Kurwa, ja to chyba powinienem kopa na mordę dostawać tak profilaktycznie co dwa dni, żeby mi głupoty do głowy nie przychodziły.
Napisałem to zdanie i nie wiem co dalej. Gapię się w pulsującą kreseczkę na monitorze. Jest ładne, ale nie prowadzi do niczego. Nie chcę już pisać pierdolonych obrazków, o tym jak siedzę gdzieś najebany i rozpierdalam rzeczy. Nie chcę już złudnej egzaltacji, którą uskuteczniam na wymarłym od siedmiu lat blogu za każdym razem, gdy moje życie zaczyna się rozpadać, a jedyne za co mogę się chwycić to kutas kolegi. Nie no, brzytwa, wszyscy spodziewali się brzytwy, więc musiałem wrzucić kutasa. Nieważne. Sedno w tym, że ja sam już nie wiem, kim ja, do kurwy nędzy, jestem. Czasem siedzę i zastanawiam się, czy percepcja uczuć u innych ludzi jest podobna do mojej. Czy ta miłość to po prostu chęć zrobienia czegoś miłego dla danej osoby i spędzenia z nią czasu czy to ja nie umiem jej odczuwać? No bo dla mnie to nie były nigdy fajerwerki, motyle w brzuchu. Raczej jakieś podekscytowanie, podniecenie i wracająca myśl, że może tak mogę ją zaskoczyć, może to jej sprawi przyjemność. Ale są ludzie, którzy z chaty nie wychodzą, a na Święta sobie butelkę wina kupują. To co dla nich jest miłością? Ich uczucie jest płytsze czy może właśnie czują coś nieopisywalnego, czego ja poczuć nie jestem w stanie? Kurwa, miałem pierdolić o zupełnie czymś innym. Jebany strumień myśli mi się włączył.
Długo wydawało mi się, że podejmuję decyzje impulsywnie, spontanicznie i emocjonalnie, a to chyba chuja prawda. Siedzę właśnie na tym samym fotelu, na którym siedziałem w tamtej chwili. W chwili jej szczerości, przyznania się do tego, co zrobiła. Idę dolać sobie whisky, inaczej do tego nie wrócę.
Uff, już lepiej. Kurwa, jeszcze „uff” mi się napisało jak na złość, nawet jebane „uff” zostało w moim życiu naznaczone i wykreślone z normalnego użytkowania, ja pierdolę, nieważne.
Pustka. To zaskoczyło mnie w tamtej chwili. Jebana pustka. Nic, nicość, cisza. Trwało to dekadami. Gapienie się w ścianę, martwy wzrok. I gdzie tu moja emocjonalność? Gdzie jebane łzy, gdzie „wypierdalaje”, gdzie rzucanie rzeczami i słowa, które utkwiłyby w najskrytszych miejscach jej duszy i nie pozwoliły już nigdy zasnąć? Gdzie, do kurwy? Zamiast tego logiczne myślenie. Cedzenie każdego słowa. Rozgrywka szachowa. Cholernie boję się samotności, cholernie boję się wpuścić kogoś do życia. Nienawidzę ludzi. Raczej już jej nie kocham, nie wiem czy ją kiedykolwiek kochałem, ale wpuściłem do życia, zaakceptowałem. Dałem wszystko, co mogłem dać. Podwaliny pod mieszkanie, wizję wspólnego biznesu i pokaźnego spadku. Praktycznie samodzielnie wyciągnąłem z głębokiej depresji i lęków paranoidalnych, spędziłem łącznie pewnie tygodnie z szpitalach i drogach do nich, aby unormować jej problemy zdrowotne...
I splunięcie w twarz. Może człowiek za dobry był. Może trzeba było zajebać prostego ostrzegającego raz na jakiś czas, może troszeczkę sterroryzować, pokazać wyższość i zachwiać samoocenę, by bała się opuścić bezpieczne ramiona. A może nie, bo jestem, kurwa, dobry. Niestety.
Siedziałem tam i myślałem sobie, że jebał to pies. Nie dochodziło to do mnie. Mówiłem tak, by nie wyszła stamtąd i żeby to nie była nasza ostatnia rozmowa. Sekundy po takich wieściach chciałem wciąż ratować ten związek. Kurwa, jak to teraz piszę, to mam dreszcze. Kopa w ryj powinienem dostać za takie myślenie.
