Na scenie w Skrzydle Głosów Składnia wyginała się jak baletnica z endoprotezą kręgosłupa.
Chyba nikt nie patrzył na to przedstawienie. Nie licząc Kronikarza, który siedział w pierwszym rzędzie, tuż pod sceną, z miną człowieka, który widział niejeden guzik przyszyty do łokcia.
Zapisywał coś w notatniku i kiwał głową.
Składnia wykonała ryzykowny obrót, po czym ukłoniła się teatralnie i podeszła do niego. Usiadła na brzegu sceny, opuściła nogi. Miała rozgrzane policzki, włosy wokół szyi sklejone od potu. Oparła się rękami o deski podłogi, wygięła tułów do tyłu, uniosła głowę.
– Mówię ci, jest ciężko – powiedziała, opuszczając wzrok na Kronikarza. – Politura i paździerz. Czasem mam ochotę zatrzasnąć usta i nie mówić już nic. I ten słodkawy zapach przypalonego mleka... ach, to pewnie Little Scare.
– Słyszę twój oddech! – zawołała nagle.
W tej samej chwili zza kurtyny wyjrzała Niesforna. Została tam jednak, jak niepewność postawiona do kąta. Prychnęła tylko i potrząsnęła butelką z perfumami.
Kronikarz podniósł wzrok znad notatnika.
– Nie przesadzaj z perfumami – powiedział spokojnie. – Ostatnio metafory kaszlały przez trzy dni.
Niesforna wysunęła zza kurtyny tylko dwa palce. Nie wiadomo, czy to był znak pokoju, groźba, czy początek nielegalnego tańca.
Składnia machała nogami, rozglądając się tak, jakby pierwszy raz występowała w tym miejscu.
– Opowiem ci o niej. O naszej bohaterce – powiedziała, gładząc zakurzoną podłogę. – Miała wczoraj ciężki dzień. Nic nowego.
Czarne wdzianka z plisą zamykaną od stóp do głów. Materiał cienki, nierozciągliwy, uparty. Plisa stawiała opór, zwijała się jak kiełbasa w wędzarni. Po takim dziadostwie palce traciły czucie, a kark tężał jak beton. Kobieta chciała powiedzieć: jak galareta, ale galareta przynajmniej się trzęsie.
Składnia parsknęła śmiechem.
– Jedna z młodszych wyszła godzinę wcześniej – ciągnęła dalej. – Do lekarza od rehabilitacji. Oczywiście komentarz natychmiast przysiadł w środkowym rzędzie.
Pierwsza odezwała się ta, która zawsze miała gotowy tekst, zanim jeszcze zdarzenie zdążyło porządnie usiąść na krześle.
– O, taka młoda, a już zaczyna czuć kręgosłup. Jutro przyjdzie, to wymasuje ją Roman.
Sobota już pakuje głośnik na jutrzejszą biesiadę, pomyślała kobieta, a palce mocniej pociągnęły spód plisy.
Tamta łypnęła okiem na lewo i uśmiechnęła się do drugiej.
Druga nie czekała na pytanie.
– Ja już zaliczyłam wszystko: masaże, prądy, kolczaste maty, piłki, chuje-muje dzikie węże.
Cała piąteczka na końcu szwalni wybuchnęła śmiechem.
Ta od źle rozstębnowanych rękawów rzuciła znad roboty:
– Niedługo ziemia wszystko wyrówna.
– Tak się mówi, no co? – dodała, szarpiąc nitki w rękawach.
Zmarszczyła nos i pruła dalej, a piąteczka znów rechotała.
Kobieta przesiadła się na inną maszynę i do końca dnia stebnowała lampasy na karbowanych golfach. Dłonie w końcu odpuściły. Powolne haftowanie przy prowadniku płynęło miękko, cicho, samoistnie, do końca zmiany.
Tylko oczy zachodziły ciemną mgłą.
Tylko ten zapach materiału, jak woń magazynu zamieszkanego przez stada myszy.
W domu zrzuciła z siebie cały mysi świat prosto do pralki. Ugotowała rosół, a kiedy kuchnia przestała prosić o szczególną uwagę, usiadła przed ekranem, otworzyła plik i zaczęła czytać.
Nie zdążyła dojść do końca.
Do domu wtargnęła córka. Walkiria biurokracji, zbrodni i porządków.
Wróciła z pracy. Za nią dreptał jej partner, wysoki, przygarbiony blondyn, który od kilku lat zamieszkiwał w domu jak dobrze wychowany cień. Dźwięk zakupów stawianych na kuchennym stole oderwał kobietę od komputera.
– Dzień dybry, jestem, a co to niepozmywane?! – niski głos córki wszedł do kuchni, zanim ona sama postawiła nogę na progu.
Partner usiadł na niskiej pufie przy stole i zaczął leniwie zdejmować buty.
– Witam – powiedział, podnosząc oczy na kobietę.
– Co to jest? – córka zrobiła teatralny gest w stronę zlewu.
– Aaaa... – kobieta uśmiechnęła się szerzej niż zwykle. – Jest rosół. Dla chętnych.
Po obiedzie partner córki podreptał do pokoju na poddaszu. To była jego nora, z której rzadko wystawiał duży nos. Córka tymczasem zrzucała własny biurowy kurz do zlewu pełnego brudnych naczyń.
– Zobacz, co dostałam – powiedziała kobieta.
Wyjęła lewą dłoń z kubka pełnego piany i przetarła ją gąbką. Na środkowym palcu miała duży srebrny pierścień z bursztynem.
