Indiana część 1 Spotkanie z Amiszami
Według pierwotnego planu miała to być długa wycieczka wiodąca przez kilka stanów. Przyznam jednak, że po zweryfikowaniu stanu samochodu (hamulce bez przeglądu, rozwalony pojemniczek na płyn do spryskiwaczy, niedziałająca zapalniczka, ergo nie ma możliwości ładowania telefonu podczas jazdy - nie żebym nie była w stanie oderwać się od telefonu, ale mam w nim nawigacje) zaniechałam tak dalekiego wypadu. Trzeba było szybko wykombinować plan zastępczy. Padło na Indianę. To stan sąsiadujący z moim, więc bombowiec powinien dać radę. Przeszukałam przewodnik oraz sieć, aby dowiedzieć się co ciekawego można zobaczyć w Indianie - za wiele tego nie było, ale okazało się, że jest to jeden z terenów zamieszkanych przez Amiszów. Nie pozostawało nic innego jak sprawdzić czy nadal wiodą proste życie z dala od zdobyczy techniki :) Mój przewodnik po Stanach wskazywał na miasteczko Topeka jako na "miejsce gdzie zatrzymał się czas". No to do Topeki!
Ponieważ szykowałam wyprawę naprawdę w ostatnim momencie, to zaledwie dzień wcześniej kupiłam transporder I-pass. To takie urządzenie, które umożliwia pokonywanie dróg płatnych w Illinois i kilku innych stanach bez konieczności zatrzymywania się na bramkach (coś w rodzaju winiety). Urządzenie należy zarejestrować i wtedy cześć pieniędzy, za które zostało ono kupione wędruje na specjalne konto, z którego opłacane są kolejne odcinki dróg płatnych. Konto można monitorować i doładować w razie potrzeby. Rozwiązanie wygodne, zwłaszcza dla kogoś kto używa karty i przez to nie ma monet, którymi płaci się na niektórych bramkach...Jest tylko jedno 'ale'...transporder aktywuje się do 24 godzin na drogach w Illinois, i do 48 poza stanem... Miałam szczęście i aktywacja w moim stanie nastąpiła po kilki godzinach (akurat przed wyjazdem). Potem okazało się, że moja droga stała się już bezpłatna akurat przed granicą stanu- uff :)
Wyposażona w I-pass oraz kawę, ruszyłam w drogę. Wreszcie mogłam przetestować osiągi bombowca na autostradzie. No cóż, nie są oszałamiające. Generalnie nie wskazane jest przekraczanie 70 mil na godzinę, już przy ponad 60 mi/h wszystko w nim się trzęsie, łącznie z kierownicą, więc 70-tki nawet nie przekroczyłam. Całe szczęści autostrady są 4-pasmowe, to każdy był w stanie mnie wyprzedzić. Choć i ja też kogoś wyprzedziłam (!!!) ...inną starą mazdę... podejrzewam, że borykała się ona z problemami podobnymi do mojej, ale mimo to, to moja wygrała :) bombowiec spiął się w sobie, po jakimś czasie osiągnął prędkość wymaganą do wyprzedzenia, a ja z grymasem 'ale zawalidroga', śmignęłam (choć trochę to zbyt szumne słowo) gościa i wyrwałam do przodu (równie szumne słowo).
Teraz krótkie repetytorium językowe dla podróżujących autostradami. Większość dróg określana jest jako 'highway', nie koniecznie jak się u nas przyjęło, tylko autostrady. Droga płatna to 'tollway', w Illinois MOP (miejsce obsługi podróżnych) to 'oasis', natomiast bramki z reguły nazywane są 'plazas'.
Droga do Topeki wiodła jak na załączonym obrazku. Długość 164 mile, przewidywany czas jazdy ok 3h.
Trochę mi ulżyło kiedy zjechałam z autostrady, w dodatku dość mnie wytrzęsło, wiec z radością powitałam drogę stanową z ograniczeniem prędkości do 5o mil. Jechałam sobie elegancko, kierując się moją rozpiską na kartce, bo jak wspominałam nie mogę ładować telefonu podczas jazdy, wiec aby oszczędzić baterie, ograniczyłam korzystanie z nawigacji do minimum. Oczywiście w ferworze jazdy, na którymś skrzyżowaniu rozminęłam się z moja oryginalną droga, i pojechałam inną. Kojarzyłam że powinna mnie ona doprowadzić do tego samego miejsca, co ta oryginalna. No i doprowadziła do miasta South Bend, zgodnie z planem, ale znowu do jakiejś szemranej dzielnicy...Na prawdę, czemu jak się gubię to nigdy nie trafiam do jakiejś willowej okolicy, tylko wprost przeciwnie...To był moment żeby odpalić nawigację i skorygować swoje położenie.
