Ale się stało...
Na czym to stanęło? Aaaa na ślubie. Na ślubie, którego lepiej żeby nie było. No ale się stało... niestety.
Po ślubie przez jakiś czas było spoko, powiedzmy... Teściowa pomagała, gotowała, trochę sprzątała. Wszystkiego po trochę, więcej ja robiłam będąc w ciąży. Jej najważniejszym zadaniem było ugotować zupkę dla swojego wnuka - synka drugiej synowej. Obiad musiał być na 13:00 kiedy to mały wracał z przedszkola... I tak, dobrze się domyślacie, ta jej wspaniała synowa w ogóle nie pomagała w gotowaniu, fakt była również w ciąży, ale skoro ja potrafiłam zapierdalać to czemu ona nie? No bo po co... mamusia ugotuje. I trwało to tak parę miesięcy. Ja zapierdalałam, a ona przychodziła na gotowe. A teściowa taka dumna była, że gotuje dla dziecka, głównie zupy - swoją drogą okropne, tłuste, bez smaku. No ale kiedy tamta urodziła, jeszcze przez chwilę było w miarę dobrze, później ja zostałam naczelną służącą królowej - leniwej teściowej, która potrafiła tylko rządzić...