– O, ja cię kręcę! – córka chwyciła dłoń matki. – Kupił ci sam? Bez okazji?
– He, he. No tak. Tylko to ja odebrałam paczkę.
– Ale liczy się gest – oświadczyła córka, zawieszając kubki na haczykach nad zlewem.
– Szarpany romantyzm z bursztynowym akcentem. Tak jak lubię.
Wieczorem usiadły w salonie. Kobieta wybrała film. Ten z eleganckim mężczyzną w roli człowieka, któremu lepiej nie ufać po zmroku. Córka otworzyła białe wino.
Córka w połowie seansu poczuła tęsknotę i zniknęła na poddaszu. Kobieta na krótko przed finałem poczuła senność. Zasnęła momentalnie, przytulając się do mężczyzny, z którym dzieliła łóżko, rachunki i tę szczególną odmianę ciepła, która czasem bardziej przypomina przyzwyczajenie niż ogień.
Po północy obudziło ją echo kolacji.
Wracając z łazienki, natknęła się na kota. Stał pod drzwiami wyjściowymi. Jego oczy zaświeciły w półmroku przedsionka jak dwa złote guziki na czarnym aksamicie. Kobieta otworzyła drzwi, a kot wyskoczył na taras jednym długim susem.
Wróciła do rozgrzanego łóżka. Mężczyzna spał na boku, odwrócony do niej plecami. Tak lubiła najbardziej.
Długo nie mogła zasnąć. Czytała w myślach. Niedoczytane zdania przesuwały się pod powiekami, jedno zahaczało o drugie, aż w głowie otworzyła się biała scena.
Stała we własnym ogrodzie, w środku zimy.
Wokół panowała biel. Wysokie zaspy szczelnie pokrywały ziemię, niskie krzewy i inspekty. Porośnięty bluszczem płot oddzielał ogród od sąsiada szmaragdowo-białym gobelinem. Kwadratowe kolumny podtrzymujące panele ogrodzenia miały grube czapy śniegu na szczytach. Nawet gałęzie orzecha włoskiego zdobiły cienkie kreski białego puchu.
Kobieta stała w małym wiśniowym zagajniku naprzeciw tarasu. Miała na sobie szlafrok. Ściskała w dłoniach kubek z herbatą. Ciepło napoju rozchodziło się wzdłuż ramion, do środka.
Obok, oparty o róg domu, mężczyzna rozmyślał, trzymając się za brodę.
Na grubej gałęzi orzecha wisiała huśtawka, na której siedziała jakaś dziewczyna, adorowana przez jakiegoś mężczyznę. Może siostra. Może wspomnienie siostry. Może ta część kobiecej historii, która zawsze siedzi trochę wyżej, lekko rozkołysana i trudna do zawołania po imieniu.
Nagle, na tyłach ogrodu, w miejscu, gdzie ogrodzenie sąsiada zgubiło jeden panel, a hedera nie zdążyła jeszcze zawładnąć betonem, pojawiła się biała dama.
Najpierw przerzuciła przez płot wielkich rozmiarów biały laptop. Potem własne nogi obute w białe kozaki. Po drugiej stronie wyprostowała się, wygładziła fałdy białego futra okrywającego smukłą talię, poprawiła biały zimowy kapelusz, podniosła ogromny biały ekran i ruszyła naprzód, jakby ogród nie miał właściciela.
Za nią pojawiła się następna.
Kobieta podeszła do mężczyzny i dotknęła jego ramienia.
Ale on tylko patrzył przed siebie.
Ostatnia biała kobieta strąciła kozakiem resztę chorego płotu, tworząc otwarte przejście dla kolejnych. Wtedy adorator dziewczyny z huśtawki chwycił grabie oparte o pień orzecha i rzucił się za kobietą.
Dopadł ją, kiedy przeprawiała się przez bramę wjazdową. Wspinała się już po metalowych sztachetach. Zadał cios ogrodowym orężem.
Biała dama przeskoczyła bramę i bez uszczerbku na honorze dołączyła do swoich sióstr.
Szły wyprostowane, lśniąco białe, z ogromnymi laptopami w białych teczkach. Szły nową drogą wybrukowaną szarą i czerwoną kostką.
Na tej drodze nie było śladu śniegu.
Kobieta odprowadzała je wzrokiem i myślami zawieszonymi na dwóch szalach swojej wagi.
W połowie ich drogi zadzwonił dzwonek.
Przez chwilę w Skrzydle Głosów słychać było tylko kurz osiadający na deskach i daleki, uparty oddech poranka. Kronikarz nie klaskał. Nie wypadało klaskać po budziku o czwartej dwadzieścia.
– No? – spytała Składnia.
Kronikarz zamknął notatnik.
– Wstałaś – powiedział. – To już jest jakaś forma zwycięstwa. Brzydka, niefilmowa i bez fanfar. Najbardziej wiarygodna.
– Literacko? – Kronikarz spojrzał na scenę, na kurtynę, na miejsce, gdzie Niesforna nadal udawała, że jej nie ma. – Literacko to jeszcze kuleje. Ale kuleje we właściwą stronę.
Składnia zeskoczyła ze sceny. Zachwiała się lekko, poprawiła włosy przy karku i wyciągnęła z rękawa złożoną kartkę.
– To jeszcze nie koniec – powiedziała. – To tylko dowód rzeczowy.
Wręczyła Kronikarzowi list.
Na pierwszej stronie było napisane:
Kronikarz przyjął kartkę ostrożnie, jak przyjmuje się coś, co udaje papier, ale w środku ma drzazgę.
I dopiero wtedy Składnia odetchnęła.