Mijały dni, a mieszanina środków uspokajających i alkoholu zaczynała robić swoje. Nie do końca wiedziałem, co się dzieje wokół, uśmiechałem się jak półdebil, a najprostsze czynności zaczynały przysparzać mi trudności. W końcu po pięciu dniach prób chodzenia do pracy i wstrzymywania łez, które tak naprawdę nie chciały się wylać, poddałem się. Szybkie L4, oddanie się bałaganieniu w mieszkaniu, piciu, ćpaniu tej jebanej hydroksyziny i spaniu. Katharsis.
Myślę, że dobrze piszę. Napisałem parę rzeczy, które mi się podobają, parę nawet mądrych. „Dno jest trampoliną” to mój faworyt. Może sobie to kiedyś wytatuuję. Po prostu, ruina jest drogą ku przemianie. Jeśli jesteś blisko dna, wszystko się pierdoli, daj się temu ponieść. Upadnij tak nisko, jak tylko się da. Tam zrozumiesz ten bezsens, złapiesz energię do wspinaczki. Ale to musi być dół, musisz żałować, że żyjesz, musisz żałować, że się urodziłeś. Dopiero to cię wybije. Idę po whisky.
Ok, przyniosłem butelkę, ileż można spacerować.
Co to ja... a no tak, dno jest trampoliną! Siedziałem, piłem, spałem. Postanowiłem zrobić coś dla siebie, co jednocześnie ją zaboli. Założyłem snapchata, tindera, zacząłem przeglądać anonse z różnymi usługami. Kurwy w sensie. Zacząłem przeglądać kurwy na roksie. Dno i kilometr mułu. Ale ja tak nie potrafię. Nie umiem układać sobie dziesięciu relacji naraz, gdzie na każdą mógłbym machnąć ręką. Na pierdolonym tinderze, który jest niemal, kurwa, z definicji portalem do szybkich randek, gdzie jeśli nie spodoba ci się osoba w pierwszych trzech wiadomościach, to ją olewasz, porozmawiałem z jedną dziewczyną! Kurwa, z jedną. Zaczęliśmy pisać i pisaliśmy jakieś trzy dni od rana do wieczora. Ja nawet nie pomyślałem, że mogę dalej szukać na tinderze innych par. Wierny randomowej siksie, no ludzie. Była sympatyczna, zabawna, nawet w miarę inteligentna. Spotkaliśmy się i owe spotkanie było średnie. Nie zaiskrzyło, chociaż rozmowa się w miarę kleiła. Po wszystkim wyjaśniliśmy sobie przez internet, że chyba nie szukamy teraz tego samego, Ja oczywiście tę historię opowiadam zupełnie inaczej, dopowiadam, że była grubsza niż na zdjęciach i pierdoliła pół godziny o tym jak kupowała volkswagena polo. Bo pierdoliła, ale co w tym strasznego?
Mając wciąż mało wrażeń, usiadłem do researchu. Szukając osoby chętnej do natychmiastowego romansu znalazłem – oczywiście! - osobę, w której zobaczyłem materiał na przyszłą żonę. Ideał, który sobie wyśniłem. Do cech, które znałem z dalekiej znajomości dorzuciłem całą masę wyimaginowanych, które wydały mi się pasujące i pożądane. Kopniak w mordę? Ktoś, coś?
Dalej to już nie wiem, co się stało. Wiadomość za wiadomością, uśmiechy do telefonu, chęć bliższego poznania. Wszystko szło natychmiastowo, miałem wrażenie, że dopasowaliśmy się jak dwa puzzle, idealnie uzupełniając swoje puste miejsca. Perfekcyjny czas, perfekcyjne miejsce. Po dwóch dniach wiedziałem, że będziemy razem. Od dawna już mówię „miłość” głównie prześmiewczo i nie omieszkałem w tym tonie chwalić się nową znajomością przyjacielowi. Nie omieszkałem też pojechać do ex, by w twarz powiedzieć jej, że ma sobie dać spokój z przeprosinami, że koniec spotkań na przytulasa, za które swoją drogą powinienem dostać kopa w mordę. Czaicie? Spotkania na przytulasa po zdradzie i stwierdzeniu, że nigdy nie zapomniała o byłym, bo nadal ją coś w nim pociąga. Kurwa, jaki ja jestem żenujący.
Myślałem, że jej płacz będzie mi się podobał. Że to będzie mój triumf, że zrozumie, że pociąg już odjechał i ma nową panią konduktor, że ta stara miała świetną lokomotywę, ale sama z niej zrezygnowała. Boże, kolejowe porównanie, serio, kurwa?