Dalsza jazda przebiegła już bez gubienia się :) Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się reklamy amiszowych karczm, mebli, sklepów, zajazdów itp. To trochę kłóciło się z ich wizerunkiem żyjących z dala od świata goniącego za pieniądzem, ale nie zrażona zapuściłam się dalej na amiszowe tereny. W końcu pojawili się i Amisze :) Tak, była obawa że zacznę klaskać, ale się powstrzymałam. Niektórzy jeździli bryczkami, inni wozami, a jeszcze inni na rowerach. Ich domy są białe, stodoły czerwone, na sznurkach suszy się pranie i brak samochodów na podjazdach. Żeby nie było, na tych terenach mieszkają też nie-Amisze. Przyznam, że nie wiem do której grupy zaliczyć faceta ubranego jak Amisz, jeżdżącego elektryczną kosiarką (kategoria leniwy Amisz?).
Dotarłszy do celu, zostawiłam samochód na parkingu przy parku i ruszyłam uwieczniać autochtonów na zdjęciach. Szału nie było. Miasteczko to raptem dwie ulice na krzyż, dość szybko je przeszłam, w dodatku nie wiem gdzie się wszyscy pochowali. Udało mi się uwiecznić bryczki...Miało to być miasto, w którym zatrzymał się czas, ale chyba zatrzymał się niedawno - stacja benzynowa, Subway, samochody....
O, tu jacyś byli ale mi uciekli
Tylko bryczki śmigały w te i nazad.
Uciekły mi także dwie Amiszki na rowerach (to te dwa fioletowe punkty)...
Rozczarowana ruszyłam do Nappanee. Miała tam być amiszowy skansen. Skoro nie mogłam zobaczyć oryginalnych Amiszów, to zobaczę tych udawanych - na zdjęciach i tak nikt nie pozna :)
Przejeżdżałam przez miasteczko Ligonier. W zasadzie nie ma w nim nic nadzwyczajnego, poza tym, że wygląda na opuszczone a pełno w nim meksykańskich knajp, ale ma także fajne rysunki na murach, które uwieczniłam i niniejszym się nimi dziele.
Mój trud podróży się jednak opłacił, i oto trafiłam zupełnie przypadkowo na wyścigi kucyków. Zobaczyłam je z drogi i nieomal z piskiem opon w ostatnim momencie skręciłam na 'stadion'. Zostałam skasowana $4 za wjazd przez dziadka- bramkarza, a drugi dziadek zerknął na moją rejestrację i z szacunkiem powiedział "wow, przejechałaś niezły kawałek". Ponieważ była to dopiero rozgrzewka przed zawodami, to tłumu jeszcze nie było. Zaparkowałam samochód. Większość gapiów rozstawiła przed autami krzesła, a nawet stoliki, mnie pozostało rozłożyć się na masce. Wypatrzyłam obok trybuny, a tam amiszowe rodzinki! Okazało się, że to taki ich sport, a teraz trwa sezon, i właśnie dziś są kolejne rozgrywki. Przyznam, że nie zagłębiałam się kto jest championem a kto czarnym koniem (kucykiem) wyścigu, wystarczyło mi ze koń który wygrał daną serie napawał właściciela dumą, i cala rodzina trzaskała z nim sobie focie. Dlatego nie przytoczę tutaj tabeli rozgrywek wraz z punktacją.
Sweat focia ze zwycięzcą biegu.
Generalnie atmosfera piknikowa.
Przyznam, że był też moment straszny. Otóż przed rozpoczęciem wyścigu, konferansjer zapowiedział hymn. Każdy kto był na silach miał wstać i najlepiej się przyłączyć. Niestety mnie hymn Stanów kojarzy się tylko z wykonaniem porucznika Drebina w "Nagiej broni", zatem nie było łatwo wytrzymać tyle zwrotek i nie parsknąć śmiechem. Ale udało się powstrzymać. Dla przypomnienia http://www.youtube.com/watch?v=73ZsDdK0sTI
Nie doczekałam końca wyścigów i ruszyłam dalej. Dotarłam do skansenu. Do tej pory nie wiem czy należało gdzieś kupić bilet, czy wzięto mnie za gościa wesela które się tu odbywało, w każdym razie pospacerowałam, porobiłam zdjęcia i nikt mnie nawet nie zaczepił :)
Tego dnia wieczorem dotarłam do Valparaiso. Tam zatrzymałam się w motelu. W sumie przejechałam ok 260 mil. W ciągu dnia zmieniłam strefę czasową, ale pod koniec dnia wróciłam do oryginalnej. Następnego dnia ruszyłam do Parku Wydm.