.
No cóż, dobrze, ze do łazienki dzieli mnie technicznie jeden krok! Więc może nie będę z niego rozliczana. Tak czy siak, większość moich poprzedników zrezygnowała z tego zakwaterowania przez wieczne zawirowania i słowne przepychanki z Panią WAŻNĄ.
Mam nadzieję, że szybko opanuję sztukę latania!
Trzymajcie za mnie kicuki.
Jutro drugi dzień w pracy, jestem bardzo zmęczona. Niedługo Wam opiszę moje hotelowe historie!
Doei doei!
Ryś
PS: Kurde już po 22 a ja muszę siku i przeskoczyć do umywalki... a to będzie jakieś 10 kroków!