Ale ten płacz był straszny, wzruszający, szczery i uderzający w samo serce. Żałuję, że to spotkanie skończyło się na tylnym siedzeniu auta. Nie pomogło to nikomu, a potwierdza jedynie, że mam najebane w bani.
Chcę napisać za dużo, zaczyna wychodzić chaotycznie, gubię się już we własnej historii. Pomoże na to chyba jedynie whisky. Zdrówko!
Decyzja o wyjeździe do Warszawy była jedną z lepszych lub gorszych w moim życiu. Wstałem grubo przed trzecią w nocy, jechałem po jakichś srajach i piłem energole, żeby być w stanie kontrolować własne działania. Zajebałem nawet różę z ogródka babci, bo o takiej nieboskiej godzinie wszystkie kwiaciarnie były zamknięte. Kilka godzin przed wyjazdem w mojej głowie spotkanie miało trwać około godziny. Dopiero później zacząłem liczyć i wyszło mi sześć, może nawet siedem godzin między godziną odbioru a godziną odstawienia na lotnisko – bo to był cel podróży, który jest o tyle istotny, że gdyby nie to spotkanie, to na to „pierwsze” musiałbym czekać kolejne dwa tygodnie. O czym ja będę tak długo rozmawiał? Co będziemy robić? Czy ona w ogóle jest chętna na tak długie spotkanie? Co ja w ogóle odpierdalam? Przy wręczaniu kwiatka i powitalnym przytuleniu zatrzęsły mi się ręce. Poczułem się jak prawiczek na kurwach, okropne. Nie twierdzę, że jestem bardzo pewny siebie, ale nie wiedziałem też, że taka ze mnie cipa.
Ale nieważne. Spotkanie było świetne. Nie zabrakło tematów, opowieści ciągnęły się w nieskończoność. Pierwszy raz poczułem, że może to nostalgiczne dymanko z byłym to wyjdzie mi ostatecznie na dobre. Że tkwiłem w akceptowalności, w przyzwyczajeniu, a życie ułożę sobie z kimś, kto charakterologicznie pasuje do mnie na pewno o wiele bardziej. Miałem wrażenie, że jestem znów nastolatkiem i wracając do domu jarałem się, że pożegnalny przytulas trwał o jedno „missisipi” dłużej niż powitalny.
„To wszystko wygląda i brzmi za dobrze, ale mi się podoba, więc dalej w tym jestem, nawet jeśli będę musiała żałować potem. He he. To było zbędne. Chyba.”
Oszalałem. Chciałem jak najszybciej skończyć udawanie relacji z ex, chciałem, żeby drugie spotkanie nastąpiło już, teraz, chociaż bałem się go kurewsko. Pierwszy raz w życiu czułem się niedowartościowany. Czułem, że to nie jest dziewczyna, którą podbiję moim przekraczaniem granic żartów, klaunowaniem i opowieściami o tym, że w sumie to jestem niepoważny, ale chociaż sprytny i relatywnie inteligentny. Czułem kompleksy, których wcześniej nie czułem. Przechodził mnie dreszcz, gdy myślałem o moim żenującym angielskim, z którym będę musiał ją skonfrontować, smutno było mi, że tę magisterkę to w sumie ledwie zdałem, a ostatnie miesiące, które traktowałem jako pewnego rodzaju przeczekanie, przepracowałem w sklepie. Ale cóż, oferuje się to, co ma się do zaoferowania.
Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak dobrze wyglądał bez makijażu. Będąc z nią, chyba nie pozwoliłbym się jej umalować nawet na najbardziej wystawną uroczystość. To było niesamowite. Spotkanie było świetne, dobrze się gadało, czułem pewien luz. Zacząłem dostrzegać również minusy. Nikt nie jest przecież idealny, ale ja potrafiłem je zaakceptować. Mówiła rzeczy, po których myślałem: „to utrudni nam wspólne życie”, ale miałem to gdzieś. Niech utrudniają. Plusów jest za dużo.
Moment, w którym zaczęliśmy oglądać film i stopniowo przybliżać się do siebie był niesamowity. Centymetr po centymetrze, kroczek po kroczku. Najpierw kolana, potem łokcie, dłonie, ramiona, głowy... usta... Kurwa, to było coś. Chciałem ją pocałować na tym spotkaniu, to był mój cel, ale to miał być zwiewny pocałunek, muśnięcie i krótkie spojrzenie. Zamiast tego utonęliśmy w sobie na godziny, które mijały jak minuty. To było, kurwa mać, coś.
