Nie wszystko złoto...
jak to jest wejść do rodziny cieszącej się szacunkiem przez lokalną społeczność? Otóż powiem Wam - chujowo. Te wszystkie powiedzenia: "nie wszystko złoto co się świeci' , "pozory mylą" i bla bla blaaa inne takie - to wszystko prawda. Nie ma na tym świecie niczego idealnego, a jak coś się takim wydaje, to owszem, tylko się wydaje. Tak, idealna z zewnątrz rodzina jest jak piękne jabłko, piękne z zewnątrz, tyle że zepsute w środku. A dodając do idealnej rodziny, jakże idealne wartości kat****... nie obrażając nikogo, kto takie ma oczywiście. Bo co innego wyznawać rzeczywiście te wartości, a co innego wyznawać je na pokaz... tak, tak, dobrze się domyślacie... moja wspaniała mother in law właśnie wyznawała takie, z tym że na pokaz... Kiedyś w szkole podstawowej po przeczytaniu pewnej lektury - niestety nie pamiętam już jaka to była - poznałam nowe słowo, które bardzo mi się spodobało - dewotka. Tak, wspaniale opisujące moją szanowaną mamusię...
Po ślubie wraz z męzem kupiliśmy sobie auto. Nic nadzwyczajnego, ale też nie żaden złom. Dało się komfortowo podróżować. Jak ja żałowałam jego kupna. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że stoicie w kuchni i gotujecie obiad. Teściowa gdzieś się tam kręci i nagle wchodzi do mieszkania jej druga synowa i ma problem, bo jej mąż wziął samochód i nie miała jak po syna jechać do przedszkola. I nagle ukochana mamusia rzuca tekstem: "No przecież możesz wziąć Bartka samochód, bierz i jedź". No cóż, miło mi się zrobiło jako właścicielowi tego auta bo, po pierwsze, w oczach mojej teściowej nie było moje tylko jej syna, dwa że stojąc 20cm od teściowej i szwagierki została uznana za powietrze i nikt nie zapytał mnie o zdanie, bo przecież nie moje auto... i chuj, jakby to było raz, ale minęło kilka lat, a ja na każdym kroku słysze "Bartka auto", "Bartek dzieciom kupił" .
Jak myślicie czym sobie na to zasłużyłam? Otóż nie mam pojęcia. Jakieś pomysły?


















