Dziś po raz pierwszy dotknęłam (w przeciągu godziny): starodruków, pergaminu i papieru czerpanego z XVII wieku (zrobionego ze starych szmat! To jest dopiero zero waste level pro). Chciałabym zobaczyć na własne oczy tę papiernię ze wsi Zawady koło Poznania, w której robiono taki papier z lnianych koszul w 1531 roku…
I muszę przyznać, że to co zobaczyłam tuż po dotknięciu tych szlachetnych papierów było jeszcze lepsze. Ręcznie malowany inicjał i floraturę! Odręczne dopiski na kartach z XVII wieku! Ścieżkę papierowego żywota XVI-wiecznego kornika! Faksymile pierwszego druku polskiego z najstarszej oficyny krakowskiej (to jest boski horoskop!). Skrytki w książkach! Miedzioryty w księdze „Nauka y informatia o strzelbie y o Rzeczach do niey należących”! Ustawę przeciwko zwodzeniu młodych dziewczyn z 1807 roku (osobliwe)!
Bank rozbiło: „Obwieszczenie o Karach na Psujących Drzewa przy drogach zasadzone” z 1797 roku (skopiuję to i porozwieszam!), podręcznik kaligrafii z XVIII wieku oraz album o historii naturalnej „Historiae Animalium Liber II”. A o starodruku - wielkiej księdze, która jest atlasem anatomicznym - napiszę oddzielnie, bo to sztos.
Niesamowite jak trudno odróżnić rękopisy od niektórych inkunabułów. Czcionkę od pisania z ręki! I jakie to charakterystyczne, że papier, na którym drukowano w XVI czy XVII wieku jest trwalszy od tego, na którym drukujemy książki dzisiaj. Więc za parę wieków te starodruki znowu ktoś będzie oglądać, a o nas nie dowie się niczego, bo nasze książki pewnie nie przetrwają…
Chciałabym być zecerką w XVI-wiecznej drukarni…