No i co? Chujów sto. Idę po piwo.
Nie nadajesz się do związków? Wolisz przyjaźń? Cenisz sobie wolność? Jesteś przekonana, że nic z tego nie wyjdzie? Chuja, kurwa, prawda. Słyszałem Twoje bicie serca, kiedy zbliżaliśmy się do siebie pierwszy raz, słyszałem przyspieszony oddech, widziałem maślany wzrok skierowany nie w moje oczy, lecz w duszę, rozumiałem gesty, przeczenia głową z niedowierzaniem, westchnięcia. Też to poczułaś. Było Ci dobrze i nie chodzi o fizyczność. Było Ci dobrze ze mną. I wiesz, że mogłoby tak być dłużej, może dużo dłużej.
Obawa, strach. Przed czym? Przed szczęściem?
Ależ jestem wkurwiony. W moim idyllicznym świecie nasze puzzelki miały się połączyć na trzecim spotkaniu już oficjalnie. Wspólne zdjątko na instagrama, status „w związku” i tego typu dorosłe sprawy. Chciałem rzucić poważną rozmowę o związkach, jeszcze raz zapewnić, że nigdy bym Cię nie ograniczał, że jeśli wolna dusza ma się z kimś połączyć, to tylko z inna wolną duszą, już widziałem te, kurwa, wspólne podróże i weekendy, które traktowalibyśmy jak święta po całym tygodniu bez siebie. No i jebnij się w łeb, Niko.
Nie wszystko jest idealne, choć w mojej głowie szybko się układa. Ale, kurwa, każdy ma problemy, każdy ma swoje podejście do świata. Ludzie wiążą się ze sobą po kilku spotkaniach, nie wiedząc nawet czym zajmuje się „druga połówka”, a ja poznając wolną, piękną, zabawną i sympatyczną dziewczynę, która pasjonuje się dokładnie tym samym, co ja i ewidentnie jest mną zainteresowana (wszak nie wkładałaby mi języka do gardła, gdyby nie była), w momencie kiedy po siedmiu latach jestem sam i potrzebuję drugiej osoby, kogoś komu mógłbym pisać „dobranoc” i „miłego dnia”, kogoś komu mógłbym popierdolić o wczorajszym meczu i kogo mógłbym wysłuchać o tym, jaki świat jest niesprawiedliwy, bo w pracy znowu średnio, nie mogę wejść w związek, bo nie, kurwa, bo nie. Jebitnie długie zdanie wyszło, materiał do późniejszej analizy sensowności.
Ale mną nosi, ja pierdolę.
I na chuj ja nie jestem pedałem? Czemu kobiety są takie trudne?
To jest, kurwa, niewiarygodne. Moje szanse na sex friends są tutaj wyjebanie duże. Ona chce się przyjaźnić, a jednocześnie nie przeszkadza jej, gdy podczas całowania zdejmuję jej bluzkę. Mógłbym wpadać do stolicy co kilka tygodni, dobrze się bawić, spełniać marzenie każdego faceta. Znaczy pewności nie mam, ale myślę, że by przeszło. I co? I gówno, kurwa, Niko musi się wpierdalać w poważne relacje. Ale jak tu się nie wpierdalać, kiedy ma człowiek przed oczami być może ostatni tak łakomy kąsek w całym tym „tego kwiatu je pół światu”? Naturalnie piękna, perfekcyjnie drobna, z uśmiechem topiącym najgłębsze zmarzliny, szokująco inteligentna, za którą nigdy bym się nie wstydził i dla której byłbym gotów zmieniać się na lepsze.
Po zakończeniu siedmioletniego związku człowiek ma wrażenie, że nie znajdzie sobie nikogo. Cechy, które miała ex przylgnęły do mnie jak pijawki i ciężko mi wyobrazić sobie życie na innych zasadach niż te, do których przywykłem. A tu dostaję szereg cech – lepszych i gorszych i stwierdzam, że, kurwa, to się może udać. Że te minusy przełknę, a plusy są niesamowite. I jednocześnie – że lepszej już nie trafię. Że to jest ideał i jeśli przegapię okazję, zostanę na zawsze sam albo będę musiał przebaczyć i czuć się do końca życia jak gówno. Bo ja kurewsko nienawidzę ludzi i ciężko mi się przekonać do kogokolwiek, szczególnie w świecie próżności i konsumpcjonizmu, o którym ona zdaje się nie mieć pojęcia.
Chyba chciałbym móc po prostu sprawiać uśmiech na Twojej twarzy. Bo jest niesamowity. Chciałbym robić małe gesty, na które może i reagowałabyś wkładając palce do ust i imitując próbę wywołania wymiotów, ale jednocześnie doceniałabyś, że o Tobie myślę, że w ten kiczowaty sposób chcę Ci zaimponować, pokazać, że jesteś dla kogoś ważna, może najważniejsza. Chciałbym spać w jednym łóżku, nawet daleko od siebie, ale żeby rano móc się wtulić i pocałować Cię w czoło. Chciałbym wejść w Twoje problemy, postarać się przejąć choć małą ich część, zdjąć ciężar z Twoich barków i przenieść na swoje. Chciałbym zobaczyć Twoje gorsze chwile, mieć okazję do przetrwania ich wspólnie, próby wyjścia z nich choćby jedną nogą. Chciałbym Cię mieć, po prostu, na własność, oczywiście w dobrym, nieograniczającym tego słowa znaczeniu. Chciałbym być dumnym z tego, co robisz i mówić, że to moja kobieta. Tylko moja. Chciałbym wstawać i widzieć wiadomość od Ciebie, chciałbym, żebyś mówiła, że tęsknisz, a ja wtedy mógłbym wsiadać w auto w środku nocy, żeby obudzić Cię śniadaniem albo po prostu zawracać w Łomiankach i stwierdzać, że jeszcze godzinka u Ciebie nie zaszkodzi...
Ale mi szajs z tego listu wyszedł. Miała być spowiedź, podsumowanie faktów i katharsis, a wyszło tak, że nawet Ci tego nie wyślę. Co Ty byś sobie pomyślała przeczytawszy to? Że po dwóch spotkaniach jestem w Tobie zakochany po uszy i jeśli nasz związek nie wyjdzie, to powieszę się na pasku od spodni? Tak nie jest. Jestem kurewsko silny mentalnie. Jestem w Tobie zauroczony, to na pewno. Chciałbym z Tobą coś zbudować, to na pewno. Jeśli się powieszę, to w wieku dwudziestu siedmiu lat jak prawdziwa gwiazda i to nie będzie Twoja wina nawet w jednym procencie, czy dasz mi kosza teraz, czy później. To na pewno.
Też potrzebuję pomocy. Wciąż utrzymuję kontakt z ex, codziennie wymieniamy minimum kilka wiadomości. Czym jest milej u nas, tym ja jestem bardziej oschły do niej. Chciałbym to zakończyć, powiedzieć, że już więcej nie możemy pisać, ale nie umiem. Uczucia wygasły, wkurwienie wyjebało skalę, nastąpiło zrozumienie faktów, ale uzależnienie pozostaje. Liczyłem, że kiedy będziemy razem, powiesz wprost „ej, chujowo, że piszesz z ex, weź przestań”, na co ja rzucę, że „ok, racja”. Tyle mi wystarczy, Twoje skinienie. Tymczasem sytuacja jest wręcz odwrotna. Powoli wycofuję się z konwersacji z ex, a Ty niedługo zaczniesz się wycofywać z konwersacji ze mną. Będziesz się bała odpowiedzialności, bała ryzyka. Bankowo na naszym spotkaniu powiem dużo, otworzę się, a Ty się przestraszysz. Ja wtedy zostanę w pustce, bez nikogo.
Kurwa, po co ja to piszę? Po takim pierdoleniu sam bym ze sobą nie chciał być. Definitywnie Ci tego nie wyślę.
Chciałbym mieć siłę, by próbować. Jeśli zostawisz mi choć cień nadziei, będę pisał, będę jeździł do Warszawy. Możesz sobie nazywać to przyjaźnią, ja w głowie będę używał słowa „związek”. Fajnie by było jakbyś też kiedyś zaczęła. A gdybyś zaczęła od razu, wiedząc, że możesz z tego zawsze zrezygnować... Boże, to byłby najszczęśliwszy dzień mojego życia.
Wracając do sedna – powinienem serio profilaktycznie co dwa dni dostawać kopa w mordę za to, co odpierdalam sobie w swoim życiu.